Jan Pospieszalski w "Gazecie Polskiej Codziennie" pisze:
Nie wierzyłem własnym uszom. W swoim ostatnim słowie w sali sądowej Stanisław Kania, były I sekretarz PZPR, oświadczył: „Wbrew temu, co piszą i mówią niektórzy, jesienią 1981 r. groźby interwencji radzieckiej nie było!”.
Publicysta dodaje, że ostatni akt sześcioletniego procesu „o bezprawne wprowadzenie stanu wojennego i udział w zbrojnym spisku przestępczym” z oskarżonymi m.in. Czesławem Kiszczakiem i Stanisławem Kanią przyciągnął większość telewizji, stacje radiowe, agencje prasowe.
I oto jesteśmy świadkami, jak po raz pierwszy członek najwyższych ówczesnych władz obala lansowaną od dziesięcioleci tezę o gen. Jaruzelskim – wybawicielu, który wprowadzając stan wojenny, ocalił Polskę przed sowiecką agresją.
Propagandowy mit o patriotach Kiszczaku i Jaruzelskim został zakwestionowany nie przez historyków i ekspertów, ale przez jednego ze sprawców. Ponieważ okoliczności wprowadzenia stanu wojennego są jedną z fundamentalnych kontrowersji dzielących polską opinię publiczną, a jednocześnie czymś podstawowym dla rozumienia Okrągłego Stołu i III RP
I dlatego – pisze Pospieszalski:
Byłem przekonany, że będziemy świadkami wyścigu, zażartej rywalizacji: która telewizja jako pierwsza na czerwonym pasku poda: „Z ostatniej chwili. Kania: >>Groźby interwencji radzieckiej nie było!
Popieszalski podsumowuje:
Marginalizacja czy wręcz nieobecność tej niezmiernie ważnej informacji w głównych mediach polskich pokazuje żywotność propagandowej tezy o generałach – ludziach honoru, którzy musieli wybrać tzw. mniejsze zło. Trwałość tego kłamstwa w III RP jest nie tylko jedną z gwarancji bezkarności odpowiedzialnych za komunistyczne zbrodnie.
Dowodzi także, jak dalece mentalność dziennikarzy, ale i układ organizacyjny polskich mediów jest konsekwencją stanu wojennego.