Po ogłoszeniu wyroku obrońcy praw człowieka i bliscy osób zabitych i zaginionych podczas argentyńskiej „brudnej wojny” (1976 – 1983) padli sobie w ramiona. Wraz z Bignonem skazanych zostało sześciu niższych rangą urzędników dyktatury, sami 80-latkowie. Dostali wyroki od 17 do 25 lat więzienia za nielegalne przetrzymywanie przeciwników politycznych, tortury i odbieranie dzieci rodzicom.
Wszyscy byli oskarżeni o kierowanie ośrodkiem internowania Campo de Mayo w Buenos Aires, przez który przewinęło się 4 tysiące więźniów. Większość z nich nigdy nie wróciła do domu. W Campo de Mayo istniał nielegalny żłobek. Umieszczano w nim niemowlęta urodzone przez internowane kobiety. Później te dzieci trafiały do rodzin wojskowych lub cywilnych urzędników dyktatury. Matki ginęły bez wieści.
– Wolę zostać skazany, niż być odtrącony przez moich zwierzchników i podwładnych, którzy zwalczali ze mną okropieństwa tej wojny z terroryzmem – mówił przed sądem Bignone. Podkreślał, że lewicowi opozycjoniści, których zwalczał, przedstawiani dziś jako „młodzi idealiści”, nie byli „ani tacy młodzi, ani tacy idealiści”. W 2004 roku przyznał jednak w wywiadzie z francuską dziennikarką Marie-Monique Robin, że argentyńscy wojskowi podczas tortur i egzekucji naśladowali francuskie metody z czasów wojny w Algierii (1954 – 1962).
Teraz wykluczał, by podczas wojny mogło zginąć aż 30 tysięcy ludzi – jak twierdzą obrońcy praw człowieka. – Ofiar nie było więcej niż 8 tysięcy – mówił. Liczbę dzieci oddanych nielegalnie wojskowym do adopcji ocenił na 30. Wymiar sprawiedliwości szacuje ich liczbę na 500, 101 już odzyskało tożsamość i wróciło do swych bliskich.
Z czterech przywódców dyktatury z lat 1976 – 1983 żyje już tylko Bignone i 84-letni generał Jorge Rafael Videla, który stał na czele wojskowego zamachu stanu w 1976 roku.