Nie stoi za tym żadna głębsza idea, jednak bycie nowoczesną mamą kobiety traktują śmiertelnie serio. Wierzą w teorie głoszone przez autorytety. Sprawiają wrażenie, że mogłyby zabić w ich obronie. Odstępczynie od jedynej słusznej wiary traktowane są tak, jakby popełniały nie tylko zbrodnię na dziecku, ale całej ludzkości – mówi  psycholog Dorota Skurska, założycielka portalu Nowamatkapolka.pl.

Przez kilka tygodni zagłębiałam się w fora internetowe poświęcone macierzyństwu. Choć nie stały się jeszcze przedmiotem głębszej analizy socjologicznej, stanowią trwały element życia młodych polskich kobiet.

„Natychmiast po zrobieniu testu ciążowego zalogowałam się na kilku forach" – pisze z dumą jedna z internautek w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

W epoce przedinternetowej kobieta, wychowując dziecko, porównywała się z przyjaciółką, mniej lub bardziej chętnie przyjmowała rady matki i zaglądała do skromnej oferty poradników dla rodziców. Teraz jej macierzyństwo konfrontowane jest z opiniami olbrzymiej społeczności internautek i oceniane bezlitośnie przez coraz liczniejszych ekspertów.

Najbardziej charakterystyczną cechą nowoczesnego macierzyństwa, jaką można zaobserwować, czytając fora, jest przekonanie, że absolutnie każdy wybór dotyczący wychowania dziecka pociąga dramatyczne konsekwencje. Będą one miały wpływ na całe jego życie.

Jeszcze niedawno matki karmiące piersią szczyciły się, że zapewniają swojemu dziecku odporność immunologiczną. Teraz mają prawo myśleć, że zrobiły znacznie więcej – zgodnie z najnowszymi badaniami naukowców z Oxfordu, które przetoczyły się już przez fora, dzieci karmione piersią mają mniejszą skłonność do kradzieży i kłamstwa.

Wniosek jest prosty – jeśli matka egoistycznie skazywała dziecko na butelkę, mogła się przyczynić do jego kryminalnej deprawacji. To już niemal wymiar greckiej tragedii.

Nic dziwnego, że kobiety paraliżuje lęk. Najbardziej groteskowe pytanie, jakie pojawiło się na forach, brzmi, jakby wymyślił je satyryk. Z pewnością jednak kobieta, która je zadała, przeżywała psychiczne katusze, przekonana, że w ciągu paru minut bezmyślnie zniszczyła życie swego mającego się dopiero narodzić dziecka.

„Zjadłam paprykarz szczeciński. Dopiero teraz dowiedziałam się, że ryby morskie zawierają metale ciężkie, które mogą wpłynąć na płód. Czy moje dziecko urodzi się nienormalne?" – pytała przerażona internautka.

Egzystencjalny problem koperty

Mama nowoczesna może ponieść klęskę nie tylko dlatego, że nie dosyć czujnie śledzi naukowe teorie dotyczące wychowania dzieci i wciela je w życie. Wiara w prawdziwe zasady wychowania jej nie uratuje. Z tego prostego powodu, że nie istnieje jeden tekst kanoniczny, biblia nowoczesnej matki, którego należy przestrzegać. Zalecenia formułowane kategorycznym językiem zaskakująco się zmieniają.

– Kiedy wychowywałam swoje średnie dziecko, czyli sześć lat temu, panowała teoria bezglutenowa. Jeśli dziecko przed ukończeniem roku życia byłoby narażone na kontakt z glutenem, mogłoby się to skończyć alergią na całe życie. Teściowa, która podała wnukowi skórkę chleba, była traktowana jak wróg. Matka uznawała, że właściwą reakcją jest zerwanie z nią wszelkich kontaktów – opowiada matka trojga dzieci. – Dwa lata temu, gdy zajmowałam się najmłodszym dzieckiem, była już inna teoria. Uznano, że tylko wczesny kontakt z glutenem chroni od alergii.

Eksperci od wychowywania dzieci beztrosko zmieniają poglądy, zostawiając osłupiałe rzesze wyznawców. Jedna z guru od wychowania dzieci, która zalecała intensywne skupianie się na potrzebach dziecka i odgadywanie ich, po latach doszła do wniosku, że szczęśliwe i społecznie przystosowane dzieci to te, którymi rodzice nie zajmują się zbytnio. Rodzice powinni żyć swoim życiem, a dziecko, przebywając w tym czasie w gronie rówieśników, ma obserwować i naśladować zachowania dorosłych.

Badaczka oparła swoje teorie na obserwacji zachowań Balijczyków, co niekoniecznie sprawdza się w naszych realiach, kiedy dzieci raczej nie widzą matki przy przyrządzaniu manioku, ale, np. podczas pracy przy komputerze z natury rzeczy trudniejszej do naśladowania.

Cechą wspólną prawie wszystkich teorii chętnie przyjmowanych przez polską mamę nowoczesną jest bowiem fakt, że powstały one na podstawie obserwacji społeczeństw prymitywnych lub europejskiej cywilizacji na wcześniejszym etapie rozwoju. Można powiedzieć, że Jan Jakub Rousseau ze swoją teorią szczęśliwego dzikusa święci wielki pośmiertny triumf.

Przez całe wieki dziecko nie miało własnego łóżeczka, spało przy rodzicach i czuło się bezpiecznie. Pozostawione samo w ciemności czuje się nieszczęśliwe i zagubione. Tak twierdzą ortodoksyjni wyznawcy teorii „rodzicielstwa bliskości", którzy uważają, że naturalne jest, by dziecko spało z rodzicami. Tolerowane odstępstwo pozwala na wstawienie łóżeczka do sypialni rodziców.

W Afryce jednak matka ma dziecko cały czas przy sobie. Nosi je na plecach lub na brzuchu, towarzyszy ono jej podczas prac domowych. Z tego punktu widzenia wożenie dziecka w wózku jest nienaturalne. Dla wielu polskich mam to już dogmat.

Ale sprawa się komplikuje, bo jeśli nawet omotamy dziecko specjalną chustą, to nadal istnieje wiele ważnych kwestii, w których możemy się pogubić i zbłądzić.

„Koperta czy kangurek? To egzystencjalne pytanie, które stwarza niepotrzebne podziały" – zagaja dyskusję na jednym z forów „doradca noszenia ClauWi", wyjaśniając równocześnie, że sposób zawiązywania chusty powinien zależeć od indywidualnych relacji rodziców i dziecka.

Dla kogoś, kto nie jest nowoczesną mamą i wyznawczynią noszenia dziecka w chuście, brzmi to groteskowo – począwszy od pompatycznego tytułu „doradca noszenia ClauWi", a skończywszy na uznaniu kwestii „koperta czy kangurek" za pytanie egzystencjalne. Możemy uznać to za przejaw upadku naszej cywilizacji albo przynajmniej za dowód, że horyzonty intelektualne nowoczesnych mam nie są przesadnie rozległe.

Generał niszczy mit

W każdej dyskusji dotyczącej macierzyństwa w Polsce prędzej czy później padnie epitet „matka Polka". Czasem jakaś kobieta autoironicznie powie o sobie, że jest matką Polką, częściej jednak takie pojęcie przykleja się jako negatywną, deprecjonującą ocenę – mówi socjolog dr Małgorzata Sikorska z Uniwersytetu Warszawskiego, która prowadziła badania na temat presji, jakiej poddawane są kobiety w macierzyństwie.

Matka Polka odbierana jest jednoznacznie – sterana życiem kobiecina, uginająca się pod ciężarem siat i obowiązków domowych. Bez żadnych aspiracji i ambicji oprócz ugotowania obiadu.

Feministki czasem ironizują, mówiąc o matce Polce gastronomicznej, która moment triumfu i symbolicznego zaznaczenia swej władzy przeżywa, gdy na stole pojawia się zupa w wazie, przyciągając wszystkich domowników.

Do tego żałosnego zdegradowanego stereotypu matki Polki, której atrybutem władzy jest chochla, niezręcznie i nieświadomie nawiązał Bronisław Komorowski w swej przedwyborczej reklamie. Opowiadał, że gdy żona czeka w domu z kolacją, nie ośmieliłby się spóźnić. Nic dziwnego, że spadły na niego gromy.

Kiedy przejrzy się dyskusje na forach, polemiki publicystyczne czy wręcz spyta psychologów społecznych i socjologów, skojarzenia są z reguły jednoznaczne – matka Polka to smutna spuścizna PRL.

– To bzdura i kompletne pomieszanie pojęć. Oczywiście, że w PRL nie było matek Polek – oburza się socjolog prof. Hanna Świda-Ziemba. Osiemdziesięciojednoletnia pani profesor doskonale pamięta, kiedy po raz pierwszy usłyszała o matkach Polkach: w szkole w międzywojennej Polsce, kiedy mówiono o nich jako części polskiej historii.

Matka Polka to narodowy mit oparty na faktach.

– Uczyłam się, że matki Polki były zjawiskiem występującym w czasach niewoli. Przechowywały w rodzinach tradycyjne wartości i narodową tożsamość, wychowując dzieci w duchu patriotycznym. Głównie synów, bo tak się jakoś utarło, że matka Polka to matka synów. Zapewniały też przetrwanie rodzinie, kiedy mężczyźni ginęli w kolejnych powstaniach, szli w kajdanach na Sybir.

Heroiczne cnoty wymuszone przez historię zaczęły być znów potrzebne podczas drugiej wojny światowej.

– Ale wtedy nie mówiło się o matkach Polkach. Na tajnych kompletach mówiono o niesłychanie dzielnych kobietach, współczesnych spartankach, które wysyłają synów do walki, każąc im wracać z tarczą lub na tarczy – wspomina prof. Świda-Ziemba.

Pamięta, że ówczesne kobiety były skłonne traktować mężczyzn z pewną pobłażliwością.

– Uważały, że mężczyźni mają słabsze nerwy. Łatwiej się załamują. Gorzej znoszą bombardowania, a potem dramatyzm okupacji. Mama mówiła mi, że dlatego kobieta musi dbać o pogodny nastrój w domu – wspomina pani profesor.

Przez lata PRL obraz matki Polki pokryła niepamięć. Zresztą i samo macierzyństwo nie cieszyło się szczególną estymą. Owszem, kobiety, które urodziły co najmniej dziesięcioro dzieci, dostawały medal – wyprodukowały w końcu sporą liczbę obywateli, ale ich dalszym wychowaniem miały się zająć przede wszystkim różne państwowe instytucje, począwszy od żłobka, a skończywszy na szkole ze świetlicą.

Dopiero generał Jaruzelski po wprowadzeniu stanu wojennego ni stąd ni zowąd wspominał o matce Polce na spotkaniu Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego z kolektywem kobiet. Zapowiedział stworzenie Szpitala-Pomnika Matki Polki w hołdzie dla pokoleń polskich matek, które rodziły i wychowywały dzieci.

– Z jego punktu widzenia było to logiczne. Matka Polka to był taki sam patriotyczny ozdobnik jak wprowadzenie rogatywek dla wojska. Miały przykryć rzeczywistość stanu wojennego, wystylizować Jaruzelskiego na patriotę, który dba o dobro Polski i chroni ją przed anarchią – mówi prof. Świda-Ziemba.

Trudno o gorszego patrona do reaktywacji obrazu matki Polki, podobnie jak trudno wyobrazić sobie gorszy czas i miejsce na afirmację macierzyństwa. W proletariackiej Łodzi robotnice udręczone ciężką pracą w szkodliwych dla zdrowia warunkach rodziły wcześniaki, a śmiertelność niemowląt była najwyższa w całym kraju. Patetyczne hołdy dla matki Polki były odbierane jako fałsz komunistycznej propagandy, jeszcze jedna fasada kryjąca smutną rzeczywistość, kwiatek do kożucha czy raczej goździk wręczany kobietom za pokwitowaniem na Święto Kobiet.

„Oddam pomnik za dwie paczki pieluszek. Podpisano: Matka Polka" – to dowcip, który oddawał te nastroje.

Kajdany kontra wyścig szczurów

Czy ktoś chciałby wychowywać dziecko jak matka Polka? Nie? Nie widzę chętnych – takie pytanie zadawała zawsze prof. Alina Kowalczykowa z IBL na seminariach z literatury romantycznej.

Trudno się dziwić głuchej ciszy, jaka zapadała po tej kwestii. Napisany w przeddzień powstania listopadowego wiersz Adama Mickiewicza, tak bulwersujący, że długo niepublikowany, zawiera przesłanie, które można uznać za program wychowawczy ekstremalny. Zwracając się do tytułowej Matki Polki, poeta sugeruje, że musi przygotować syna do fatalnego losu, który stanie się jego udziałem. „Wcześnie mu ręce okręcaj łańcuchem, Do taczkowego każ zaprzęgać woza, By przed katowskim nie zblednął obuchem, ani się spłonił na widok powroza".

Właściwie jest to wizja kompletnie sprzeczna z samą biologiczną istotą macierzyństwa, która nakazuje ochronę potomstwa. I chyba nawet nie należy pytać, czy jakaś matka – potencjalna czy prawdziwa – chciałaby tak wychowywać syna. Bo fenomen prawdziwej matki Polki polegał na tym, że jej niezwykły heroizm był wymuszony przez historię.

O tej prawdziwej kanonicznej matce Polce już się dziś nie pamięta. – Mam świętą nadzieję, że matka Polka funkcjonuje już tylko w nielicznych konserwatywnych środowiskach, które chcą zapędzić kobietę do domu – mówi ku memu osłupieniu profesor literatury Instytutu Badań Literackich w pierwszej spontanicznej reakcji na pytanie o matkę Polkę.

Socjalizm i propagandowy zabieg generała Jaruzelskiego skutecznie przeorał społeczną pamięć Polaków, niszcząc heroiczną bohaterkę naszej historii.

Matka Polka wychowywała męczennika sprawy narodowej, nowoczesna mama w wersji polskiej, perfekcyjnie realizując naukowe zalecenia, ma przede wszystkim wychować dziecko, które poradzi sobie w społeczeństwie wolnorynkowym. Mają jednak pewną wspólną cechę – to one formują przyszłość dziecka. Mężczyzna, inaczej niż w wielu społeczeństwach zachodnich, może ją co najwyżej wspierać w jej wyborach, zasadnicze decyzje spoczywają w jej rękach.

Ulepszacze, oszczędzacze, wyróżniacze

Mąż piosenkarki Reni Jusis sporządził dziecku grzechotkę z kartonu i ciecierzycy. Piosenkarka, definiująca się jako zakręcona ekomama, na swym blogu raportuje o tym fankom i naśladowczyniom.

Nie da się ukryć, że wkład mężczyzn w nowoczesne wychowanie dziecka jest dość mizerny w porównaniu z zaangażowaniem matek. Model ekomamy, którego ikoną jest właśnie Reni Jusis, jest totalny i ma recepty na niemal każdą okoliczność związaną z życiem dziecka. Począwszy od prania ubranek za pomocą orzechów mydlanych, a skończywszy na zasadzie budzącej największe kontrowersje, czyli unikaniu szczepień.

A jednak są doktryny, które wymagają od wyznającej je nowoczesnej mamy znacznie większych wyrzeczeń.

Najbardziej interesująca pod tym względem wydaje się teoria NHN, czyli tak zwanej naturalnej higieny niemowlęcia.

Tak jak inne teorie związane z nowoczesnym macierzyństwem powstała na podstawie wniosków płynących z obserwacji szczęśliwych społeczeństw prymitywnych, a także doświadczenia ludzkości na wcześniejszych etapach cywilizacji.

Czy człowiek prehistoryczny dysponował pieluchami? To fundamentalne, by nie rzec egzystencjalne pytanie.

Odpowiedź jest oczywista. Pieluch nie było. Logiczną konsekwencja takiej przesłanki jest więc hipoteza, że bez pieluch można się całkowicie obyć, czyli, jak to się fachowo nazywa, „odpieluszkowić" dziecko.

Matka ma czujnie obserwować świadomą i nieświadomą mowę ciała niemowlęcia i na nią reagować, by nie dopuścić do „zanieczyszczenia gniazda". Podobno taką mowę ciała można obserwować już od pierwszego dnia życia noworodka.

Jak twierdzą wyznawczynie teorii NHN, tylko leniwe i niedbałe matki nie potrafią się skoncentrować na odczytaniu sygnałów wysyłanych przez ich dziecko, zaniedbując w ten sposób ich potrzeby.

Teoria NHN jest jedną z najnowszych mód, którym ulegają nowoczesne mamy. I oczywiście jeszcze niedawno panowała w kwestii pozbawienia dziecka pieluszek teoria dokładnie przeciwna. Matka, która skłaniała dziecko, by „odpieluszkowało się" powiedzmy w wieku dwóch lat, brutalnie ingerowała w jego psychikę. Była przedstawicielką wychowawczego ciemnogrodu rodem z PRL, anachronizmem z epoki, w której kobiety z konieczności oszczędzały pieluszki.

Gdyby spytać nowoczesną mamę, co najbardziej drażni ją w tradycyjnej koncepcji polskiej matki, z pewnością odpowiedziałaby, że jej martyrologiczny aspekt. To przecież dla nowoczesnych matek wymyślono ulepszacze życia, oszczędzacze czasu i wyróżniacze z szarego tłumu, jak określa się gadżety oferowane w internetowej sprzedaży na jednym z portali. A jednak życie nowoczesnej mamy, która chce sprostać wyznawanym teoriom, wyraźnie wymaga heroizmu dnia codziennego.

Tabu, czyli matka oferuje

Jeśli wgłębić się w teksty poświęcone nowoczesnemu macierzyństwu, to można zauważyć, że ich język nie jest kwestią przypadku. Matka „oferuje dziecku" wiele rzeczy, począwszy od czasu i uwagi. Dla swego dziecka w jak największym zakresie „jest dostępna".

Te dziwne leksykalne wygibasy mają zastąpić słowo, które w sposób oczywisty się nasuwa, bo przecież bardziej naturalne jest powiedzenie, że matka poświęca swemu dziecku czas i uwagę.

Słowo „poświęcenie" brzmi jednak tak fatalnie, że najwyraźniej nie może zostać użyte. Nie pasuje do hedonistycznej współczesności. Poświęcenie jest anachronizmem.

Nowoczesna mama nie może zostać skonfrontowana z oczywistością – poczułaby się fatalnie, gdyby dotarło do niej, że niekoniecznie tylko realizuje się poprzez macierzyństwo, ale coś dla niego oddaje. Poświęcenie oznacza utratę, lepiej powiedzieć więc, że w dziecko coś się inwestuje, bo sugeruje to, że matka postępuje jak rozsądny menedżer i z nawiązką powinna poczynione nakłady odzyskać.

A przecież ten językowy kamuflaż przesłania fakt, że sprostanie wymaganiom stawianym nowoczesnej matce jest często bardziej skomplikowane i żmudne, niż zapewnienie dzieciom tego, na czym kiedyś koncentrowała się matka zwana pogardliwie matką Polką. Jeśli tzw. matka Polka wystała w kolejkach produkty żywnościowe dla domu i ewentualnie zdobyła bombonierkę czy kawę dla nauczycielki, by ta pozwoliła poprawić dziecku stopnie, to mogła odetchnąć i spocząć na laurach. Wiedziała, że zrobiła dla swego potomstwa wszystko, co możliwe.

Tymczasem nowoczesna mama ma przecież zapewnić dziecku nie tylko biologiczne przetrwanie. Jej cele są znacznie trudniejsze do osiągnięcia, a może nawet niemożliwie.

– Coraz częściej młode matki dochodzą do wniosku, że projekt dziecko je przerasta. Dziewczyny zarówno z ekskluzywnych przedmieść, jak i blokowisk zgłębiają różne teorie i są przerażone. Macierzyństwo przestało w ich odczuciu być naturalne, instynktowne i spontaniczne – mówi psycholog Dorota Skurska. – Zaczynają się obawiać, że jeśli nie potrafią zrobić wszystkiego zgodnie z niekiedy dziwacznymi wskazówkami, to może w ogóle nie powinny mieć dziecka.