Wniosek w sprawie rezolucji mówiącej o niepodległej Palestynie w granicach z 1967 roku ze stolicą w Jerozolimie jest już gotowy. W środę wprowadzano ostatnie poprawki na spotkaniu z przedstawicielami Ligi Arabskiej w Dausze. W każdej chwili Palestyńczycy mogliby złożyć dokument do sekretariatu sekretarza generalnego ONZ. Potem, 21 września, podczas Zgromadzenia Ogólnego ONZ, miałoby się odbyć głosowanie. Na tym forum Palestyńczycy mają szanse na zdobycie poparcia potrzebnego do formalnego uznania niepodległości. Ale wymagana jest też akceptacja Rady Bezpieczeństwa ONZ, a tu Amerykanie z pewnością skorzystaliby z prawa weta.

Gra na zwłokę

– Nawet jeśli przegramy głosowanie w ONZ, to już sam fakt, że do niego dojdzie, będzie zwycięstwem. Większość krajów oficjalnie popiera utworzenie niepodległego państwa palestyńskiego. Więc jeśli tego nie zrobią, postawią się w bardzo niezręcznej sytuacji – mówi „Rz" palestyński pisarz i analityk Talal Okal. Aby ONZ mogła się zająć wnioskiem, musi zostać złożony przed końcem sierpnia. Dokument prawdopodobnie stał się jednak kłopotliwy także dla samych Palestyńczyków. Dlatego zwlekają z jego złożeniem. Najpierw mówili, że zrobią to w lipcu. Potem pojawił się termin 4 sierpnia. Teraz, jak dowiaduje się „Rz", zamierzają się wstrzymać do ostatniej chwili. Były palestyński negocjator Saeb Erekat, który ma stać za najnowszą inicjatywą, mówił wczoraj: „mamy jeszcze czas". – Palestyńczycy są mocno podzieleni w sprawie wniosku. Oczywiście marzą o niepodległości, ale wiedzą, że bez porozumienia z Izraelem powstanie kraj, który nie będzie się w stanie gospodarczo utrzymać. A to najlepszy przepis na to, by został za kilka miesięcy przejęty przez Hamas. Tego nie chce nie tylko Zachód, ale także wielu Palestyńczyków – przekonuje „Rz" Gil Feiler z izraelskiego Centrum Studiów Strategicznych Begina Sadata. Jego zdaniem to nie przypadek, że najzagorzalszym obrońcą złożenia wniosku jest Saeb Erekat. – Kilka miesięcy temu podał się do dymisji, gdy telewizja al Dżazira ujawniła, że jako negocjator wiele razy szedł na rękę Ameryce i Izraelowi. Pewnie próbuje ratować reputację – mówi izraelski ekspert. Izrael podkreśla, że jest za powstaniem niepodległej Palestyny, ale musiałaby ona uznać istnienie państwa żydowskiego. A to jest możliwe tylko na drodze żmudnych negocjacji i kompromisu w sprawie podziału Jerozolimy, powrotu palestyńskich uchodźców, przyszłości 500 tys. żydowskich osadników i przebiegu granicy. Hamas, który kontroluje Strefę Gazy, odrzuca możliwość uznania Izraela. Nie jest też w stanie porozumieć się z umiarkowanym Fatahem, który rządzi Zachodnim Brzegiem Jordanu. Prawicowy rząd Beniamina Netanjahu odpowiada rozbudową żydowskich osiedli na terenach okupowanych.

Kto ma większy kłopot

– Zastój w negocjacjach z Izraelem zwiększa poparcie dla Hamasu. To prawicowy rząd Netanjahu zablokował negocjacje, rozbudowując osiedla. Złożenie wniosku jest konieczne, aby doprowadzić do przełamania impasu. Lepiej mieć spór polityczny niż kolejny konflikt zbrojny – zauważa Okal. Izrael, Stany Zjednoczone i Unia Europejska robią wszystko, aby zniechęcić Palestyńczyków do składania wniosku. Premier Beniamin Netanjahu, który jeszcze niedawno nie dopuszczał możliwości rozmów o granicach z 1967 roku, teraz wysyła nieoficjalne sygnały, że byłby gotów je podjąć. Saeb Erekat mówi, że to tylko próba powstrzymania Palestyńczyków. Władze Autonomii Palestyńskiej sprawdzają jednak, na ile poważna jest to propozycja. Na wszelki wypadek Izrael i jego sojusznicy szykują się do głosowania w ONZ. Premier Netanjahu odwiedzał kolejne stolice, szukając poparcia dla izraelskiego stanowiska. W lipcu miał też odwiedzić Polskę, ale w ostatniej chwili zrezygnował z przyjazdu. Oficjalnie z powodu wewnętrznej sytuacji w Izraelu, gdzie dochodzi do masowych protestów. Polska nie była jednak gotowa udzielić jednoznacznego poparcia Izraelowi w tej sprawie i czekała na wspólne stanowisko UE. Już widać, że w przypadku głosowania państwa zagłosowałyby przeciwko wnioskowi Palestyńczyków. Chociaż początkowo część krajów UE zapowiadała poparcie wniosku, teraz zaczynają się z niego wycofywać. Zdaniem Palestyńczyków rezolucję poparłoby ok. 120 ze 190 krajów w ONZ. – Izrael znalazłby się pod ogromną presją i byłby zmuszony do ustępstw – tłumaczy Okal. – Myślę, że Palestyńczycy wymyślą coś, by nie złożyć wniosku. Inaczej to oni będą mieli kłopot – uważa dr Feiler.