Kirił Petkow uważa, że za wymuszeniem dymisji jego rządu stoi tak Moskwa, jak i bułgarska mafia, której nie w smak była walka z korupcją.

Nie jestem zaskoczony taką analizą premiera. Jednak bezpośrednim powodem kryzysu rządowego było wyjście z koalicji rządowej ugrupowania Jest taki Naród (ITN) Sławy Trifonowa. Utrzymanie koalicji czterech różnych przecież ugrupowań nie było łatwe. Jednak Petkow z pewnością musi mieć świadomość, że kompromisy w ramach takiego układu są czymś lepszym niż kampania wyborcza, która daje szerokie pole działania Moskwie. Gdy zaś idzie o mafię, ona zawsze jest przeciwna rządom, które chcą uzdrowić państwo.

Po wyborach może powstać w Bułgarii rząd, który będzie blokował w Radzie UE nałożenie nowych sankcji na Rosję?

Nie widzę takiego zagrożenia. Nowy rząd będzie nadal stawiał na opcję euroatlantycką. Jednak będzie on mniej skuteczny z uwagi na wzrost znaczenia ugrupowań prorosyjskich. To, czego się obawiam, to nie jest radykalny zwrot w bułgarskiej polityce, ale jej paraliż.

Czytaj więcej

Rosja umacnia swoje wpływy w Bułgarii

Za upadkiem rządu Petkowa głosował m.in. GERB byłego premiera Bojko Borysowa. Czy on także sprzyja Kremlowi?

Nie. GERB należy do Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Niektóre jego ruchy faktycznie są odbierane jako wyjście naprzeciw oczekiwaniom Putina. W kluczowych momentach Borysow pozostaje jednak lojalny wobec Brukseli i Waszyngtonu. Moskwa stawia przede wszystkim na skrajnie prawicowe ugrupowanie Odrodzenie. Ma ono dziś jedynie 13 deputowanych, ale chce ich mieć w wyniku nadchodzących wyborów trzy razy więcej, a nawet uzyskać większość w parlamencie. To ostatnie nie jest moim zdaniem realne, jednak znaczny wzrost wpływów Odrodzenia już tak. Tradycyjne bułgarskie media opowiadają się za przynależnością Bułgarii do NATO, do Unii. Jednak rosyjska propaganda jest niezwykle agresywna w mediach społecznościowych. Rosjanie prowadzą wojnę nie tylko w Ukrainie, ale także w Bułgarii – w wersji hybrydowej.

Jak bułgarskie społeczeństwo odnosi się do wojny w Ukrainie?

Gdy wojna wybuchła, 60 proc. Bułgarów deklarowało, że nie bardzo rozumie, o co w niej chodzi, dlaczego Ukraina padła jej ofiarą. To się jednak zmieniło, gdy do naszego społeczeństwa dotarły obrazy pokazujące brutalność Rosjan. Dziś więc 60 proc. Bułgarów nie ma wątpliwości, że to Kreml jest tu agresorem, choć i głosów powtarzających propagandę Kremla nie brakuje. Jednak w miarę, jak wchodzimy w piąty miesiąc wojny, pogarszająca się sytuacja gospodarcza i drożyzna przykuwają w większym stopniu uwagę społeczeństwa od samej wojny. Rosyjska propaganda stara się rzecz jasna w maksymalnym stopniu to wykorzystać.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Jak odcięcie w kwietniu przez Moskwę dostaw gazu dla Bułgarii wpłynęło na opinię publiczną?

Stało się coś niespotykanego przynajmniej od 60 lat: Bułgaria przestała być związana z Gazpromem kontraktem na dostawę paliwa. Premier popełnił błąd, nie tłumacząc w wystarczający sposób, dlaczego w warunkach wojny warto zapłacić więcej za gaz, byle pochodził on z pewnego źródła. To otworzyło pole dla jego przeciwników do przekonywania opinii publicznej, że zrobiono za mało, aby uratować korzystne porozumienie z Kremlem.

— rozmawiał Jędrzej Bielecki