Jan Hartman napisał tekst popierający legalizację kazirodztwa. Tekst kilka godzin później najwyraźniej wykasował. Sam autor nie zdradził, dlaczego jego mini-eseju na stronach "Polityki" już nie ma. Stwarza to rzecz jasna pole do spekulacji, z czego chciałbym niniejszym skorzystać - i zaryzykować taką oto tezę: tekstu już nie ma, bo jego autor ... miał rację.
W rzeczonym tekście (którego odzyskaną z otchłani wersję można przeczytać tutaj) Hartman bowiem całkiem nieźle i właściwie logicznie tłumaczy, dlaczego zakaz stosunków seksualnych między rodzeństwem nie ma już w dzisiejszym świecie racji bytu.
Jeśli nawet przyjąć argument mówiący, że kazirodztwo zagraża poczęciem dziecka z wadami genetycznymi (jest to zresztą argument niewygodny, bo ściśle eugeniczny), to w dobie skutecznej antykoncepcji czas postawić sobie pytanie, co właściwie może dziś służyć za usprawiedliwienie zakazu kazirodztwa?
- pyta filozof. I tłumaczy, że wszystkie argumenty, jakie wysuwane są przeciwko legalizacji rodzinnych związków seksualnych to argumenty natury religijnej i obyczajowej. A któż w dobie świeckiego państwa, racjonalizmu i rewolucji seksualnej mógłby stawiać tak nieracjonalne, prawne przeszkody?
W wolnym społeczeństwie nie wymagamy już od nikogo, aby w życiu prywatnym praktykował takie czy inne obyczaje, a od tego czy owego się powstrzymywał. (...) Argumenty obyczajowe mogą mieć siłę perswazyjną, lecz nie nadają się na uzasadnienie zakazów.
A co z argumentem mówiącym o naruszaniu „naturalnego porządku rzeczy"? Cóż, „naturalny porządek rzeczy" to w najlepszym razie pojęcie zaczerpnięte z pewnej doktryny metafizyczno-religijnej. Byłoby nieuczciwe i nieracjonalne, gdyby stanowiono restrykcyjne prawo w oparciu o zabytkowe doktryny o czysto spekulatywnym charakterze.
- argumentuje Hartman. Poza tym, niezależnie od prawa, kazirodztwo od dawna jest już praktykowane. Dlaczego mamy więc prawnie piętnować miłość innych ludzi?
Trzeba pamiętać o tym, że ok. 10 proc. braci i sióstr ma wspólne doświadczenia seksualne. Wysokie są też odsetki epizodów seksualnych pomiędzy dwoma braćmi, dwiema siostrami. Kuzyni wchodzą w relacje seksualne jeszcze częściej. Nie widać jakoś wielkich nieszczęść, które by z tego miały wynikać.
Czy to nie brzmi logicznie? Czy nie jest to dobrze uargumentowana teza?
Ale w tym właśnie tkwi cały problem! Jeśli bowiem zgadzamy się na burzenie jednego nieracjonalnego zakazu wynikającego z tradycji i religii - np. dopuszczamy zawieranie małżeństw homoseksualnych - to otwiera to automatycznie drzwi dla burzenia kolejnych, podobnych staroświeckich praw - w tym zakazu kazirodztwa, ale również i poligamii, małżeństw grupowych, a może nawet i pedofilii (chociaż to, trzeba przyznać, trochę inny przypadek).
Hartman stwierdził zatem (nieopatrznie?) istnienie równi pochyłej, o której od dawna mówią konserwatyści: jeśli chcemy być konsekwentni, powinniśmy zezwolić nie tylko na małżeństwa homoseksualne, ale i na wszystkie inne "nienormatywne" związki - a przynajmniej te, które nie krzywdzą bezpośrednio ich uczestników. Inna postawa to nie tylko hipokryzja, ale i dyskryminacja.
Kłopot rzecz jasna w tym, że nawet wśród największych liberałów koncepcja legalizacji kazirodztwa wywołuje niesmak i oburzenie. I jest to dokładnie to samo, co uwiera ludzi sprzeciwiających się legalizacji związków homoseksualnych. A przecież nie chcemy, by nasi światli postępowcy wyszli oni na takich samych "moherów" jak przedstawiciele przebrzydłej konserwy..
Ciszej nad tym kazirodztwem!