Tymczasem w czwartek wchodzi w życie nowelizacja ustawy o IPN. I – co charakterystyczne dla obecnej atmosfery wokół instytutu – nikomu z niczym się nie spieszy. Kiedy zostanie wybrany nowy prezes? Gdy zbierze się rada, w której skład wejdą przedstawiciele wyższych uczelni. Kiedy zbierze się rada? Gdy premier podpisze przepisy wykonawcze do ustawy. A kiedy szef rządu je podpisze? Tego nikt nie wie.
Trudno nie ulec wrażeniu, że dopóki na czele IPN stał Janusz Kurtyka (a zaprzyjaźniony z Platformą Lech Wałęsa głosił, że każdy dzień rządów tego prezesa w IPN to dla niego dyshonor), dopóty politycy PO działali w pośpiechu. Gdy jednak uznali, że IPN "został wzięty", na szybkim powołaniu nowego szefa przestało im zależeć. I można podejrzewać, że nie zostanie on wybrany do końca roku. Bo niby dlaczego profesorowie wyższych uczelni, którzy w większości nie kryli niechęci do lustracji, mają teraz z zapałem wybierać szefa IPN? Zwłaszcza że kompromisowy kandydat i tak ostatecznie zostanie zapewne wyłoniony po konsultacjach z dworem Donalda Tuska. Dotychczasowe doświadczenia pokazują bowiem, że premier tylko wtedy lubi politykę historyczną, gdy ją w pełni kontroluje.