- Małgorzata Śnieguła, zginęła tragicznie. Tak napisaliśmy choć chciałem, by było "została zamordowana" - mówi jej ojciec

Właściwie na nagrobku powinno być inne nazwisko. Kiedy Małgorzatę znaleziono martwą w jej mieszkaniu, od trzech miesięcy była mężatką. W protokole sekcji uznano, że zmarła na „niewydolność krążeniową z przyczyn nieznanych”. Ta formuła używana jest często, gdy tak naprawdę nie wiadomo, co jest powodem nagłej śmierci.

Okazało się, że w wypadku Małgorzaty W. niewydolność krążeniowa miała przyczynę równie dramatyczną, co nietypową: zatrucie cyjankiem potasu. Ustalono to po badaniach toksykologicznych ponad trzy miesiące później, ale prokuratura czekała kolejne trzy miesiące, zanim poinformowała o tym rodziców.

– Choćbym żył 100 lat, do końca będę walczył, by prawda o śmierci mojej córki wyszła na jaw. Jeśli ktoś liczy na to, że odpuszczę, to się myli – mówi Kazimierz Śnieguła.

Nie chce pogodzić się z oficjalną wersją śmierci Małgorzaty mówiącą o samobójstwie. Trudno mu się dziwić, taka często bywa reakcja członków rodziny, którzy nie chcą się pogodzić z samobójstwem najbliższej osoby.

Jednak w tym szczególnym wypadku w samobójstwo młodej kobiety wątpią nie tylko jej rodzice.

– Stawiam odważną tezę: w śmierci Małgorzaty W. brały udział osoby trzecie – mówi mecenas Ireneusz Wilk, który dał się poznać opinii publicznej jako adwokat rodziny Olewników.

To do niego zwrócili się rodzice Małgorzaty, traktując go jako ostatnią deskę ratunku.

– Niezwykle intrygująca i tajemnicza sprawa. Rzadko się takie spotyka. Powiedziałbym, że jest wręcz jak z powieści. Takie są zarówno okoliczności tej śmierci, jak i to, co dzieje się potem. Nieznani sprawcy dwukrotnie zbezcześcili grób. Kto tak nienawidził tej dziewczyny, że nawet po śmierci nie daje jej spokoju? Wiele pytań, na które nie ma odpowiedzi – mówi mecenas Wilk. – Ale co gorsze, ci, którzy powinni zadać pewne pytania, wcale tego nie zrobili.

[srodtytul]Sprzątanie w agonii[/srodtytul]

W mieszkaniu znajdującym się w jednym z nowych bloków w Skierniewicach można się poczuć nieswojo. Jedyny pokój jest tak niewielki, że trudno uniknąć sytuacji, w której, siedząc na wersalce, trzyma się nogi na miejscu agonii Małgorzaty W. Jednak dziś nic nie przypomina tej tragedii sprzed prawie dwóch lat. Idealnie wysprzątane mieszkanko wygląda przytulnie i wręcz banalnie. W szafie równo wiszą ubrania młodej kobiety – eleganckie garsonki i garnitury, w większości utrzymane w stonowanych kolorach.

– Czy moja córka myślała o samobójstwie, jak szyła sobie te wszystkie stroje? Niektóre są zupełnie nowe, tuż przed śmiercią Gosia kupiła materiał na jesienne płaszcze dla siebie i męża – mówi jej matka.

Kiedy patrzy się na garderobę Małgorzaty, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że dobierano ją starannie, unikając wszelkiej ekstrawagancji. Prawdę mówiąc, niewiele kobiet ma tak skomponowaną garderobę, w której nie ma rzeczy przypadkowych, kupionych pod wpływem impulsu. Zasadą, która wyraźnie przyświecała Małgorzacie, było „dress for success ” – jej szafa mieści rzeczy kobiety planującej i dbającej o karierę zawodową.

– Gosia bardzo wyrosła ponad wiejskie środowisko, z którego się wywodziła. Ambitna, konsekwentna, zrobiła licencjat, a potem zaocznie magisterium z zarządzania, uczyła się języków. Była dumna, że została naczelnikiem działu w PKP Cargo w Warszawie – opowiada jedna z osób, która znała ją od lat.

Dbałość o image była z pewnością dla niej ważna, podkreślała życiowy sukces.

Ale na zdjęciach, które ojciec Małgorzaty wykłada na stolik do kawy w mieszkanku, które kupiła na kredyt kilka lat przed ślubem, można zobaczyć już zupełnie inną kobietę. Rozległe plamy opadowe, liczne, choć drobne zasinienia rozsiane po całej powierzchni ciała, otarcia naskórka twarzy, również na granicy warg tworzą przygnębiający widok. Agonia była bolesna – kiedy znaleziono Małgorzatę, leżała w zwiniętej pozycji na brzuchu, dłonie miała kurczowo zaciśnięte.

Biegli uznali, że „co najmniej część tych obrażeń” mogła powstać na skutek silnych niekontrolowanych ruchów ciała po spożyciu cyjanku.

Trochę zastanawia fakt, że choć otruta kobieta miotała się w konwulsjach, znaleziono ją na równo rozpostartej kołdrze leżącej na podłodze. To, że kołdra była równo rozpostarta, zauważył zarówno policjant, jak i strażak, którzy pierwsi weszli wtedy do mieszkania. Jeden z policjantów odnotował też, że na ścianie na wysokości pół metra znajdują się „jakby starte ślady wymiocin” – zapewne uderzyła go niezwykłość tego faktu, bo rzadko zdarza się, by ktoś sprzątał po sobie w czasie agonii.

– Czy słodzi pani kawę? Nie? To może lepiej. Bo cukier jest tu jeszcze od tamtego czasu. Jest wprawdzie zafoliowany, ale ja też nie posłodzę. Trochę się boję – mówi matka Irena Śnieguła.

Do dzisiaj nie wiadomo, w jakiej postaci i w jaki sposób Małgorzata W. przyjęła cyjanek. Rozpuściła kryształki w herbacie? Łyknęła truciznę z fiolki?

Przy ciele nie znaleziono żadnego naczynia, z którego mogła wypić truciznę, ale z akt sprawy nie wynika, żeby szczególnie niepokoiło to Prokuraturę Rejonową w Skierniewicach.

Jakkolwiek zdumiewająco to brzmi, nie zrobiono analizy treści żołądkowej otrutej dziewczyny. Biegły sądowy, który dokonywał sekcji, pobrał zamiast fragmentu żołądka z treścią jedynie fragment zewnętrznej ścianki.

Nie pobrano próbek materiału biologicznego, który mógłby znajdować się pod paznokciami Małgorzaty W. gdyby do jej śmierci przyczyniły się osoby trzecie.

Co więcej, nie zbadano nawet ubrania, które miała na sobie w chwili śmierci Małgorzata W., choć domagali się tego rodzice. Okazało się zresztą, że ubranie to po sekcji spalono.

– Prosiliśmy o wykonanie pewnych czynności, składaliśmy wnioski dowodowe. Wyśmiewano nas – mówi Kazimierz Śnieguła. – Słyszeliśmy, że naoglądaliśmy się za dużo hollywoodzkich filmów.

[srodtytul]Co zawiera trutka na szczury[/srodtytul]

Cyjanek w trutce na szczury? Ależ absolutnie wykluczone! Trupia czaszka na opakowaniu to byłoby za mało, by ostrzec przed śmiertelnym niebezpieczeństwem użycia takiego środka. Przecież szkodliwe byłyby już jego opary. Takie trutki mają zupełnie inny skład – mówi „Rz” dr Ewa Maślikowska z Głównego Inspektoratu Weterynarii. – Nie mam pojęcia, dlaczego ktoś mógłby uważać, że cyjanek jest w trutce. Może biegły wstydził się spytać nas lub w urzędzie rejestracji leków?

Kiedy czyta się uzasadnienie umorzenia postępowania w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Małgorzaty W. sporządzone przez Prokuraturę Rejonową w Skierniewicach, uderza stwierdzenie – przytoczone za biegłym – o stosunkowo łatwej dostępności cyjanku potasu, który rzekomo ma się znajdować m.in. właśnie w trutce na gryzonie.

Ta łatwa dostępność cyjanku ma wyraźnie uzasadnić, dlaczego prokuratura nie ustaliła, w jaki sposób Małgorzata W. miałaby wejść w jego posiadanie cyjanku. Ustalono natomiast, że nie był dostępny w miejscu pracy męża Sylwestra W. – w końcu trudno się dziwić, bo jest to wydawnictwo – ani w firmie, w której pracuje jego dawna narzeczona. Sylwester W. nie starał się pozyskać cyjanku poprzez Internet. Czy musiał to jednak robić, zważywszy, że cyjanek podobno ma być dostępny jako trucizna na szczury?

Samobójstwo poprzez zażycie cyjanku jest bardzo nietypowe, zwłaszcza że taki sposób miała wybrać kobieta.

– To banalna prawda, ale kobiety znacznie rzadziej niż mężczyźni popełniają samobójstwo skutecznie. Zważywszy, że trzykrotnie częściej niż oni podejmują próby samobójcze, można powiedzieć, że przynajmniej podświadomie nie chcą umrzeć. Biorą na przykład 20 tabletek luminalu, co nie jest dawką śmiertelną – mówi specjalizujący się w problematyce samobójstw dr Włodzimierz Brodniak z Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego.

– Kobiety wybierają na ogół tzw. miękkie formy popełnienia samobójstwa – mówi w rozmowie z „Rz” legenda polskiej kryminalistyki i kryminologii prof. Brunon Hołyst. – Jest jeszcze inna specyfika związana z samobójstwami kobiet. W swojej praktyce zetknąłem się z tym, że kobiety przygotowują się do nich bardzo starannie. Biorą kąpiel, robią pełen makijaż, wkładają piękną suknię. Mężczyźnie trudno to pojąć, ale kobieta chce po śmierci wyglądać ładnie.

Kiedy weźmie się pod uwagę, jak bardzo dbała o swój wygląd Małgorzata, okoliczności jej śmierci są tym bardziej bulwersujące. Dlaczego miałaby wybrać tak bolesny sposób zadania sobie śmierci, gwarantujący, że świeżo poślubiony mąż zapamięta ją storturowaną agonią, ze śladami wymiotów na twarzy? Dlaczego nie wyciągnęła z szafy jednego ze swych eleganckich strojów, tylko umarła w zwykłym dresiku, jakby śmierć zaskoczyła ją w trakcie banalnych czynności domowych.

I wreszcie, jaki powód miała 29-letnia kobieta, o której nikt nie mówił, żeby cierpiała na depresję, by odejść bez listu pożegnalnego, przyjmując cyjanek w dawce kilkakrotnie przekraczającej śmiertelną, co gwarantowało, że nie ma odwrotu.

[srodtytul]Pan, czyli zięć[/srodtytul]

Nie mogę się spotkać w tym tygodniu. Nie mam czasu. Pracuję. W przyszłym tygodniu też nie będę miał czasu – mówi przez telefon Sylwester W. – Czy w ogóle kiedyś z panią porozmawiam? Nie. Nie chcę powracać do tematu śmierci mojej żony.

Po tragicznej śmierci Małgorzaty kontakty między Sylwestrem W. a rodziną jego żony właściwie ustały.

– Spotkaliśmy się na pogrzebie. Kilka dni później przejeżdżałam z mężem koło mieszkania Gosi. Zobaczyliśmy, że jakiś mężczyzna wymienia w nim okno. W mieszkaniu zastaliśmy Sylwestra i jego matkę. Zdziwiło nas, że poznikały różne rzeczy, a mieszkanie jest gruntownie wysprzątane i wyczyszczone – opowiada Irena Śnieguła. – Spytałam, co stało się z kołdrą, na której leżała Gosia, kiedy ją znaleziono. Usłyszałam, że została już uprana.

Klucze do mieszkania prowadząca dochodzenie prokurator wydała Sylwestrowi W. na trzeci dzień po śmierci żony.

– Protestowałem bezskutecznie, przecież Sylwester W. nie był tu nawet zameldowany. Obecny przy tym policjant kazał mi się uspokoić – wspomina Kazimierz Śmieguła.

W raporcie policji sporządzonym bezpośrednio po odkryciu zwłok Małgorzaty W. można przeczytać, że Kazimierz Śnieguła, który przybył na miejsce zdarzenia, zarzucał zięciowi, że jest winien śmierci jego córki. – Byłem skrajnie wzburzony, chwilę potem zabrano mnie do szpitala w stanie zapaści. Co miałem na myśli, atakując wówczas zięcia? – mówi Kazimierz Śnieguła. – Wtedy myślałem po prostu, że jeśli moje dziecko nie żyje trzy miesiące po ślubie, to jakoś odpowiedzialny jest za to mąż.

O tym, że Małgorzata W. zmarła na skutek zatrucia cyjankiem, rodzice dowiedzieli się od prowadzącej dochodzenie prokurator dopiero sześć miesięcy po jej śmierci, w czerwcu 2008 r. Jak wynika z akt sprawy, prokuratura wiedziała o tym już na początku marca, gdy sporządzony został raport toksykologa.

I mniej więcej pól roku po śmierci Małgorzaty jej matka przestała mówić o zięciu. „Sylwuś”, a zaczęła „pan Sylwester W.”

– To prawda, że odradzałam jej to małżeństwo. Każda matka chce szczęścia dziecka. Mówiłam: Gosiu, ty masz wyższe wykształcenie, a ten chłopak nie. A poza tym my nie pasujemy do tej rodziny. Jesteśmy zwykłymi ludźmi, żyjemy ze swojej pracy i gospodarstwa rolnego. A rodzina W. jest bogata, sprzedała ziemię pod autostradę. Chwali się swymi znajomościami i wpływami – wspomina Irena Śnieguła.

Pewne wątki związane ze śmiercią tej młodej kobiety są zdumiewające. Właściwie ich nie podjęto. Kiedy zająłem się tą sprawą, złożyłem kilka wniosków dowodowych. Jedyną odpowiedzią na nie była decyzja o umorzeniu dochodzenia – mówi mecenas Ireneusz Wilk.

Dla każdego, kto porozmawia ze znajomymi Małgorzaty, staje się jasne, że ze znacznie większą determinacją niż jej narzeczony dążyła do tego małżeństwa. Trochę gorzko żartując, mówiła, że „Sylwek pójdzie do ołtarza chyba tylko po to, by napić się wina mszalnego”. Kilka dni przed ślubem sytuacja zaczęła się komplikować. Najpierw narzeczeni się pokłócili, a potem w dziwnych okolicznościach odwołano wesele.

– To zupełnie niesamowita intryga, misternie wyreżyserowana i aktorsko rozegrana. Najpierw do domu weselnego zadzwonił ktoś, przedstawiając się jako Sylwester W., i odwołał wesele. Potem zjawili się młodzi ludzie – rzekomo para narzeczeńska i świadkowie – którzy zarezerwowali dom weselny na ten właśnie termin, płacąc zaliczkę – opowiada jeden z moich rozmówców. – Okazało się, że rolę panny młodej odegrała Agnieszka S., była dziewczyna Sylwestra.

W dochodzeniu w sprawie nieumyślnego spowodowana śmierci Małgorzaty W. mąż i jego była dziewczyna zgodnie zeznali, że ich związek należy do przeszłości. Rozstali się już w 2000 roku, ich kontakty były sporadyczne i przyjacielskie – co wydaje się stać w sprzeczności z przyznaniem Agnieszki S., że planowany ślub Sylwestra W. z Małgorzatą wywoływał w niej taką złość, że postanowiła go odwołać.

Agnieszka S. twierdzi też konsekwentnie, że nie znała Małgorzaty i spotkała ją tylko raz, przed laty.

A jednak numer komórkowy Agnieszki S. widniał w telefonie ofiary, podobnie jak innych uczestników przedślubnej intrygi, którzy kontaktowali się zresztą ze sobą szczególnie często, również w godzinach nocnych w grudniowy weekend 2007 roku, kiedy zmarła Małgorzata W.

[srodtytul]Sąsiedzi mało słyszą[/srodtytul]

Weekend ten Małgorzata W. spędzała samotnie. Po pracy w piątek wróciła do domu, mąż wyjechał na działkę budować dom, w którym mieli zamieszkać. Zeznał, że do domu nie wracał aż do niedzieli, nocował u rodziców w pobliskim Żyrardowie.

Co robi mężczyzna, kiedy po dwudniowej nieobecności wraca do domu i zastaje drzwi mieszkania zamknięte? – Raczej nie zakłada od razu, że stało się coś złego, przecież żona może być na zakupach – spekuluje mecenas Wilk. – Jednak jeśli jest pewny, że żona jest w środku i nie otwiera, a on nie może otworzyć drzwi kluczem, wyważa drzwi przy pomocy sąsiadów.

Stojąc na słomiance, Sylwester W. wysłał esemesa: „Kochanie, co się dzieje. Nie odbierasz telefonuje. Stoję pod drzwiami i nie mogę wejść do środka”. Potem zatelefonował do swoje rodziny, która pojawia się zaskakująco szybko, zważywszy, że w Skierniewicach nie mieszka.

Wezwał policję, a ta straż pożarną.

Drzwi do mieszkania, w którym zmarła Małgorzata W., zamyka się na dwa zamki. Górny i dolny, podklamkowy, który zamknąć można też kluczem z wewnątrz. Właśnie tego dolnego zamku nie mógł otworzyć Sylwester W.

Czy można zamknąć drzwi z zewnątrz, tak, by potem nie można było ich otworzyć? Z zasady nie. Ale być może istnieją od tej zasady wyjątki.

– W ekspertyzie w ogóle nie rozważono takiej sytuacji, czy można zmienić położenie klucza lub ustawienie wkładki zamka już po zamknięciu, na przykład poprzez silne uderzenie w drzwi. Jedna z sąsiadek zeznała, że w sobotę około godz. 19 usłyszała głośny jednorazowy hałas. Może to było takie uderzenie? – zastanawia się Ireneusz Wilk.

Zeznania sąsiadów są skąpe i powściągliwe. Jedna z sąsiadek słyszała w nocy z piątku na sobotę głośną rozmowę mężczyzny i kobiety dobiegającą z mieszkania Małgorzaty W. Ale po namyśle dodała, że być może był to telewizor. Inna zeznała, że zobaczyła w piątek ślady błota prowadzące prosto pod drzwi tego mieszkania. Jednak jak się głębiej zastanowiła, to może ślady te zrobiono w czwartek?

Odgłos silnego uderzenia mógł też być w końcu spowodowany na przykład rozłożeniem wersalki.

Nic nie wskazuje, by policja szczególnie drążyła te tematy, zadając na przykład proste pytanie, dlaczego sąsiadka zwróciła uwagę na ten hałas – bo przecież odgłos rozkładanej wersalki powtarzał się zapewne co wieczór.

[srodtytul] To nasza ostatnia szansa[/srodtytul]

Fatalna praca operacyjna policji. Ludzie z reguły nie chcą mieć kłopotu, wikłając się w zeznania w prokuraturze. Ale przecież dobry policjant potrafi dotrzeć do prawdy. A w takich szczególnych wypadkach świadkom powinno się zapewnić status incognito – uważa mecenas Wilk.

– Zaczęłam czytać akta tej sprawy wieczorem, skończyłam rano. Byłam zdruzgotana. Szczerze mówiąc, nie wyobrażałam sobie, by student drugiego roku mógł popełnić tyle błędów logicznych, ile znalazło się w dokumentach wytworzonych przez prokuraturę. A także dopuścić się takich zaniedbań – mówi socjolog prof. Józefina Hrynkiewicz. Jej dom letni znajduje się obok gospodarstwa rodziców Małgorzaty. Zna całą rodzinę od lat.

Kiedy podczas jednej z wizyt u państwa Śniegułów usłyszała, że przyczyną śmierci ich córki jest otrucie cyjankiem, postanowiła działać. Sugestię, że Małgorzata W. mogłaby popełnić samobójstwo, uważa za absurdalną.

– Byłam w sprawie Małgosi u wybitnych prawników. Po lekturze akt mieli podobne odczucia co ja. Problem tkwi w czymś innym – w czasie śledztwa tracono bezpowrotnie dowody i ślady zostały zatarte – mówi prof. Hrynkiewicz.

– Uzasadnienie umorzenia śledztwa w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci Małgorzaty W. jest sformułowane w sposób powierzchowny i niedojrzały – podkreśla mecenas Wilk. Opiera się przede wszystkim na sylwetce psychologicznej Małgorzaty W. będącej swobodną interpretacją przypadkowo zebranych opinii. Nie analizuje się za to na przykład faktu, czy Małgorzata z własnej inicjatywy ubezpieczyła się na dwa dni przed śmiercią na korzyść męża na sumę 100 tysięcy złotych, czy ktoś podsunął jej ten pomysł?

Dlaczego prokurator uważa, że znaleziona w śmieciach przedarta recepta na lekarstwo zapisane przez lekarza rodzinnego świadczy, że Małgorzata W. „pesymistycznie zapatrywała się na możliwość wyleczenia kontuzji ścięgna Achillesa” – co oczywiście miało skutkować myślami samobójczymi. A zupełnie nie zauważa, że na wierzchu leży dowód, że Małgorzata zapisała się na badania w warszawskiej prywatnej przychodni medycyny sportowej?

Czy Małgorzata była rzeczywiście skryta i introwertyczna – i dlatego ukrywała zamiary samobójcze – gdy tymczasem z tego samego dokumentu wynika, że szczegółowo opowiadała swoim koleżankom z pracy o swych relacjach z rodzicami, teściami i mężem.

I skąd prokurator wie, że – jak pisze w konkluzji – wykluczyć należy, że cyjanek mogły dostarczyć Małgorzacie W. osoby trzecie?

– Chyba nie myśli pani, że udzielę pani jakichkolwiek informacji – mówi prokurator Wioletta Skorupska, gdy chcę umówić się z nią na rozmowę na temat zamkniętego już przez nią dochodzenia.

– Napisałem do ministra sprawiedliwości, że zagadka śmierci mojej córki może zostać rozwikłana, tylko jeśli sprawę przejmie inna prokuratura i inna jednostka policji – mówi Kazimierz Śnieguła. –To nasza ostatnia szansa.