Turyści nad morzem nie mogą być pewni, że w razie kłopotów ze zdrowiem pomoc nadejdzie na czas. Niedawno w Świnoujściu na zawał zmarł wczasowicz z Niemiec. Powód? Dwa ambulanse, którymi dysponuje pogotowie w Świnoujściu, musiały zająć się innymi chorymi, a nie było dodatkowej karetki. Gdy przyjechała z Międzyzdrojów, na pomoc było już za późno.

Władze nadmorskich województw tłumaczą, że do takich zdarzeń dochodzi, bo pogotowia latem mają za mało karetek.

– Co roku, analizując czas, w jakim karetka dociera do pacjenta, zauważamy, że potrzebujemy ich więcej. Prosimy więc ministra zdrowia, by zgodził się na zwiększenie liczby zespołów. Najczęściej spotykamy się z odmową – mówi Sara Kroplewska z Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego.

Kłopot z przepisami

Za organizację systemu ratownictwa w województwie odpowiada wojewoda. Nie może jednak sam podjąć decyzji o zwiększeniu liczby ambulansów w terenie. I to nawet czasowo, np. na wakacje. Zgodnie z ustawą o państwowym ratownictwie medycznym plan działania stacji pogotowia, liczbę karetek oraz wszelkie aktualizacje planu musi zatwierdzić minister.

1 mln zł

- kosztuje rocznie stację pogotowia utrzymanie karetki

Problemem są nie tylko mało elastyczne przepisy. Jak zwykle chodzi o pieniądze. Stacje pogotowia mogą mieć taką liczbę ambulansów w ciągu roku, na jaką dostały kontrakt z NFZ. W budżecie funduszu pula na ratownictwo jest stała.

NFZ więcej nie zapłaci

– Większa liczba karetek spowoduje, że NFZ zapłaci mniejszą stawkę za dobę funkcjonowania każdej z nich – tłumaczy Krzysztof Bąk, rzecznik ministra zdrowia. A to nie rozwiąże problemu.

Urzędnicy z resortu proponują więc co innego.

– Co roku wskazujemy wojewodom, aby podali w planie, że zawsze latem przemieszczają zespoły ambulansów z jednych miejscowości w regionie w okolice masowo odwiedzanych kurortów – informuje Bąk.

Rady to jedno, a życie – drugie. Władze regionów nie decydują się na takie ruchy. Przyznają, że gdy zabierają karetkę z jakiejś miejscowości, ludzie zaczynają protestować.

1,4 tys.

- zespołów ratownictwa medycznego funkcjonuje obecnie we wszystkich regionach Polski

Prof. Juliusz Jakubaszko z Polskiego Towarzystwa Prawa Medycznego uważa, że do tragedii nad morzem dochodzi, bo system jest źle zorganizowany i brakuje przepisów, które zmuszałyby ministra do sprawdzania jakości ratownictwa w regionach.

– Gdyby było określone, ile czasu karetka może wieźć pacjenta, nie mielibyśmy 30 proc. zgonów, ale 3 proc. Karetek na liczbę mieszkańców i tak jest u nas więcej niż w innych krajach – zaznacza profesor.

Stacje pogotowia bronią się, że nie odpowiadają za złą organizację.

– Karetek wystarczyłoby, gdyby szpitale nie odmawiały przyjęcia pacjenta i nie trzeba było krążyć z nim kilka godzin, zanim znajdzie się szpital – mówi Elżbieta Sochnowska, rzecznik Wojewódzkiej Stacji Pogotowia w Szczecinie.