Podczas gdy prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama przemawiał na Placu Zamkowym w Warszawie i przestrzegał przed ciemnymi taktykami Kremla, na rzeczonym Kremlu przemawiał też prezydent, tyle że Rosji. I nie do tłumów, lecz do dziennikarzy francuskiej telewizji TF 1. Jak to w takich sytuacjach bywa, wśród mało dociekliwych pytań dziennikarzy Putin pokazał się w wywiadzie jako prawdziwy demokrata: dbający o prawa mniejszości, o demokrację - o wszystko to, o co dbali jego rozmówcy.
I choć to z reguły niezawodna taktyka, ma ona pewne wady: otóż w ferworze tej demokratycznej retoryki i krytyki swoich niedemokratycznych przeciwników można nieoptarznie skrytykować samego siebie. Taki feler przytrafił się Władimirowi Władimirowiczowi. I to dwukrotnie.
Pierwszy raz, kiedy przyznał, że Rosja i jej polityka nie mają przyszłości.
Polityka ekspansjonizmu i podboju nie ma przyszłości w nowoczesnym świecie
- zadeklarował rosyjski prezydent. Po czym wyjaśnił, że "separatyści" na Ukrainie nie są prorosyjscy, tylko walczą o swoje prawa. Walczą o federalizm.
Nie nazwałbym ich ani prorosyjskimi, ani proukraińskimi. To ludzie, którzy mają pewne prawa: polityczne humanitarne prawa, które muszą mieć szansę egzekwować. Tymczasem na Ukrainie gubernatorzy wciąż są wyznaczani przez Kijów
- utyskiwał Putin. Utyskiwanie to jest o tyle zabawne, że w Rosji, która w przeciwieństwie do Ukrainy jest państwem federalnym, gubernatorów w poszczególnych obwodów, krajów i republik też obsadza Moskwa. Zaś bezpośrednie wybory gubernatorów obalił w 2004 roku sam Władimir Władimirowicz.
A co do wątpliwej "prorosyjskości" separatystów na Ukrainie, to Aleksandr Chodakowski, dowódca batalionu "Wostok" i zwolennik przybyłego z Moskwy "premiera" Donieckiej Republiki Ludowej, ma inne zdanie.
Każdy ma tu związki z Moskwą. Taka jest obecnie logika polityki. Niemożliwe jest nie mieć związków z Moskwą
- powiedział reporterowi "New York Timesa" separatysta.