W lipcu, po dwumiesięcznej przerwie, płace w przedsiębiorstwach znów rosły, średnio rzecz biorąc, szybciej niż ceny towarów i usług konsumpcyjnych. W dużej mierze przyczyniły się do tego zjawiska przejściowe. W kolejnych miesiącach wzrost płac prawdopodobnie zwolni i znów znajdzie się poniżej inflacji, co przyczyni się do schłodzenia popytu konsumpcyjnego. Zjawisko to może jednak być łagodniejsze, niż się dotąd wydawało.

Ozłoceni górnicy

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw, który obejmuje podmioty z co najmniej dziesięcioma pracownikami, wzrosło w lipcu o 15,8 proc. rok do roku, przebijając nawet skrajne szacunki analityków, a także inflację (wyniosła 15,6 proc.). To nowy wieloletni rekord. Dotychczasowy pochodził z kwietnia, gdy przeciętne wynagrodzenie było o 14,1 proc. większe niż przed rokiem. Później jednak wzrost płac hamował, a w lipcu – jak oczekiwali ekonomiści – ta tendencja miała się utrzymać.

Czytaj więcej

Fatalne dane o PKB. Polska gospodarka nurkuje, najgorszy wynik od 1996 r.

Źródła niespodzianki są oczywiste. Jak wyjaśnił w komunikacie GUS, dynamikę płac podbiły wypłaty premii kwartalnych, półrocznych, motywacyjnych, jubileuszowych, nagród z okazji Dnia Leśnika i Dnia Energetyka oraz wypłaty odpraw emerytalnych. Statystycy zwrócili uwagę także na wypłaty premii „inflacyjnych” oraz dodatkowych nagród jednorazowych, m.in. w górnictwie. Efekt był taki, że w tym ostatnim sektorze przeciętne wynagrodzenie w lipcu podskoczyło o niemal 82 proc. rok do roku, a w energetyce oraz rolnictwie i leśnictwie o ponad 33 proc. rok do roku. Łącznie te sektory dodały do rocznej dynamiki płac w sektorze przedsiębiorstw około 3 pkt proc.

W tym świetle łatwo o wniosek, że przyspieszenie wzrostu płac było zjawiskiem jednorazowym. Za wypłatami premii akurat w lipcu przemawiało to, że w życie weszła obniżka PIT. – Możliwe, że część firm opóźniła wypłatę premii i innych zmiennych elementów wynagrodzeń do lipca, gdy podatki były niższe. Sytuacja najprawdopodobniej zmieni się na gorsze pod koniec roku, gdy będą ujawniać się kolejne symptomy spowolnienia. Firmy będą także wstrzymywać się z podwyżkami płac w II połowie roku, bo od stycznia 2023 muszą znacząco podnieść płace minimalne – ocenia Piotr Popławski, ekonomista z ING Banku Śląskiego.

Inflacyjna erozja wróci

W ocenie analityków z mBanku lipcowe dane z rynku pracy dają jednak powody, aby sądzić, że wzrost płac będzie hamował wolniej, niż dotąd oczekiwali. Po pierwsze, w lipcu premie wypłaciły tylko niektóre firmy górnicze, inne zrobiły to dopiero w sierpniu. Po drugie, te dodatki mają pracownikom kompensować skutki wzrostu cen. Jako takie, mogą się powtarzać dopóty, dopóki inflacja pozostaje wysoka. Tym bardziej że – jak tłumaczą ekonomiści z mBanku – „górnictwo, ale też energetyka (i może też częściowo rolnictwo i leśnictwo) to w obecnej sytuacji, związanej z zagrożeniem braków surowców, sektory, które mają dużą siłę przetargową w zakresie płac”.

Czytaj więcej

Sobolewski: Tylko głębokie i trwałe spowolnienie mogłoby uderzyć w rynek pracy

Na rzecz takiej interpretacji lipcowych danych przemawia również to, że zaskakująco silny okazał się popyt na pracowników. Przeciętne zatrudnienie (tzn. przeliczone na pełne etaty) w sektorze przedsiębiorstw wzrosło 11 tys. etatów. W minionym ćwierćwieczu tylko cztery razy wzrost zatrudnienia w lipcu był większy.

Według Urszuli Kryńskiej, ekonomistki z PKO BP, lipcowe dane potwierdzają więc, że rynek pracy jest w dobrej kondycji. Mimo to aktualny pozostaje według niej scenariusz, w którym rynek ten czeka ochłodzenie pod wpływem spowolnienia gospodarczego, a to z kolei – poprzez wpływ na popyt konsumpcyjny – będzie spowolnienie potęgowało. – W naszej ocenie w kolejnych miesiącach przeciętne wynagrodzenie będzie rosło wolniej niż inflacja. Słabnąca koniunktura ogranicza dotkliwość braków kadrowych, a w otoczeniu gorszego popytu firmy będą mniej skłonne do spełniania żądań płacowych pracowników – tłumaczy ekonomistka.

Rzeczywiście, w przetwórstwie przemysłowym (w ramach sektora przedsiębiorstw), które wyraźnie straciło w ostatnich miesiącach impet (patrz ramka), przeciętne wynagrodzenie wzrosło w lipcu o 11,4 proc. rok do roku, po 11,5 proc. w czerwcu i 12 proc. w maju. Tymczasem sektor przedsiębiorstw odpowiada za około 40 proc. całkowitego zatrudnienia w Polsce. W mniejszych firmach, a także w sektorze publicznym, wzrost płac jest wyraźnie niższy i nie dotrzymuje kroku inflacji. Tak można tłumaczyć to, że w sierpniu nastroje konsumentów były najgorsze w historii badań GUS.

Przemysł złapał oddech

Produkcja sprzedana polskiego przemysłu wzrosła w lipcu realnie o 7,6 proc. rok do roku, po zwyżce o 10,4 proc. w czerwcu. To najsłabszy wynik od półtora roku, ale winę za to można w dużej mierze zrzucić na niekorzystny układ kalendarza. Po oczyszczeniu z wpływu czynników sezonowych produkcja w ujęciu rok do roku rosła w lipcu podobnie jak w czerwcu, a miesiąc do miesiąca wzrosła o 0,5 proc., przerywając serię trzech z rzędu zniżek. Zaskakująco dobre wyniki odnotowały szczególnie niektóre branże zorientowane na eksport. Ekonomiści nie mają jednak wątpliwości, że koniunktura w przemyśle w Polsce, tak jak w całej Europie, będzie się dalej pogarszała z powodu kryzysu energetycznego, suszy i wysokiej inflacji, erodującej siłę nabywczą konsumentów.