Zamieszanie związane z lokalizacją pomnika, upamiętniającego zabicie przez ZSRR w Katyniu ponad 20 tysięcy Polaków w 1940 roku, trwa od kwietnia. Burmistrz Steve Fulop chce przenieść posąg o jedną przecznicę na południe, na York Street. Plan usunięcia pomnika wywołał ostrą reakcję dyplomatyczną Polski.

Miejska rada zatwierdziła plan przeniesienia pomnika 13 czerwca, ale grupa mieszkańców zebrała pod specjalną petycją wystarczającą liczbę podpisów, by zmusić radę do ponownego rozważenia tematu. Radni z Jersey mieli więc dwie możliwości: przyjąć akt uchylający rozporządzenie z 13 czerwca lub przekazać sprawę do rozstrzygnięcia w drodze referendum.

W głosowaniu rady trzech radnych opowiedziało się za uchyleniem wcześniejszego zarządzenia o przeniesieniu pomnika (Rich Boggiano, Michael Yun i James Solomon), natomiast pięciu wstrzymało się od głosu (Rolando Lavarro, Joyce Watterman, Daniel Rivera, Denise Ridley i Mira Prinz-Arey). Jeden radny (Jermaine Robinson) w ogóle nie głosował.

- Jeżeli rozporządzenie zostanie uchylone, nadal mogą być podejmowane dalsze działania administracyjne (...), które doprowadzą do sporów sądowych. To z kolei doprowadzi do powstania kosztów, które będzie musiało ponieść miasto, również z tytułu opłat prawnych i innych rodzajów dodatkowych opłat - przekonywał Lavarro. - Referendum  zapewnia zamknięcie tematu w tym sensie, że będzie ostateczna decyzja - mówił.

Komisja, która chce zachować pomnik na Exchange Place, ma 10 dni na odwołanie swojej petycji. Jeśli tak się nie stanie, miasto ma od 40 do 60 dni na zaplanowanie specjalnego referendum. Minął bowiem czas, kiedy można było planować referenda przy okazji listopadowych wyborów powszechnych.

Dodatkowe referendum oznacza nowe koszty dla miasta - urzędnik miejski Robert Byrne przekonuje, że będzie to wydatek w wysokości minimum 200 tys. dolarów. Takie referenda mają też zwykle niższą frekwencję, niż te organizowane razem z wyborami.