W czwartek rano, 29 września, Paweł Kukiz oświadczył w Radio Zet, że od 1 października przestaje głosować razem z PiS. Powód? Forsowana przez niego ustawa o sędziach pokoju, mimo że już procedowana w Sejmie, nie zostanie we wrześniu uchwalona, więc układ z władzą, która nie wypełniła zobowiązania w tej sprawie, właśnie się kończy.

Gdyby nie cienka większość Zjednoczonej Prawicy w Sejmie, deklaracja ta nie miałaby większego znaczenia, bo trzy głosy poselskie to niewielki kapitał. Ale kiedy władza kłóci się między sobą o zmianę na fotelu premiera i różnych ministrów, te niewielkie zasoby stają się kluczowe. Ryzyko, że premiera się odwoła, a nowy nie zostanie wybrany, bo ktoś utknie w toalecie – jest zbyt obezwładniające.

Czytaj więcej

Jacek Nizinkiewicz: Co prezes PiS obiecał Kukizowi

Kukiz o tym wie. – PiS nie ma zbyt długiej ławki, by jeszcze w takim momencie ryzykować i robić duże roszady w rządzie – mówił w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim. – Ale to ich sprawa. Gdyby wywiązali się z sędziów pokoju, to łatwiej byłoby im prowadzić tego typu działania – dodał. To jasny przekaz: nie zagłosuję za waszym premierem, dopóki nie będzie sędziów pokoju. A jeśli będą – zagłosuję znowu za wszystkim, co wymyślicie.

Kukiz przyznaje, że opozycja też mogła się z nim dogadać, ale nie chciała. Ani sędziów pokoju, ani okręgów jednomandatowych. Bo celem byłej gwiazdy rocka jest odpartyjnienie państwa, a nikomu się taka perspektywa nie podoba. Więc 17 procentowe poparcie, jakie zebrał w wyborach prezydenckich, skurczyło się do trzyosobowej sfrustrowanej grupki i śladowych notowań sondażowych.

Co poszło nie tak? Właściwie wszystko. Próba budowania wielkiego ruchu bez śladu idei politycznej jest mrzonką i żadne konkretne postulaty w rodzaju okręgów jednomandatowych, które de facto umacniają „partiokrację”, nie zastąpią podziałów ekonomicznych, sprzecznych interesów i światopoglądowych różnic.

Rozumie to Donald Tusk, który – choć sam jest umiarkowanym konserwatystą – stara się podążać za światopoglądem wyborców, który akurat skręca w lewo. To swego rodzaju abdykacja partii politycznych, które światopogląd powinny wyborcom oferować, proponując konkretne rozwiązania, wynikające z określonej wizji świata. Ale może to lepsze, niż np. wezwanie Jarosława Kaczyńskiego do obrony kościołów, których nikt nie atakuje. Bo różnica między proponowaniem światopoglądu, a jego narzucaniem jest dla demokracji kluczowa.

A Paweł Kukiz? Może doczeka się ustawy o sędziach pokoju, a wtedy zapewne powróci do głosowania razem z PiS. Przyznaje, że ważne dla niego są tylko własne ustawy, a w całej reszcie nie bardzo się orientuje. I właśnie dlatego w kolejnym rozdaniu nie znajdzie sobie miejsca. W polityce można lawirować, ale nie da się liczyć wyłącznie na to, że zagra się rolę pożytecznego, lecz niezbyt mądrego przypadkowego towarzysza podróży.