Łódź ma szczególny sentyment do Beuysa. Nie zapomina, że w sierpniu 1981 roku artysta przywiózł osobiście dar dla Muzeum Sztuki – skrzynię pełną prac: grafik, rysunków, druków, fotografii, obiektów wraz z dokumentacją. Akcję tę nazwał „Polentransport 1981", w którym dawał wyraz poparcia dla solidarnościowego zrywu w Polsce.
Dokumenty prezentowane obecnie w Atlasie Sztuki, które pochodzą z archiwum Beuysa w berlińskim Hamburger Bahnhof – Museum für Gegenwart, poszerzają naszą wiedzę o jego twórczości i życiu. Przypominają jego głośne akcje w różnych krajach.
Na największym ekranie oglądamy wideo z godzinnego „koncertu" w Tokio w 1984 r., zatytułowanego „Kojot III". Joseph Beuys wystąpił na nim razem z Nam June Paikiem, z którym współdziałał w awangardowej grupie FLUXUS. Paik – wybitny amerykański twórca koreańskiego pochodzenia – grał w trakcie koncertu na czarnym fortepianie. Drugi fortepian na scenie był jaskrawożółty. Beuys przy mikrofonie naśladował głos kojota.
W „Transsibirische Bahn" (Kolei transyberyjskiej), sfilmowanej w 1970 r., na wystawie w Louisiana Museum Humblebaek pod Kopenhagą artysta pojawił się w ekstrawaganckim futrze, sygnalizując, że rusza w dalekowschodnią podróż. To był także symboliczny gest otwarcia i ponowna deklaracja nawiązania kontaktu między Zachodem i Wschodem.
Te manifesty wyrastały z osobistych doświadczeń Beuysa. W czasie wojny był pilotem. W 1944 r. jego samolot został zestrzelony nad Krymem. Beuys przeżył dzięki krymskim Tatarom, którzy opatrzyli mu rany tłuszczem i filcem (do tych materiałów będzie potem odwoływał się w artystycznych działaniach). Następnie trafił do brytyjskiej niewoli, a po dwóch miesiącach wrócił do Niemiec.
Łódzka wystawa prezentuje też akcje, w których Beuys opowiadał się za antysztuką. Jak na wystawie w Düsseldorfie w 1965 r., gdzie przez trzy godziny trzymał publiczność na zewnątrz galerii, a w środku dialogował na temat sztuki z... martwym zającem.
Wszystkie ekstrawagancje wzmacniały jego mit. Tak jak 24-godzinny happening „Und In uns.. unter uns... landunter" (i w nas... poniżej nas... powódź) w Wuppertalu w 1965 r. Każdy artysta miał w nim wyznaczoną przestrzeń. Beuysowi wystarczyła skrzynka, na której przysiadał lub się kładł. Bazon Brock wspomina, że po 19 godzinach akcji u Wolfa Vostella było pięć osób, u niego nie został nikt, u Beuysa wytrwali wszyscy.