Wiele lat temu furorę robiła dowcipna wypowiedź Waldemara Pawlaka, ówczesnego lidera PSL, który na pytanie o to, kto wygra najbliższe wybory, odpowiedział: „nasz koalicjant”. Słowa te zdają się być na powrót aktualne, w kontekście elekcji parlamentarnej w 2027 r.
Trzeba bowiem podkreślić, że w ostatnim okresie, liczonym co najmniej od 2005 r. ludowcy nie za bardzo stosowali się do tej reguły, na trwałe odrzucając perspektywę współpracy z PiS i na stałe niejako wiążąc się z PO. Temu wyborowi na pewno sprzyjała polityka partii Jarosława Kaczyńskiego, której jednym z fundamentów była walka z PSL o wyborcę wiejskiego. Towarzyszyły temu ostre ataki słowne i publiczne dezawuowanie Stronnictwa przez działaczy PiS. Ta strategia była od czasu do czasu przerywana okresami kuszenia ludowców i propozycjami wspólnych rządów, ale zawsze celem takich umizgów było rozbicie ich współpracy rządowej z ugrupowaniem Donalda Tuska, co nie sprzyjało materializacji poważnej współpracy PSL z PiS.
PSL chce mieć wolną rękę w wyborze koalicjanta
Coś się jednak chyba zaczyna się zmieniać w tej materii, bo zastanawia upór, z jakim ludowcy powtarzają, że ich jedyną opcją na wybory 2027 r. jest samodzielny start. Wykluczają wejście na wspólną listę z KO i taktykę tę należy chyba tłumaczyć właśnie chęcią zachowania sobie prawa do wyboru przyszłego koalicjanta. Bo idąc do elekcji parlamentarnej w jednym bloku z Tuskiem, Władysław Kosiniak-Kamysz i jego koledzy zamykaliby sobie de facto drzwi do tworzenia ewentualnego wspólnego gabinetu z PiS. Startując jednak pod własnym szyldem, we współpracy z jakimiś innymi podmiotami, na przykład z resztówkami po PL2050, sojuszem samorządowców itp., zachować mogą wolność wyboru przyszłego koalicjanta. Oraz walki o funkcję premiera dla swego prezesa.
Obecny lider ludowców na pewno marzy, by z „drugiego” stać się „pierwszym”. Jest to zresztą pragnienie każdego poważnego polityka i nie ma w tym niczego zdrożnego. Ale by móc realnie myśleć o takim statusie, nie może być on przybocznym Tuska, a jego partia nie może być przystawką do KO. Tym właśnie należy tłumaczyć plan samodzielnego pójścia do wyborów w 2027 r. – po nich wszystko będzie możliwe, a wiele będzie zależeć od decyzji ludowców. Choć dziś trudno przewidywać jakie będą ostateczne wyniki tej elekcji, to można przypuszczać, że jak zwykle pierwsze do mety przybiegną KO i PiS. Wielce prawdopodobne, że do Sejmu dostaną się także Lewica i Konfederacja. O wiele trudniej przewidzieć, czy sztuka ta uda się partii Brauna, ale jeśli tak by się stało, to byłby to wymarzony scenariusz dla PSL, bo wówczas siła negocjacyjna tej partii wzrosłaby niepomiernie. Kaczyński dałby ludowcom prawie wszystko, a na pewno stanowisko premiera dla ich lidera, gdyby tylko dzięki temu mógł sięgnąć po władzę, nie musząc dzielić się nią z Konfederacją Korony Polskiej.
Również Tusk, z osobistych względów, byłby o wiele bardziej skory, niż w komfortowej dla siebie sytuacji po 15 października 2023 r. do oddania funkcji szefa rządu Kosiniakowi-Kamyszowi, byleby tylko zapobiec powrotowi do władzy PiS, zwłaszcza we współpracy z dwiema Konfederacjami. Z jego, Tuska, punktu widzenia korzystniej byłoby być częścią rządu z prezesem PSL jako premierem, niż podsądnym i oskarżanym w państwie rządzonym przez Kaczyńskiego, Mentzena i Brauna, ze Zbigniewem Ziobrą w roli prokuratora generalnego.