– Nazywam to zamachem na demokrację – w taki sposób określił Martin Schulz, kandydat na kanclerza, zachowanie kanclerz Angeli Merkel. Atak ma polegać na braku prezentowania przez szefową rządu w obecnej kampanii wyborczej konkretnych projektów, postulatów i propozycji.
Ma to być taktyka unikania dyskusji o przyszłości Niemiec i co za tym idzie, brak poszanowania demokracji. Innymi słowy Martin Schulz i kierowana przez niego od kilku miesięcy SPD są pozbawieni wdzięcznego materiału do atakowania kanclerz Angeli Merkel.
Milczenie CDU
Tej samej kanclerz, z którą SPD rządzi już po raz drugi od chwili, gdy Angela Merkel zdobyła fotel szefowej rządu, zastępując na nim w 2005 roku ówczesnego przewodniczącego SPD Gerharda Schrödera. A więc tej samej, której decyzje SPD wspierała, jak np. otwarcie granic dla setek tysięcy uchodźców i imigrantów.
Martin Schulz twierdzi, że taktyka unikania polemiki przez Angelę Merkel ma na celu obniżenie zainteresowania wyborców wrześniową elekcją, co miałoby działać na korzyść CDU/CSU i jej lokomotywy wyborczej, jaką jest nieprzerwanie od 12 już lat pani kanclerz.
W rzeczy samej CDU prowadziło aktywną kampanię wyborczą w niedawnych elekcjach w Kraju Saary, Szlezwiku-Holsztynie i Nadrenii Północnej-Westfalii (NRW), gdzie aktywność wyborcza uległa zwiększeniu, ale nie na korzyść SPD. W poniedziałek w NRW po majowej historycznej klęsce wyborczej socjaldemokratów podpisana została umowa koalicyjna pomiędzy CDU i FDP, liberałami z Partii Wolnych Demokratów.
SPD oddało w tym największym liczącym 17 mln mieszkańców landzie rządy po ponad sześciu dekadach ich sprawowania. To musi Martina Schulza boleć.
On sam i jego ugrupowanie dawno już stracili sondażowy rozpęd nazywany efektem Schulza, polegający na próbie nadania pewnej świeżości niemieckiej polityce. W końcu Schulz spędził ostatnie dwie dekady w Brukseli. Jego wejście na niemiecką scenę polityczną zostało starannie wyreżyserowane.
Wydawało się na początku, że cały spektakl będzie wyborczym hitem. Szczęście trwało krótko. Jeszcze w lutym tego roku 39 proc. Niemców było zdania, że to Schulz powinien zostać kanclerzem. Za Merkel opowiadało się wtedy zaledwie 26 proc. wyborców. Dzisiaj prowadzi Merkel w relacji 45 proc. do 20 proc. W sondażach CDU oscyluje w granicach 40 proc., a SPD liczyć może na 23–24 proc. Odradza się FDP i wygląda na to, że po czterech latach nieobecności powróci we wrześniu do Bundestagu. I być może zostanie partnerem koalicyjnym CDU/CSU.
Na ringu bez zmian
– Schulz przypomina boksera, który przegrywa w dziesiątej rundzie i liczyć może jedynie na zadanie nokautującego ciosu. Kanclerz Merkel wie, że czas działa na jej korzyść, i nie chce się wdawać w niepotrzebne polemiki – tłumaczy „Rzeczpospolitej" Jochen Stadt, politolog z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie.
Ostatnią nadzieją Schulza i SPD jest przyjęty na niedzielnym zjeździe program wyborczy. Jest w nim mowa o sprawiedliwości społecznej, obniżce podatków dla zarabiających mało i średnio, godnych emeryturach na poziomie minimum 48 proc. ostatniej płacy. Jest podwyżka stawek podatkowych dla bogatych i podwyższenie stawek podatku od wysokich spadków.
Na to właśnie SPD spodziewa się odpowiedzi, najlepiej gniewnej, CDU. Ale to nie nastąpiło. To w końcu CDU prowadzi w Niemczech politykę socjalną przejętą od lewicy. Tak zresztą jest w wielu krajach Europy, by wspomnieć Polskę , i nie tylko. Socjaldemokratyczna lewica ma problem w poszukiwaniu nowych obszarów politycznej konfrontacji. Jednym z nich są prawa środowisk homo.
Jak zapewnia Schulz, nie zawrze po wrześniowych wyborach porozumienia koalicyjnego z partią, która nie uznaje prawa do małżeństw jednopłciowych.
Wyklucza to więc dalsze trwanie obecnej koalicji z CDU oraz CSU, gdyż obie partie są przeciwne zastąpieniu obecnej formuły partnerstwa zarejestrowanego tradycyjną formą małżeństwa. Schulz jest także przeciwny podwyższeniu wydatków RFN na obronę z obecnych 1,2 proc. do 2 proc. w 2024 roku, co postawiono na szczycie NATO w Walii w 2014 roku.
W programie partyjnym nie ma jednak na ten temat słowa, gdyż to Frank-Walter Steinmeier, ówczesny szef dyplomacji, uczestniczył w podejmowaniu zobowiązań w Walii. Jest za to mowa o otwarciu Niemiec dla azylantów.
Uciekinierzy napływający do Europy powinni być „rozdzielani" pomiędzy kraje członkowskie UE według sprawiedliwego klucza. Ciekawe, że w kraju, który przyjął w ostatnich latach 1,2 mln uchodźców i imigrantów, nie jest to zasadniczym tematem kampanii wyborczej. Ale też od początku roku do końca maja przybyło do Niemiec 77,1 tys. poszukujących azylu, przeciętnie 15,4 tys. miesięcznie. W tym samym czasie roku ubiegłego miesięcznie przybywało 23,3 tys. osób.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora: p.jendroszczyk@rp.pl