Muszę przyznać, że trochę mnie zaskakuje i zdumiewa kolejna fala batalii o naprawienie niesprawiedliwego systemu emerytalnego w Polsce. Głównym podmiotem tej ofensywy stała się ponownie JDG (czyli jednoosobowa działalność gospodarcza – red.). Oczywiście oprócz niesprawiedliwości systemu (mniejsze składki niż w przypadku etatowych pracowników) w tle jest też troska o nędzny byt JDG na emeryturach i konieczność ponoszenia trudu utrzymania przy życiu pokoleń „trutniów”, którym budżet/uczciwy podatnik będzie musiał dopłacać do minimalnej ustawowej emerytury, bo zebranych składek „trutniom” nie starczy. 

Stąd od razu, bez bicia, przyznajmy: faktycznie dla pokolenia JDG z lat 2015-2025 konieczne będą w 2035 r. dopłaty do minimalnych emerytur kosztujące budżet 11-13 mld zł rocznie. Przy czym szacunki ZUS zostały przeprowadzone bez uwzględnienia dochodów uzyskiwanych na emeryturze z IKE i IKZE, ale także z pełnymi znaków zapytania założeniami (np. dotyczącymi wysokości minimalnej emerytury).

Straszne? No, mało to nie jest. Ale wszystko jest względne. Porozmawiajmy o niesprawiedliwości społecznej i pochylmy się z troską nad całym systemem emerytalnym, a nie nad jego wyrwanymi z kontekstu kawałkami.

Dziury w systemie emerytalnym, jak w serze ementalerze

W Polsce poza powszechnym systemem emerytalnym, ale z emeryturami refundowanymi przez podatnika, znajdują się dziś: zawodowi żołnierze, zatrudnieni w służbach mundurowych, sędziowie i prokuratorzy, rolnicy oraz księża. Każdą z tych grup zawodowych system emerytalny „obsługuje” inaczej. Niektórzy płacą normalne składki, niektórzy okrojone, a niektórzy nie płacą ich w ogóle, bo – jak sędziowie i prokuratorzy – przechodzą w stan emerytalnego spoczynku.

Ale bez wchodzenia w szczegóły wygląda to tak, że dopłaty budżetowe do emerytur żołnierzy sięgają już dziś rocznie ok. 13 mld zł, do służb mundurowych ok. 15,5 mld zł, do sędziów i prokuratorów ok. 2 mld zł, do emerytur kapłanów 200-300 mln zł rocznie, do rolników ubezpieczonych w KRUS 26-28 mld zł.

Dopłaty do emerytur 270 tys. uprzywilejowanych składkowo emerytów mundurowych i sądowych, bez rolników, kosztują więc podatnika w sumie ok. 30-31 mld zł rocznie. Nieco ponad 1 mln rolników kolejne 26-28 mld zł. Razem daje to sporawą górkę pieniędzy budżetowych, bo 56-59 mld zł rocznie.

Dotacje do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych dla ok. 9 mln emerytów ZUS-owskich wyniosły w 2024 r. ok. 71 mld zł.

Efektywna dopłata z budżetu do składki na jednego ubezpieczonego w ZUS wyniosła ok. 650 zł na miesiąc, czyli 7800 zł rocznie, dla mundurowego ok. 8,5 tys. zł na miesiąc, co daje 102 tys. zł na rok, dla sędziego/prokuratora ok. 28 tys. zł miesięcznie, czyli 3 mln 360 tys. zł rocznie, do emerytury jednego rolnika budżet miesięcznie dokłada ok. 2100 zł, czyli rocznie ok. 25 tys. zł.

Od którego końca psuje się ryba?

Można na koszty uprzywilejowanego systemu emerytalnego patrzeć w wymiarze skumulowanym (roczne koszty x przeciętna długość życia x okres pobierania świadczenia). Ale po co szokować się kolejnymi liczbami? Wydaje mi się, że to, co wyżej opisałem całkowicie wystarczy do wyrobienia sobie opinii co do „społecznej sprawiedliwości” systemu emerytalnego i związanych z tym budżetowych kosztów.

W 2023 r. NIK oszacował, że gdyby tylko sami rolnicy płacili składki takie, jak JDG, to dotacja do KRUS spadłaby z 26 mld do ok. 6 mld zł rocznie. Wtedy te potencjalne 11-13 mld zł dopłat rocznie do minimalnej emerytury dla JDG robiłoby wrażenie. Teraz to wygląda na żart.

Nie wszystko w systemie JDG jest do obrony. Są rzeczy, które obronić trudno. Różne rodzaje JDG są zróżnicowane pod względem podatkowo-składkowym. I to jest z pewnością do poprawki. Ale to nie od tego końca psuje się ryba. 

System emerytalny w Polsce jest głęboko niesprawiedliwy i budżetowo niezwykle drogi. Ale nie dlatego, że jakoś szczególnie uprzywilejowuje JDG wobec pracowników etatowych. Jest niesprawiedliwy, bo nie jest powszechny i pełno w nim kosztownych w utrzymaniu dla podatnika grup uprzywilejowanych.

Chcemy walczyć o elementarny porządek i efektywność systemu emerytalnego, to chwyćmy za rogi prawdziwego byka, a nie biednego ślimaka za różki.

Jestem ekonomistą, nie politykiem. Gdyby ekonomiści wszystko, co analizują w gospodarce zaczęli podporządkowywać kryterium realpolitik, to gdzie byśmy wylądowali? Dlaczego przy fine tuningu wadliwego systemu brać mają po głowie zawsze ci najmniej dla polityków cenni, a nie ci, którzy co prawda najwięcej kosztują (podatnika, bo przecież nie polityków), ale za to dużo ważą, kiedy chodzi o głosy? Naiwność? Być może. Ale jak w takim razie nazwać ten rodzaj polityki, który nastawiony jest wyłącznie na słupki poparcia w sondażach? Proszę samodzielnie znaleźć na to odpowiedni termin.

O autorze

Janusz Jankowiak

Główny ekonomista Polskiej Rady Biznesu, dwukrotny laureat w konkursie NBP i Rzeczpospolitej na najlepszego analityka makroekonomicznego roku