Od czasu, gdy Bartosz Arłukowicz pojawił się w rządzie, debaty nad jego odwołaniem odbywają się regularnie na początku nowego roku. I za każdym razem prowokuje je Prawo i Sprawiedliwość.
W styczniu 2012 r., a więc zaledwie kilka tygodni po otrzymaniu nominacji, opozycja próbowała odwołać Arłukowicza za fatalne wdrożenie nowej ustawy o refundacji leków. Lekarze odmawiali wówczas wypisywania recept na leki refundowane, bo nowe przepisy obciążały ich materialnie za błędne wystawienie recepty.
Premier osobiście bronił wtedy ministra. Oskarżył m.in. opozycję o podgrzewanie atmosfery, żeby pacjenci poczuli się zagrożeni.
Kiedy pod koniec 2012 r. Centrum Zdrowia Dziecka przestało przyjmować małych pacjentów na niektóre oddziały, bo NFZ zalegał z płatnościami za nadwykonania, sprawa dymisji Arłukowicza wróciła. Debata odbyła się w styczniu 2013 r. Tym razem minister bronił się sam. Również mówił o straszeniu pacjentów. Zapewniał, że wszystko w służbie zdrowia działa dobrze, a wniosek o jego odwołanie jest „czystą grą polityczną". Mówił też, że do skrócenia kolejek wystarczą dwie rzeczy – lepszy sposób szkolenia lekarzy i system informatyczny, który będzie zarządzał ochroną zdrowia.
– eWUŚ jest pierwszym krokiem w informatyzacji służby zdrowia – zapewniał.
Kolejki wciąż się wydłużały (o 40 proc. w ciągu roku) i to było powodem złożenia przez PiS trzeciego wniosku o dymisję Arłukowicza.
Prawo i Sprawiedliwość zarzuca mu m.in.: brak działań w sprawie likwidacji centrali NFZ (minister zapewniał, że zostanie ona zlikwidowana podczas ubiegłorocznej debaty nad jego odwołaniem), konflikt między Ministerstwem Zdrowia a Narodowym Funduszem Zdrowia, brak działań wobec malejącej liczby lekarzy i próbę przerzucenia na nich odpowiedzialności za złe funkcjonowanie służby zdrowia.
Czytaj więcej
Czy nabycie samochodu może być tak proste, jak zamówienie sprzętu online? O tym, jak wygląda transformacja tego sektora oraz jak należy odpowiedzie...
Partia Jarosława Kaczyńskiego uważa też, że dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne, nad którymi pracuje rząd, doprowadzą do podziału na pacjentów bogatych z dostępem do świadczeń i biednych, dla których kolejka do lekarza jeszcze bardziej się wydłuży.
Prawdopodobieństwo odwołania Arłukowicza mimo jednomyślnego stanowiska całej opozycji jest jednak tak samo niewielkie jak w poprzednich latach.
Były minister zdrowia Bolesław Piecha z PiS nie jest jednak tym skonsternowany.
– Kropla drąży skałę – mówi. – Wniosek o wotum nieufności to sygnał, że w ochronie zdrowia coś nie gra, dlatego będziemy go ponawiać tak często, jak to możliwe.
Zdaniem Piechy Arłukowicz prędzej czy później zostanie odwołany, bo jest szkodnikiem.
– Przez dwa lata nie zrobił nic na rzecz służby zdrowia i już nie zrobi, bo jest wypalony – mówi Piecha. – Szkoda, że premier nie wymienił ministra zdrowia przy okazji ubiegłorocznej rekonstrukcji rządu, bo jeżeli chodzi o dokonania Arłukowicza, to one są mizerne lub żadne.
Prof. Kazimierz Kik, politolog z Uniwersytetu w Kielcach, nie dziwi się opozycji, że ponownie żąda dymisji Arłukowicza.
– Minister zdrowia jest dzisiaj najsłabszym punktem rządu Tuska, a więc atakowanie go jest działaniem słusznym z punktu widzenia strategii politycznej – mówi politolog. – Poza tym służba zdrowia rzeczywiście jest w zapaści, co dla Tuska, który wyruszył w Polskę na spotkania z wyborcami, jest na pewno sytuacją niekomfortową.
Według politologa Arłukowicz obroni swoje stanowisko, ale tylko po to, by wiosną, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, je stracić.