Wpatruję się w infantkę Velasqueza. Jak tu nie wielbić takiego słodkiego maleństwa. Nie cieszyć się, że słynny konterfekt przybył do Krakowa. Tymczasem, trójka gimnazjalistek za moimi plecami nie potrafi rozstać się z portretem rudowłosej dziewczynki z chryzantemami, wiszącym na wprost cesarzówny, na przeciwległej ściance niby - saloniku, jednego z wielu intymnych nisz w labiryncie wystawy poświęconej Oldze Boznańskiej.

- Ona jest...- dziewczęta gadają podekscytowane. Nie brak takich mądralińskich małolat w Krakowie. Te miotają się od portretu do portretu Boznańskiej, czekam więc na swoją kolej do rudowłosej. Aż nazachwycają się wreszcie wszystkimi trzema obrazami skonfrontowanymi tu w jednym zaułku z dziełem mistrza Velasqueza.

- Nie, nie – dziewczyna w trampkach i chudziutkich getrach w paski macha lekceważąco w kierunku obrazu tuza leksykonów malarskich świata.

- Ta mała mówi: „Kłaniaj mi się"! – orzeka i młodociane, obrazoburcze strzygi zgodnie odwracają się od światowego arcydzieła.

- A ta ruda jest jakaś taka...Ja stąd chyba nie wyjdę! –szepcze getrzasta, jakby wyczuwała, że podsłuchuję.

Oto Boznańska uwodzi nastolatki trzeciego tysiąclecia. Rozumiem te dzieciaki. Choć ja akurat wiem, że życie maleńkiej Hiszpanki z obrazu sławnego mistrza też już wkrótce będzie cierpieniem i szybko zakończy się śmiercią najzwyklejszej kobiety. Najbardziej zdumiewające jest to, że w towarzystwie portretu perfekcyjnego geniusza obrazy Boznańskiej nie gasną, lecz nabierają lśnienia. Infantka znalazła się w krakowskim muzeum za intuicją krytyka, który dopatrzył się inspiracji sztuką Velasqueza. Zabawne, że miał to być dla Boznańskiej komplement, wyraz uznania.

„Pani Olga de Boznanska, najbardziej wyjątkowa z monachijskich artystek malarka portretów, a przede wszystkim dzieci (...), zdaje się zwracać w kierunku Velasqueza" – napisał ów Szwajcar w roku 1898.

Gdyby nie wystawa krakowskiego Muzeum Narodowego wiedziałabym zaledwie, że Olga Boznańska to ta ekscentryczka z końca XIX wieku, która dokończyła żywota w swojej, paryskiej pracowni w gęstwinie nietykalnych mrówek i oswojonych myszy. Inteligencja jednej z myszek o imieniu Ireneusz zyskała sobie spory rozgłos w towarzystwie klientów i gości malarki ze sfer najwyższych, cyganeryjnych i całkiem ubogich i przeszła do historycznej anegdoty. Cóż, że nawet parę razy jakiś sczerniały portret, spotkany przypadkiem w muzeum, zdarzyło mi się przywitać uwagą: „Boznańska? Rzeczywiście." Bo to malarstwo jedyne, oryginalne. Obiekty jego jakby za mgłą, o niejasnym konturze, uwypuklane są unikalną, rozproszoną plamą. Malarstwo to nazywano  impresjonistycznym, ale przecież jest ono zupełnie inne od wszystkich, samoswoje. Kładzione na matującą tekturę, niezbyt kolorowe na pozór, a mimo to bijące blaskiem. Arcyciekawostką krakowskiej wystawy jest ekspozycja autentycznych palet Boznańskiej. Doliczono się na nich ponad dwudziestu kolorów, które składają się na jej niezwykłe maty.

Boznańska urodzona w drugiej połowie XIX wieku, jako kobieta, nie miała w młodości wstępu do szkół austriackiej Galicji. Kształciła się prywatnie w pracowniach artystów Krakowa, a praktykę kontynuowała za granicą. Wkrótce, w Monachium, powierzono jej nawet kierownictwo akademii. Już w wieku 28 lat za portret malarza Nauena zdobyła złoty medal na wystawie w Wiedniu, a brat cesarza - arcyksiążę Karol Ludwik Habsburg - gratulował jej sukcesu w słowach: „Jestem dumny, że pani jako Polka otrzymała tę międzynarodową nagrodę."

Żałosne, że dotąd kojarzyłam nazwisko Boznańskiej głównie z wizerunkami Konopnickiej

i Sienkiewicza, choć namalowała ona dziesiątki innych portretów. Boznańska zmarła w drugim roku II wojny, w 1940, zaznawszy za życia światowych hołdów i laurów, łącznie z orderem Legii Honorowej. Dziś trzeba nam o tym przypominać.

Z imponująco bogatej, pieczołowicie zaaranżowanej wystawy obrazów Olgi Boznańskiej wracam wstrząśnięta. Jest ona jak odzyskany na chwilę oddech Polski wyrzuconej na ląd przez mętne, marne morze potoczności, galopującej degrengolady i pogardy dla narodowej kultury. Udało się coś nadzwyczajnego, fantastycznego. Nigdy nie widziałam piękniejszej wystawy malarskiej.

„Panna Boznańska nie portretuje sukni, kapelusza, futrzanej etoli czy diamentowej kolii (...).Ona oddaje uczucia (...), emocje (...) i charaktery."- brzmiała opinia francuskiego krytyka z początku XX wieku o tej wybitnej, pracowitej emancypantce, bez reszty poświęconej sztuce. Jej gorliwy, wiele lat zwodzony zapewnieniami miłości narzeczony, nie zdzierżył tej wymagającej konkurentki i odpuścił sobie czekanie na ślub.

„Obrazy moje są prawdą, są uczciwe, pańskie. Nie ma w nich małostkowości, nie ma maniery, nie ma blagi. Są ciche i żywe." – powiedziała sama artystka, malarka duszy.

Trzeba to przeżyć sam na sam z jej obrazami.

Myślę, jak wiele jest jeszcze podobnych fenomenów naszej kultury, których klasy nie doceniamy, nie znamy. Dzieło ilu z nich tuła się w rozproszeniu i zapomnieniu. Ile takich cudowności czeka na ponowne odkrycie. Na promotora w rodzaju Pani Zofii Gołubiew - Dyrektor krakowskiego Muzeum. Wypożyczenie obrazów z prestiżowych muzeów zagranicznych, kwerenda, przekonanie do inicjatywy kolekcjonerów prywatnych, opracowanie pięknych wydawnictw i gadżetów musiało być olbrzymim wysiłkiem. Każdy aspekt tej wystawy dopracowany jest perfekcyjnie. Doprawdy, spora cząstka grzechów odpuściła się Ministerstwu Kultury z racji wsparcia projektu tym razem ze wszech miar najgodniejszego.

Honorowy patronat nad sensacyjną wystawą Olgi Boznańskiej objęła Anna Komorowska – Pani Prezydentowa. A przypuszczam, że łasych na taką protekcję są legiony...

Natomiast, w ostatnich dniach „Super Ekspres" uspokoił czytelników, że w rodzinie  towarzyszy znów górują zgoda i miłość. Józef Oleksy pokajał się przed Jolantą Kwaśniewską za pamiętne szyderstwa, czyli nocne rozhowory podczas zakrapianego kominka u serdecznego przyjaciela nazwiskiem Gudzowaty, który jego wynurzenia osobiście nagrał i udostępnił światu. Nie zważając na stan kultury języka aktualnej polityki, SE określił te zwierzenia mianem „wulgarnych". W istocie, wulgarne musi się wydawać zwłaszcza porównanie zarobków męża byłej, pierwszej damy z wartością kazimierskiej willi, a ewidentnie wulgarne są kpinki ze szwajcarskiej chirurgii plastycznej. „Super Ekspres" cytował te najbardziej wulgarne fragmenty. Chodziło chyba o to, żeby przypomnieć, jak bardzo były one wulgarne w razie, gdyby ktoś zapomniał. Dzięki owej dziennikarskiej rzetelności, dopiero teraz uchwyciłam puentę gadki Oleksego, której metaforą stała się nauka szykownego spożywania bezy w imię dorobienia paru złotych w telewizji. Kropką nad „i" przewodniej myśli Oleksego było bowiem westchnienie końcowe: „I to jest (...) program pierwszej damy...". I to jest także wolta mojego myślenia. Niestety, w całej tej historii to towarzysz Oleksy miał rację. Dziwny jest teen świaat! Ja i Oleksy w jednym froncie.

Panna Boznańska wystawia w Krakowie tylko do 1 lutego. Spieszmy się kochać Boznańską.