Marek Migalski: Osobiste ambicje liderów

Każdy przywódca ma na uwadze nie tylko losy Polski, ale też interes swojej formacji i swój. To jest polityka.

Publikacja: 05.04.2023 03:00

Donald Tusk nie ulega naciskom na ustąpienie miejsca Rafałowi Trzaskowskiemu, bo ma w tym cel

Donald Tusk nie ulega naciskom na ustąpienie miejsca Rafałowi Trzaskowskiemu, bo ma w tym cel

Foto: PAP/Mikołaj Kuras

To nie będzie kolejny tekst o tym, w jakim kształcie organizacyjnym opozycja powinna pójść do wyborów. Napisałem ich na tych łamach na tyle wiele, żeby zrozumieć, że to nie ma sensu i nikt mnie nie chce słuchać. To będzie tekst o tym, dlaczego tak trudno liderom poszczególnych partii dojść do porozumienia oraz jakie osobiste kalkulacje towarzyszą im podczas myślenia o tworzeniu wspólnych list. Osobiste to nie znaczy nieracjonalne lub nawet po prostu głupie. Polityka jest dziedziną życia, w której kwestie personalne są niezwykle ważne i ich nieuwzględnianie jest jednym z podstawowych błędów popełnianych przez badaczy społecznych. Kilka lat aktywnego uprawiania polityki przekonało mnie do tej tezy w stopniu znakomitym. Dlatego chętnie dzielę się tą wiedzą.

Upór Tuska

Zacznijmy od najważniejszego gracza, czyli Donalda Tuska. On akurat najczęściej powtarza apele o jedną listę, co zresztą leży w jego osobistym interesie – byłby jej naturalnym liderem i dlatego tak chętnie opowiada się za jej utworzeniem. Nie oznacza to, że nie widzi jej politycznego sensu, ale dostrzega także to, że przez przypadek to rozwiązanie byłoby najbardziej korzystne również dla niego, pozwalałoby bowiem zmajoryzować wszystkich pozostałych.

Natomiast niechętnie przewodniczący Platformy Obywatelskiej odnosi się do apeli o to, by ustąpił miejsca i uczynił twarzą kampanii Rafała Trzaskowskiego. Zwolennicy takiego rozwiązania argumentują (nie bez racji zresztą), że prezydent stolicy jest popularniejszym od niego politykiem oraz ma mniejszy elektorat negatywny. Sam zainteresowany jest na pewno świadomy tego stanu rzeczy, czemu dał wyraz w czasie kampanii prezydenckiej w 2020 roku, kiedy to był namawiany przez swych zwolenników do powrotu do kraju i pogonienia Andrzeja Dudy gdzie pieprz rośnie. Tusk przytomnie – i właściwie wprost – argumentował, że nie może tego zrobić, bo jest mniej popularny niż urzędująca głowa państwa i po prostu przegra.

Czytaj więcej

Kamil Sikora: Maraton politycznych sprinterów

Dlaczego zatem lider KO nie słucha dzisiaj wezwań i nie ustąpi miejsca Trzaskowskiemu? Żeby odpowiedzieć na to pytanie, proponuję cofnąć się do przełomu 2005 i 2006 roku, kiedy to miała miejsce następująca sytuacja: rząd Kazimierza Marcinkiewicza nie zdążył złożyć ustawy budżetowej i nowy prezydent, Lech Kaczyński, mógł rozwiązać parlament i rozpisać nowe wybory. Wszystkie sondaże wskazywały, że w ich wyniku PiS znacząco poprawiłoby swój stan posiadania w Sejmie i prawdopodobnie uzyskałoby bezwzględną większość, która pozwalałaby jego liderom rządzić bez konieczności dogadywania się z Samoobroną i LPR. Co wówczas postanowili obaj bracia Kaczyńscy? Zdecydowali się na działania w ramach prowizorium budżetowego oraz nierozwiązywanie parlamentu.

Przez lata zastanawiałem się, dlaczego postąpili tak głupio. Aż sprawę wyjaśnił Ludwik Dorn. Opisał szczegółowo sposób rozumowania prezydenta i prezesa partii rządzącej. Nie chcieli oni dopuścić do nowych wyborów, ponieważ zwycięskie PiS miałoby twarz najpopularniejszego wówczas polskiego polityka, czyli Marcinkiewicza. Kaczyńscy chcieli więcej władzy, ale nie za cenę tego, iżby w opinii publicznej utrwaliło się przekonanie, że zawdzięczają to nie sobie, lecz popularnemu premierowi.

Wróćmy do współczesności – Tusk nie chce ulec apelom o wycofanie się, po pierwsze, dlatego, że owe apele już zostały sformułowane i dziś wyglądałoby tak, jakby ulegał naciskowi, a nie sam coś proponował. Po drugie, ma świadomość, że jeśli ten manewr udałby się i rzeczywiście opozycja odsunęłaby PiS od władzy, to wszyscy uważaliby, iż dokonało się to właśnie dzięki Trzaskowskiemu, a nie jemu. To nie brzmi dobrze.

Czytaj więcej

Artur Bartkiewicz: Platforma Obywatelska – liberałowie w socjalnej klatce

Oczywiście, ostatecznie Tusk może się zdecydować na ten ruch i ogłosić, że to były kandydat PO na prezydenta będzie teraz kandydatem KO na premiera. To nie jest wykluczone, zwłaszcza że w ten sposób uwikłałby Trzaskowskiego w trudny proces rządzenia po ewentualnej wygranej i praktycznie zabiłby jego sny o prezydenturze w 2025 roku, ale warto mieć to na względzie, gdy przyglądamy się obecnie, jak niechętnie reaguje Tusk na wymuszanie na nim cofnięcia się i powtórzenia ruchu Kaczyńskiego z Dudą i Szydło. Wtedy jego zachowanie staje się mniej irracjonalne.

Kosiniak premierem?

A jak sprawa się ma z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem? Dlaczego on jak ognia unika realizacji pomysłu jednej listy? Jest kilka powodów, ale najważniejszy jest taki, że tego typu konstrukcja bardzo ograniczyłaby jego pozycję negocjacyjną w walce o premierostwo już po wyborach. Gdyby PSL stało się częścią jednej listy, oczywistym kandydatem na premiera w nowym rządzie byłby lider najsilniejszego podmiotu owej listy, czyli ktoś z PO. W sytuacji jednak, gdy ludowcy pójdą sami do wyborów (lub z PL 2050), wszystko podlega negocjacji, także stanowisko szefa nowego rządu.

Czy to możliwe, że Kosiniak-Kamysz mógłby chcieć zostać premierem w rządzie z partią Kaczyńskiego? Nie uważam tak i sądzę, że taka alternatywa jest mu potrzebna do wymuszania ustępstw ze strony partnerów obecnej opozycji. Ale nie wykluczam, że w PSL są politycy, którzy nie mieliby nic przeciwko współrządzeniu z PiS. W tym kontekście najczęściej wymienia się Marka Sawickiego czy Waldemara Pawlaka. Nie mam wiedzy, żeby móc orzec, czy tak jest naprawdę, ale warto podkreślić, że PSL jest wewnętrznie bardzo demokratyczną formacją i wystarczy decyzja Rady Naczelnej (kilkudziesięcioosobowego zaledwie ciała), by zmienić prezesa stronnictwa w ciągu kilku godzin. Jeśli większość partii byłaby za zawarciem umowy koalicyjnej z partią Kaczyńskiego (gwarantującą na przykład stanowisko premiera ludowcom), to Kosiniak-Kamysz nie miałby wielkiego pola manewru.

A jakie są kalkulacje Szymona Hołowni? Przyznam, że dawno nie widziałem takiej akcji „młotkowania” jak w przypadku hejtu, który spadł na niego ze strony zwolenników PO oraz jednej listy. Określenia pod jego adresem w stylu „ministrant” czy „chłopiec w krótkich spodenkach” należały do najlżejszych. A przecież sprzeciwiając się jednej liście z Tuskiem na czele, działa on prawie tak samo racjonalnie jak Tusk, broniąc się przed usunięciem w cień Trzaskowskiego.

Sny Hołowni

Trudno dziwić się liderowi PL 2050, że nie chce zwinąć żagli i zacumować w sopockiej zatoczce szefa PO. Nie po to trzy lata walczył o podmiotowość, by teraz grzecznie złożyć swoje interesy na ołtarzu „wspólnej sprawy”, zwłaszcza jeśli widzi, że kapłanem zarządzającym uroczystością jest Tusk. Poza tym działa na pewno pod wpływem swoich posłów i działaczy, którzy w układzie z PSL mają duże szanse na mandaty w przyszłym Sejmie, natomiast na jednej liście opozycji mogą zginąć w tłumie (zwłaszcza że przez część wyborców mogą być traktowani jako „zdrajcy” – dotyczy to szczególnie byłych posłów i posłanek PO, którzy przeszli do PL 2050). Hołownia nie chce obudzić się po wyborach jako zmarginalizowany lider mogący liczyć na kilka szabel w Sejmie oraz jedno ministerstwo i zerowy wpływ na rzeczywistość. Jego postawa nie jest ani na jotę bardziej „egoistyczna” niż zachowanie Tuska czy Kosiniaka-Kamysza.

Czytaj więcej

Jacek Nizinkiewicz: Hołownia tonie, jak utonęła Nowoczesna

Na koniec Włodzimierz Czarzasty. On akurat jest najmniej krytykowany, bo jest otwarty zarówno na samodzielny start Lewicy, jak i na jedną listę opozycji, a nawet na jakąś koalicję z KO (co chyba najmniej prawdopodobne). Jego głównym celem jest zachowanie spójności swojego środowiska i niezgubienie partii Razem.

Wyborcy poszczególnych partii opozycyjnych postrzegają swoich ulubionych liderów jako bezinteresownych i mających na celu dobro kraju, natomiast szefów innych partii anty-PiS-u jako samolubnych i egoistycznych. Tak jednak nie jest – każdy z przywódców ugrupowań opozycyjnych ma na uwadze zarówno losy Polski, jak i interesy własnej formacji oraz swoje osobiste. Inaczej nie zajmowaliby się polityką, lecz pracowaliby w przytułkach dla ubogich, myjąc im stopy i rozdając ciepłe posiłki. Nie można mieć do nich o to pretensji. Taka właśnie jest polityka. Bardzo personalna.

Marek Migalski

Autor jest politologiem, prof. UŚ

To nie będzie kolejny tekst o tym, w jakim kształcie organizacyjnym opozycja powinna pójść do wyborów. Napisałem ich na tych łamach na tyle wiele, żeby zrozumieć, że to nie ma sensu i nikt mnie nie chce słuchać. To będzie tekst o tym, dlaczego tak trudno liderom poszczególnych partii dojść do porozumienia oraz jakie osobiste kalkulacje towarzyszą im podczas myślenia o tworzeniu wspólnych list. Osobiste to nie znaczy nieracjonalne lub nawet po prostu głupie. Polityka jest dziedziną życia, w której kwestie personalne są niezwykle ważne i ich nieuwzględnianie jest jednym z podstawowych błędów popełnianych przez badaczy społecznych. Kilka lat aktywnego uprawiania polityki przekonało mnie do tej tezy w stopniu znakomitym. Dlatego chętnie dzielę się tą wiedzą.

Pozostało 91% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Publicystyka
Paweł Kowal: W sprawie Ukrainy NATO w połowie drogi
Materiał Promocyjny
Mity i fakty - Czy to prawda, że elektryczne auta palą się częściej niż spalinowe?
Publicystyka
Łukasz Warzecha: Przez logikę odwetu Donald Tusk musi za wszelką cenę utrzymać się u władzy
Publicystyka
Groźny marsz Marine Le Pen
Publicystyka
W Małopolsce partia postawiła się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Czy porażkę można przekuć w sukces?
Publicystyka
Łukasz Warzecha: Czas wprowadzić maksymalny wiek biernego prawa wyborczego