Słuchając rozmaitych wypowiedzi po śmierci prof. Bronisława Geremka – postaci bez wątpienia wyjątkowej – można było odnieść wrażenie, że umarł urzędujący premier albo nawet prezydent. Emfaza czy przesada w mowie pogrzebowej nie jest niczym dziwnym ani nagannym. Każdy uczestnik życia publicznego, do którego dzwonią dziennikarze, chce błysnąć celną myślą, dykteryjką albo metaforą, która przebije się w nawale wspomnień o zmarłym.
Sęk w tym, że utrudnia postawienie bolesnego pytania o wszystkie polityczne wybory zmarłego. Jak na przykład wytłumaczyć komuś, kto przyjechałby do Polski z Kirgizji (z całym szacunkiem dla Kirgizów), nic na temat naszego kraju nie wiedząc, że zmarły nie był emerytowaną głową państwa ani nawet wyłącznie „postacią historyczną”, lecz członkiem partyjki, która oscyluje dziś na granicy progu wyborczego. Dlaczego Bronisław Geremek – wraz z dużą grupą (piszę to bez ironii) ojców polskiej demokracji uległ politycznej marginalizacji? I dlaczego diagnoza problemów postawiona przez siłę polityczną, z którą profesor Geremek u zarania III RP się związał, okazała się tak nietrafna?