Jak dowiedziała się „Rzeczpospolita", Janusz Korwin-Mikke konsultuje w swoim otoczeniu rejestrację nowej partii.
– Padają takie luźne propozycje. Taki numer zrobił kiedyś Janusz Palikot na początku istnienia swojej partii, ale ja nic nie zdecydowałem – przyznaje w rozmowie z nami lider Kongresu Nowej Prawicy.
Koniec dwuwładzy?
Czemu miałoby to służyć? Powodów jest kilka, ale wszystkie sprowadzają się do jednego. Korwin-Mikke, który publicznie opowiada się jako przeciwnik demokracji i deklaruje jako monarchista, swoją partię oddał we władanie innym. O ile brak centralnego sterowania sprawdzał się, gdy ugrupowanie nie liczyło się w polityce, o tyle problemy się zaczęły, gdy pojawiły się pierwsze poważne pieniądze z Parlamentu Europejskiego i widoki na wejście w przyszłym roku do Sejmu.
W efekcie Korwin-Mikke stracił kontrolę nad ugrupowaniem, co opisywaliśmy już na naszych łamach. W partii działają nieuznające się ciała statutowe i choć sąd rejestrowy wskazał ostatnio legalność jednego z zarządów, to nie koniec chaosu w ugrupowaniu.
Według Korwin-Mikkego zeszłotygodniowe orzeczenie sądu rozstrzyga problem dwuwładzy, bo uznaje ustalenia październikowego partyjnego zjazdu.
Inni czołowi politycy ugrupowania są jednak odmiennego zdania. Byli wiceprezesi Jacek Wilk i Artur Dziambor przekonują, że sąd zatwierdził tylko nowych zastępców prezesa. Pozostałe ciała, jak Rada Główna czy Sąd Naczelny, działają zaś w starym składzie.
– W zakresie, w którym nie wypowiada się sąd rejestrowy, zobowiązuje nas orzeczenie własnych organów – tłumaczy Wilk.
– Jesteśmy w dziwnej sytuacji. Sąd zatwierdził nowy zarząd, a co do innych zmian, nie wiadomo – dodaje Dziambor. Deklaruje, że byłby skłonny uznać nowe władze, ale byłoby to niezgodne z prawem.
Ten spór nie miałby miejsca, gdyby Korwin-Mikke wyciągnął wnioski z rozłamu w swojej poprzedniej partii – Unii Polityki Realnej. Dziś funkcjonuje ona w ramach Ruchu Narodowego, bo Korwin-Mikke stracił nad nią panowanie, choć był jej jedyną rozpoznawalną twarzą. Wszystko to za sprawą hołdowania dziwacznym mechanizmom partyjnej kontroli.
Zawodni mędrcy
Korwin-Mikke w swoich ugrupowaniach tworzy bowiem coś w rodzaju rady nadzorczej składającej się z partyjnej starszyzny. Ma to na celu zabezpieczenie ugrupowania przed przejęciem z zewnątrz, czyli zapisaniem dużej liczby nowych członków i przegłosowaniem odpowiednich zmian. Nawet gdyby tak się stało, to starzy towarzysze Korwin-Mikkego posiadają „złotą akcję", którą mogą zablokować wrogie przejęcie.
Tyle że tak jak w UPR starzy druhowie mają swoje zdanie, które często rozmija się z oczekiwaniami prezesa. Stąd Korwin-Mikke chce przeforsować statut, który utworzy z KNP partię wodzowską na wzór PO czy PiS. – Koniec z demokracją. Ma być monarchia absolutna, gdzie tylko prezes będzie miał „złotą akcję" – tłumaczy jeden z bliskich współpracowników lidera.
Jeśli to się nie uda, gwardia prezesa założy pod podobną nazwą nowy twór, do którego przyjmie tylko tych, którzy mu się podporządkują, a w statucie zagwarantuje Korwin-Mikkemu pełną kontrolę. Za takim rozwiązaniem przemawia jeszcze aspekt praktyczny.
Politycy KNP się obawiają, że Państwowa Komisja Wyborcza odrzuci tegoroczne sprawozdanie partii. – Został przeprowadzony audyt, który wykazał, że partyjne finanse były prowadzone z dużą nonszalancją – wyjaśnia jeden z naszych informatorów.
Groziłoby to tym, że nawet jeśli ugrupowanie wejdzie do Sejmu, to przez trzy lata nie dostanie subwencji.
Taki manewr przetestował wspomniany przez Korwin-Mikkego Palikot. Początkowo jego ugrupowanie nazywało się Ruch Poparcia Palikota. Ruch Palikota powstał z podobnych powodów. W KNP znają ten przypadek. Na razie próbują jednak wyprowadzić księgowość na prostą.