Zapytany, czym różniłoby się jego exposé od wystąpienia Donalda Tuska, odpowiada:
Nie różniłoby się zapewne w kwestiach zasadniczych. Takie rozwiązania, jak wydłużenie wieku emerytalnego do 67. roku życia i zrównanie go dla mężczyzn i kobiet, czy zmiany w emeryturach mundurowych, były absolutną koniecznością. (...) Podejmując te działania, rzeczywiście można się zabezpieczyć, szczególnie przed wewnętrznymi skutkami kryzysu. Pamiętajmy jednak, że żyjemy w centrum kontynentu, na którym szaleje burza i na sytuację na rynkach zagranicznych specjalnie wpływu nie mamy.
O planach rządu wobec polityki prorodzinnej i becikowym:
Te pieniądze nie zostaną nigdzie przeniesione, tylko trafią do mniej zamożnych rodzin wielodzietnych. Tak się to zbilansuje. Dla beneficjentów tych świadczeń będzie to solidnie odczuwalne wsparcie. (...) W obrębie wydatków na cele społeczne, edukację, służbę zdrowia - każda oszczędność jest szkodliwa, w dodatku te dziedziny są chronicznie niedoinwestowane.
Borowski mówi także o likwidacji KRUS:
Wokół sprawy KRUS-u narosło całe mnóstwo mitów i aż trudno uwierzyć, że politycy wciąż je powtarzają. Fakt, rolnicy w 10 procentach finansują swoją emeryturę, w 90 procentach pokrywa ją budżet. Ale rolnicy dostają za to minimalną emeryturę, rzędu 600-700 złotych. Nie jest też już tak, że wszyscy płacą jednakową składkę. Rolnicy mający więcej hektarów płacą więcej. Mamy zrównać składki na wsi i w mieście? Większość rolników nie będzie płacić, bo nie ma takich dochodów, więc trzeba będzie zapewnić im świadczenia z opieki społecznej. Radykalne posunięcia w tej dziedzinie nie przyniosą oczekiwanych skutków.
Jak przekonać Polaków, że zaciskanie pasa przyniesie efekty?
Po prostu nie mamy innego wyboru. Struktura demograficzna w naszym kraju, problemy z przyrostem naturalnym, kryzys w Europie muszą skłaniać rząd do określonych działań. Wiele efektów zapowiadanych reform, o ile w ogóle dojdą do skutku, przyniesie plon w skali dziesięciu lat. Ale pierwsze efekty będą widoczne znacznie szybciej.
Były minister finansów stwierdza:
Raczej nie zostaniemy drugą Irlandią. I chyba dobrze. A o drugiej Grecji w Polsce mówi: - Nie ma takiego zagrożenia. Przed tak dramatycznym scenariuszem na pewno się obronimy.