To najważniejsze postanowienie noweli ustawy o sporcie, która w czwartek wchodzi w życie. Dotychczas zwalczaniem dopingu zajmowały się polskie związki sportowe. W prowadzonych przez nie postępowaniach dyscyplinarnych nieraz dochodziło do nieprawidłowości, w tym do orzekania kar rażąco sprzecznych z postanowieniami ich własnych regulaminów dyscyplinarnych i Światowego Kodeksu Antydopingowego.

– Właśnie nowelizacja ta ma temu zaradzić – deklaruje Jarosław Szlachetka, poseł sprawozdawca.

Związki sportowe będą teraz zobowiązane respektować reguły dyscyplinarne stanowione przez Komisję do Zwalczania Dopingu w Sporcie.

Sprawa jest jeszcze bardziej aktualna, by nie powiedzieć: spóźniona, po głośnej sprawie wykrycia niedozwolonego środka dopingowego u polskiego sztangisty Tomasza Zielińskiego – został za to skreślony z kadry igrzysk w Rio de Janeiro. Oczywiście doping to problem światowy, dość przypomnieć, że do Rio nie poleciało 68 rosyjskich sportowców ze względu na stosowanie (lub podejrzenie stosowania) substancji dopingujących.

Nowelizacja precyzuje też pojęcie dopingu i rozszerza je na współpracę sportowca z osobami, które wcześniej za doping zostały zawieszone lub skazane, w tym z trenerem czy osobą z personelu pomocniczego.

Taki rygor zawarto w Światowym Kodeksie Antydopingowym, po głośnej sprawie kolarza Lance'a Armstronga. Nie uznano jednak dopingu za przestępstwo, jak to jest w niektórych krajach.

– Optowałem za tym, by kwestie dyscyplinarne były autonomiczną sprawą poszczególnych związków sportowych, ale okazuje się, że model ten nie jest sprawny, że jedne restrykcyjnie traktują te kwestie, a inne zbyt łagodnie – mówi Adam Giersz, były minister sportu, sędzia wydziału kontroli finansowej klubów UEFA. – Poza tym np. sprawa korupcji w polskim futbolu pokazała, że związki nie są w stanie same zwalczać nieprawidłowości u siebie, że potrzebują wsparcia prawa i organów ścigania. Należy zatem rozważyć penalizację stosowania dopingu przez sportowców finansowanych przez państwo.