Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego ustalenie przyczyn pożaru hali w Lublinie jest bardzo trudne i co charakter ognia sugeruje biegłym.
  • Czy ostatnie pożary w polskim przemyśle zbrojeniowym mogą wpisywać się w szerszy kontekst aktów sabotażu w Europie.
  • Na czym polega zmiana w rosyjskim modus operandi i jakie zagrożenie niosą profesjonalne grupy dywersyjne.
  • Dlaczego ochrona kontrwywiadowcza prywatnych firm z sektora obronnego stała się kluczowa dla bezpieczeństwa państwa.

W niedzielę, 30 sierpnia, spłonęła hala magazynowa zakładu należącego do firmy JFG Composites w Lublinie, produkującej komponenty dla przemysłu lotniczego. Z pogorzeliska zabrano serwer z nadzieją na odtworzenie jego zawartości, m.in. danych z monitoringu, co ułatwiłoby ustalenie przyczyny powstania ognia. Jednak, jak się okazuje, szanse na to są niewielkie. Policjanci z lubelskiego CBZC nie byli w stanie odczytać z niego danych – dowiedziała się „Rz”. Serwer przekazano do centrali w Warszawie, gdzie taka próba zostanie ponowiona. – Szanse na wydobycie danych są znikome. Wygląda na to, że serwer uległ awarii wskutek pożaru oraz akcji ratowniczej – wskazuje nasze źródło znające sprawę.

Ryszard Grosset, były zastępca komendanta głównego PSP podkreśla: – Nie sądzę, żeby serwer ocalał. Przy takim pożarze powstają temperatury rzędu tysiąca i więcej stopni – wskazuje.

Czytaj więcej

Pożar w polskiej fabryce części do dronów. Media: To było podpalenie

Strażacy przyjechali 8 minut po zgłoszeniu – wtedy płonęła już cała hala

Hala wypełniona była komponentami do produkcji śmigłowców i samolotów. Pożar zgłoszono o godz. 14.37, pierwsze zastępy straży pożarnej przyjechały o 14.45, czyli po ośmiu minutach. Już wtedy płomienie objęły całą powierzchnię hali.

„Ze względu na rozmiar pożaru oraz dynamicznie rozwijającą się sytuację na miejsce kierowano kolejne SIS – Siły i Środki PSP oraz OSP” – czytamy we wpisie na Facebooku OSP KSRG w Świdniku Dużym. Jej zastęp przybył jako jeden z pierwszych i już wtedy, jak wynika z relacji, „obiekt był poważnie uszkodzony, a jego konstrukcja stwarzała zagrożenie dalszego zawalenia” – co też niebawem nastąpiło. Temperatura była tak wysoka, że wygięła stalowe elementy dachu, który runął. 

Odczucie strażaka z innej jednostki: – Hala, choć mniejsza, płonęła jak ta przy ul. Marywilskiej. – Pożar w Lublinie z taką samą intensywnością objął całą halę, a to sugeruje kilka źródeł ognia – dodaje Ryszard Grosset. I tłumaczy: – Z reguły, jeżeli cały tego typu obiekt, zwłaszcza przy takim wypełnieniu materiałami wysoce palnymi staje w ogniu, to wskazuje na to, że źródeł ognia było więcej niż jedno – że jednocześnie doszło do inicjacji procesu spalania w kilku miejscach. Przy jednym źródle ognia jest wyraźna asymetria zaawansowania procesu spalania w kubaturze całego obiektu. A tutaj palił się tak samo w całej swojej objętości – tłumaczy Grosset.

Akcja gaśnicza zakończyła się po siedmiu godzinach. Z hali zostały zgliszcza, straty są niebagatelne – ok. 30 mln zł.

Liczono, że zabezpieczony w pogorzelisku serwer pomoże dojść prawdy o przyczynach powstania ognia. Czy monitoring mógłby zarejestrować np. podpalacza w kominiarce – jak w hali zakładów w Skarżysku-Kamiennej która zaczęła się palić nazajutrz? Tego raczej się nie dowiemy. Śledczy będą musieli szukać innych dowodów dla ustalenia przyczyn.

Oględziny wnętrza hali nastąpią dopiero po wyburzeniu ścian i takim jej zabezpieczeniu, które stworzy warunki do wejścia do środka. Wtedy wejdzie tam prokurator i biegły ds. pożarnictwa. Oględziny na zewnątrz, według naszych źródeł, nie przyniosły przełomu.

Chociaż pożar dotyczył firmy produkującej na rzecz obronności, śledztwo prowadzone jest jak przy zwykłym pożarze – dotyczy „sprowadzenia zdarzenia zagrażającego życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach”. Hipotezy są dwie: celowe podpalenie oraz powstanie ognia wskutek awarii technicznej. – Na chwilę obecną dowodów, że było to podpalenie, nie mamy – mówi nam prok. Marcin Kozak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Czytaj więcej

Gigantyczny pożar w Gdyni był pomyłką? Tuż obok jest zakład firmy produkującej drony

W Skarżysku był podpalacz. Z plecaka wyjął ciecz, rozlał i podpalił, nagrał go monitoring

Podpalacz był w Skarżysku-Kamiennej, gdzie paliło się nazajutrz (w nocy z 30 na 31 sierpnia) w zakładach firmy WB Electronics produkującej części do dronów, z których korzysta polska i ukraińska armia. Uruchomiła się czujka antywłamaniowa, a monitoring zarejestrował osobę w kominiarce. Według ustaleń Radia Eska sforsował on furtkę, wybił szybę i wszedł do budynku. Z plecaka wyjął ciecz, rozlał i podpalił. Koktajli Mołotowa nie zdążył użyć – spłoszył go system alarmowy i komunikat z głośników. Miał zostawić coś z odzieży, są więc szanse na pozyskanie śladów biologicznych i odcisków palców.

Jak podała firma, pożar był niewielki i szybko ugaszony, a szkodę oceniono na 15 mln zł.

W tym przypadku śledztwo prowadzi Prokuratura Krajowa pod kątem „brania udziału w działalności obcego wywiadu przeciwko Rzeczypospolitej Polskiej i dopuszczenia się przestępstwa o charakterze terrorystycznym”, polegającego na celowym wywołaniu pożaru „poprzez podłożenie ładunku zawierającego materiały łatwopalne”. Łatwopalna ciecz trafi do badań – gdyby się okazało, że to np. napalm (mieszanka benzyny i polistyrenu), czym trzech sabotażystów chciało podpalić fabrykę dronów na Słowacji – będzie można przypuszczać, że obie sprawy są ze sobą powiązane. 

W zbliżonym czasie wybuchł jeszcze inny pożar – hurtowni zabawek w Gdyni, położonej – o czym pisała „Rz” – w bliskim sąsiedztwie spółki Arex, która jest częścią zbrojeniowej Grupy WB, produkującej drony. Prokuratura dziś tych pożarów nie łączy, ale eksperci i funkcjonariusze służb dopuszczają scenariusz, że trzy pożary w krótkim odstępie czasu mogą być ze sobą powiązane, a wręcz, że mogła stać za nimi jedna grupa sabotażystów. W kontekście ostatnich wydarzeń w Niemczech czy na Słowacji, nie musi być to hipoteza na wyrost.

Ostatnie wydarzenia za granicą, ale i u nas pokazują, że mamy do czynienia z typowym modus operandi rosyjskich służb. Czyli właśnie pożary jako metoda prowadzenia sabotażu i dywersji, również przeciwko Polsce

Stanisław Żaryn, były zastępca koordynatora służb specjalnych

– Ostatnie wydarzenia za granicą, ale i u nas pokazują, że mamy do czynienia z typowym modus operandi rosyjskich służb. Czyli właśnie pożary jako metoda prowadzenia sabotażu i dywersji, również przeciwko Polsce – komentuje Stanisław Żaryn, były zastępca koordynatora służb specjalnych. Dlatego, jak ocenia, hipoteza sabotażu i celowego podpalenia we wszystkich tych śledztwach powinna być wiodąca. – Również pożar w Gdyni, który ostatecznie dotknął fabryki zabawek mógł być wymierzony w firmę WB Electronics, mającą magazyny tuż obok tej podpalonej hali – uważa Żaryn.

Tym bardziej, że w Europie doszło do szokujących zdarzeń: np. próby sabotażu na lotnisku w Lipsku z użyciem drona wyposażonego w detonator i materiał wybuchowy. Tamtejsze służby ustaliły, że stał za tym mieszkaniec Rosji z łotewskim paszportem i obywatel Białorusi, z rosyjskim paszportem. Niemieckie media podały, że pierwszy powiązany z rosyjskimi służbami, pełnił rolę logistyka i instruktora. To zawodowcy, a nie amatorzy. Ich tożsamość ustalono dzięki śladom DNA na jednym z dronów.

Głośno było także o Słowacji, gdzie trzech sabotażystów chciało podpalić fabrykę dronów – dwóch sprawców było z Łotwy, trzeci to Ukrainiec. Słowackie służby zapobiegły dywersji – przejęły zapalną mieszankę (napalm) i m.in. odręczny plan całej akcji.

Według ekspertów najnowsze ataki w Niemczech czy Słowacji wskazują na zmianę podejścia: Rosja już nie wysyła sabotażystów do podpalania hal targowych i marketów budowlanych, ale do niszczenia infrastruktury krytycznej. – Sabotaż infrastruktury krytycznej w Niemczech należy traktować jako próbę generalną przed Polską. Atak na polską infrastrukturę nie jest już ponurą analityczną hipotezą – już nie jest to pytanie „czy, ale kiedy”. Ostatnie wydarzenia w Niemczech to nic innego jak dym zapowiadający pożar w Polsce – mówi nam Tomasz Safjański, profesor WSB w Dąbrowie Górniczej, wicedyrektor Centrum Badań nad Bezpieczeństwem Transgranicznym.

Rosja z podpaleń marketów budowlanych przestawia się na złożone operacje

Uważa, że akty o charakterze dywersyjno-sabotażowym z ostatnich tygodni pokazują zmianę jakościową, którą trudno ignorować. – Mamy już nie tylko podpalenia jakichkolwiek obiektów (magazyn budowlany, las), lecz coraz bardziej złożone operacje, często z wykorzystaniem materiałów wybuchowych, dotyczące infrastruktury energetycznej, lotniczej, transportowej i przemysłu obronnego. A próba ataku z użyciem uzbrojonego w materiał wybuchowy drona na lotnisku w Lipsku jest szczególnie wymowna – wskazuje prof. Safjański.

Za równie niepokojący uważa ciąg zdarzeń wokół infrastruktury energetycznej i transportowej w Niemczech. – Eksplozja materiału wybuchowego w przejściu przy dworcu głównym w Augsburgu, akty sabotażu sieci wysokiego napięcia w Brandenburgii prowadzące do czasowego wyłączenia bloku elektrowni Jänschwalde czy celowe zakłócenia pracy infrastruktury w Bergheim pokazują wyraźnie, że „celem stają się węzły o znaczeniu krytycznym”.

Czytaj więcej

Dron z ładunkiem na niemieckim lotnisku. Śledczy mówią o „złożonej operacji wojskowej”

Zestawienie tych zdarzeń z przypadkami z Polski jest kluczowe. – Jeśli w krótkim czasie mamy pożary obiektów związanych z produkcją na potrzeby obronności, a równocześnie w Niemczech dochodzi do prób oddziaływania na lotniska, energetykę i transport, to nie powinniśmy analizować każdego przypadku wyłącznie w jego lokalnym kontekście, ale weryfikować, czy nie są to elementy większego wzorca – podkreśla Tomasz Safjański.

Zmiana modelu ataku

Dotąd częsty był model „jednorazowego agenta” z internetu, który podpala czy uszkadza tory. Teraz zasadne jest pytanie: Czy Rosja na obecnym etapie wojny hybrydowej z Zachodem nie zaczyna dokładać do tego drugiego poziomu – ludzi profesjonalnie przygotowanych do operacji dywersyjno-sabotażowych (jak ci od akcji w Lipsku).

Gen. Maciej Materka, były szef SKW o pożarach w polskich zakładach produkujących dla lotnictwa, mówi: – Moim zdaniem mamy tutaj do czynienia z brutalnym aktem sabotażu, który ma osłabiać zdolności produkcyjne i przez to osłabić donacje dla Ukrainy lub wywołać efekt mrożący, szczególnie przed zimą – ocenia gen. Materka. I dodaje: – Zdarzenia związane z dronami po prostu „świecą się na czerwono” i nikt nie ma wątpliwości, że we wszystkich takich firmach już od pomysłu ich stworzenia powinna być świadomość konieczności ich odpowiedniej ochrony.

Stanisław Żaryn uważa, że ostatnie pożary w Polsce wpisują się w serię podobnych pożarów i serię działań dywersyjnych w całej Europie. – Ale też wpisuje się to w coś, co zapowiadają od wielu miesięcy przedstawiciele Rosji, sugerując lub informując wprost, że właśnie przemysł zbrojeniowy Europy będzie traktowany przez Rosję jako uzasadnione cele wojenne – mówi Stanisław Żaryn. I przypomina, że były prezydent i obecny zastępca Putina w Radzie Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew już w kwietniu wskazywał, że Rosja bierze takie zakłady na cel. A jest to spowodowane „zaangażowaniem Zachodu w pomoc Ukrainie”.

– Możliwe, że jest to ten szeroki kontekst, o którym premier mówił, że różne rzeczy wydarzą się w najbliższych tygodniach, miesiącach – dodaje gen. Maciej Materka. Ekspert uważa też, że trzeba zmienić podejście do ochrony kontrwywiadowczej, a także ogólnie do bezpieczeństwa, a służby powinny częściej działać prewencyjnie. – Musi być na takim poziomie jak w zbrojeniówce i infrastrukturze krytycznej. Jeśli prywatne zakłady mają dostarczać na czas sprzęt dla wojska, państwo musi zwiększyć wysiłek na rzecz ochrony tej sfery – podkreśla gen. Materka.

Ostatnie pożary – jak mówi – dotknęły prywatne firmy, ale z punktu widzenia sytuacji w Ukrainie, takie firmy muszą zachować ciągłość działania, więc muszą być chronione. – Szczególnie te komponenty, broń czy rozwiązania, które dzisiaj decydują na froncie w Ukrainie – zaznacza Maciej Materka.