Ukraińska dyplomacja po 24 lutego 2022 roku jest ewenementem w historii stosunków międzynarodowych. Państwo dewastowane przez agresora i zależne od pomocy zewnętrznej w relacjach z partnerami nie tylko prosi i dziękuje, ale także żąda, dyscyplinuje i łaje. Asertywności tej doświadczyły jak dotąd przede wszystkim Niemcy (choć, jak wiemy, nie one jedne). Obecnie przekonuje się o niej Izrael.
Ukraińska krytyka
W ciągu ostatnich miesięcy władze izraelskie usłyszały m.in., że kontakty z nimi „nie przynoszą żadnych rezultatów” (prezydent Zełenski), że „nie wywiązują się z podjętych zobowiązań”, „wybrały współpracę z Moskwą”, a także milczą w obliczu wymierzonych w ukraińskiego lidera antysemickich wypowiedzi rosyjskich oficjeli (ambasada Ukrainy w Tel Awiwie).
Czytaj więcej
W Kijowie grozą władzom w Tel Awiwie wstrzymaniem ruchu bezwizowego. To uniemożliwiłoby zbliżającą się pielgrzymkę kilkudziesięciu tysięcy chasydów...
Lista zarzutów pod adresem Izraela jest długa. Sprowadza się jednak do tego, że w poczuciu Kijowa państwo to nie udzieliło mu jak dotąd żadnej istotnej pomocy wojskowej, okazane wsparcie polityczne było minimalne, a humanitarne wyschło wraz z powrotem do władzy Beniamina Netanjahu. Tym samym w ocenie Ukraińców władze izraelskie jedynie markują pomoc, w rzeczywistości zaś dbają przede wszystkim o zachowanie zakulisowych relacji z Rosją.
Do zarzutów tych dochodzą także pomniejsze dotyczące m.in. ruchu osobowego czy sytuacji uchodźców. Ukraina twierdzi np., że Izrael dyskryminuje jej obywateli, odmawiając mniej więcej co dziesiątemu prawa wjazdu.
W tym kontekście Kijów zagroził niedawno (ustami ambasadora), że jeśli sytuacja się nie poprawi, zablokuje pielgrzymkę, jaką bracławscy chasydzi odbywają na Rosz ha-Szana (w tym roku 15–17 września) do grobu swojego cadyka w Humaniu. A sprawa nie jest błaha, bo chodzi o kilkadziesiąt tysięcy osób (mimo wojny) i to z elektoratu obecnej koalicji rządzącej Izraelem.
Szczytem asertywności – i miarą tego, jak zmienił się świat po 24 lutego – było natomiast stwierdzenie ukraińskiego dyplomaty, że dla premiera Netanjahu „najkrótsza droga do Białego Domu prowadzi przez Kijów”. W przypadku przywódcy, który co prawda stoi na czele państwa cieszącego się szczególnie bliskim relacjami z USA, ale który od miesięcy nie może doczekać się zaproszenia do Waszyngtonu, było to szpilą szczególnie celną.
Netanjahu w kropce
Ukraińska krytyka jednak nie ma dużych szans wpłynąć na zmianę polityki Izraela. Nie zmienia bowiem głównych przesłanek – do których jeszcze wrócę – w oparciu o które władze w Jerozolimie kształtują politykę wobec wojny. Sęk jednak w tym, że nie mogą one całkiem Ukraińców zignorować. Nie mogą bowiem dopuścić, aby powstało wrażenie, że są wobec wojny indyferentne lub – tym bardziej – że de facto stawiają na relacje z Rosją.
Czytaj więcej
Rząd Stanów Zjednoczonych zatwierdził w czwartek wniosek Izraela o eksport wspólnie opracowanego systemu obrony przeciwrakietowej Arrow 3 do Niemie...
Jako państwo, które deklaruje przynależność do świata Zachodu i które samo regularnie o jego solidarność apeluje (przeciw Iranowi, przeciw Hezbollahowi, przeciw ugrupowaniom palestyńskim), Izrael nie może wszak jawić się jako obojętny wobec konfliktu zbrojnego, który Zachód tak bardzo angażuje. I to zwłaszcza w sytuacji, kiedy inny regionalny potentat – Arabia Saudyjska – zadeklarował pomoc humanitarną dla Kijowa w wysokości 400 mln dol. i gościł niedawne rozmowy w Dżeddzie mające przekonać państwa spoza bloku zachodniego do ukraińskiej formuły uregulowania konfliktu.
W tej sytuacji wypytywany o możliwość udzielenia Ukrainie pomocy wojskowej premier Netanjahu od miesięcy kluczy. Powtarza, że „przygląda się sprawie”, „studiuje możliwości”, „przeprowadza konsultacje”, a nawet (w czerwcu), że „nie wyklucza odwiedzenia Kijowa”. Zdaniem Ukraińców wiele jednak z tego nie wynika, poza tym, że pozwala izraelskiemu premierowi symulować, że coś ważnego dla Ukrainy robi albo gotów jest zrobić lada moment.
Z punktu widzenia Izraela wojna w Ukrainie wygląda zupełnie inaczej niż z perspektywy europejskiej
Sytuacja ta nakazuje oczekiwać w stosunkach izraelsko-ukraińskich pogłębiania się obopólnej frustracji. Po stronie Ukrainy ze względu na brak oczekiwanego wsparcia, a po stronie władz Izraela z powodu sytuacji, w której Kijów pozwala sobie na ich bezpardonową krytykę, one zaś nie mogą jej uciszyć. W końcu Ukraina jako ofiara agresji występuje z pozycji moralnej słuszności, a na dodatek ma prezydenta, którego przodkowie byli ofiarami Zagłady.
Podjęta przez Netanjahu próba uzasadnienia niedostarczania pomocy wojskowej Ukrainie obawami o to, że „izraelskie technologie mogłyby wpaść w ręce Iranu”, spotkała się z gwałtownym sprzeciwem Kijowa i argument ten więcej się nie pojawił.
Wojna z perspektywy Jerozolimy
Z punktu widzenia Izraela wojna w Ukrainie wygląda zupełnie inaczej niż z perspektywy europejskiej. Zwłaszcza obecnie, kiedy głęboki kryzys polityczny wewnątrz tego kraju – niczym czarna dziura – pochłania energię, czas i emocje zarówno klasy politycznej, jak i społeczeństwa.
Jednak nawet przed jego rozpoczęciem wojna w Ukrainie plasowała się daleko poza podium w hierarchii tematów, które tamtejszą opinię publiczną rzeczywiście zajmują. Jawi się ona bowiem Izraelczykom jako coś relatywnie odległego, niemającego bezpośredniego wpływu na ich państwo, a zatem – siłą rzeczy – mniej absorbującego niż liczne własne problemy wewnętrzne i zewnętrzne. Sondaże opinii publicznej przeprowadzane na przestrzeni 2022 roku konsekwentnie wykazały, że społeczeństwo izraelskie sympatyzuje wprawdzie z Ukrainą, zarazem jednak niechętne jest wysyłaniu broni czy przyłączaniu się ich państwa do reżimu sankcyjnego. Bierze się to niewątpliwie z obaw o reakcje Rosji, jednocześnie jednak z głęboko zakorzenionego przekonania, że Izrael musi koncentrować się na własnym bezpieczeństwie, nie może pozwolić sobie na luksus prowadzenia polityki zagranicznej determinowanej odruchami moralnymi i że nie jest Ukrainie (ani żadnemu innemu państwu) nic winien. Jeśli już, to – ze względu na przeszłość – odwrotnie.
Czytaj więcej
Izrael nie dostarcza broni Ukrainie częściowo z powodu obaw, że może ona trafić w niewłaściwe ręce - powiedział premier Izraela Beniamin Netanjahu...
Oczywiście perspektywa statystyczna nie ujmuje wszystkiego. W Izraelu istnieje grupa obywateli głęboko przejętych losem Ukrainy (głównie wychodźców z tego państwa) i organizujących pomoc. Nad Dniepr trafiła także niewielka grupa izraelskich ochotników. Jest to jednak w ramach izraelskiego społeczeństwa mniejszość o ograniczonej mocy sprawczej.
Z kolei polityka izraelskich rządów (dwóch) i premierów (trzech) wobec wojny ulegała fluktuacjom, zasadniczo jednak utrzymywała się dotąd w wyraźnie zakreślonych ramach. Izrael od początku zapowiedział, że nie przyłączy się do sankcji i nie dostarczy broni. Za poprzedniego rządu (premierzy Naftali Bennett i Ja’ir Lapid) zdobył się jednak na potępienie Rosji po ujawnieniu masakry w Buczy oraz przekazał Ukrainie pomoc humanitarną. Z kolei po zmianie rządu na początku roku nowy/stary premier Netanjahu zadeklarował, że jego rząd będzie w sprawie wojny w Ukrainie „mniej mówić”, pozostawiając tym samym przestrzeń do domysłów, że być może będzie za to „więcej robić”.
Jednak zdaniem Ukraińców do niczego takiego nie doszło. W praktyce Izrael przestał publicznie potępiać Rosję, a pomoc humanitarna – jak przekonuje strona ukraińska – niemal ustała. Natomiast obietnice złożone w czasie wizyty szefa izraelskiej dyplomacji Elego Cohena w Kijowie w lutym, takie jak gwarancje kredytowe na kwotę 200 mln dol. czy – bliżej niesprecyzowany – system identyfikowania zagrożeń powietrznych, jak dotąd nie zostały zrealizowane.
Co do przyczyn tej powściągliwej polityki władze w Jerozolimie wskazują wojskową obecność Rosji w Syrii, z którą Izrael musi się liczyć, planując operacje zbrojne, a także obawę o możliwe zacieśnienie współpracy rosyjsko-irańskiej w dziedzinie bezpieczeństwa.
Wydaje się jednak, że istnieje też powód głębszy i bardziej generalny, a mianowicie, że w optyce izraelskich decydentów Rosja – jako państwo potężne i mściwe – była, jest i będzie, więc antagonizowanie jej w sytuacji, kiedy nie ma się po temu bardzo ważnego, konkretnego, własnego (sic!) powodu byłoby polityką błędną z punktu widzenia interesu narodowego.
Autor jest koordynatorem projektu Izrael–Europa w Ośrodku Studiów Wschodnich