Dziennikarze "Gazety Wyborczej" przyjrzeli się, jak PO wywiązuje się z obietnicy zmniejszenia zatrudnienia w administracji państwowej. Po wzięciu pod lupę gabinetów politycznych ministrów okazało się, że pracują tam dziesiątki młodych osób, często z młodzieżówek partii: w samych gabinetach politycznych MSW i resortu cyfryzacji po siedem osób, w resorcie kultury – pięć, w Kancelarii Premiera łącznie blisko trzydziestu doradców i asystentów politycznych.
Tekst skomentował poseł PO, Łukasz Gibała:
Nie podoba mi się, że gabinety polityczne są tak rozbuchane. Rozumiem, że można mieć jednego asystenta politycznego, ale siedmiu to za dużo. Premier powinien porozmawiać z ministrami i skłonić ich, żeby zrezygnowali z aż tak dużej liczby pracowników.
Gibała przyznaje, że rozdęte gabinety polityczne są porażką Platformy:
Nie udało nam się ograniczyć zatrudnienia w administracji w poprzedniej kadencji i sam premier Donald Tusk przyznał, że to jest jedna z większych porażek jego rządów.
Prof. Michał Kulesza, który przygotowywał przed laty reformę administracyjną, zwraca uwagę, że gabinety są na świecie powszechne i pełnią ważną funkcję w podnoszeniu jakości publicznego zarządzania:
Byłoby idealnie, gdyby w tych gabinetach zasiadali eksperci odpowiedzialni za program partii w danej dziedzinie, bo są nie tylko dobrzy merytorycznie, lecz mają także polityczną wizję. Doradcy, poważni ludzie z dorobkiem, powinni zapewniać realne wsparcie w rządzeniu. Doradcą prezydenta Komorowskiego jest Tadeusz Mazowiecki. Problem zaczyna się, gdy gabinet polityczny robi za przytulisko dla członków młodzieżówki partii, którzy ministrowi robią herbatę.
Były szef MSWiA - Krzysztof Janik dodaje:
Gabinety miały skończyć z hipokryzją. Niestety, praktyka poszła w takim kierunku, że z ekspertów w gabinetach zrobiono przydupasów od kupowania biletów, zakupów czy ubierania koleżanki małżonki.
Nic dodać, nic ująć.