Co dzień, gdy włączam radio, dziecięcy głos uczy mnie, jak żyć. W radiowej reklamie samochodu pewien chłopiec z powagą eksperta doradza, jak wziąć najkorzystniejszy kredyt. Kompetentnie i rzeczowo wyjaśnia warunki oferty, a dla pogrążenia mnie w dorosłej nieporadności dorzuca jeszcze, że wszystko to przecież jest „dziecinnie proste!". Włączam telewizor, a tam synek uczy tatę, jak jeść ciastko z kremem. Okazuje się, że przełknięcie najzwyklejszej markizy jest niemożliwe bez fachowego doradztwa czterolatka. Dzieci coraz częściej stają się adwokatami konsumenckich pragnień. Jako bohaterowie i narratorzy reklam ciągną dorosłych za łokieć, wieszają się u rękawa lub przekonują z pomocą logicznych argumentów: „Kupmy to! Tu i teraz, bo się opłaca!". Nie proszą wcale o domki dla lalek i resoraki, tylko najprawdziwsze mieszkania i samochody.

To z pewnością efekt analizy jakichś kosztownych badań przeprowadzonych na reprezentatywnej grupie, w której jak zwykle się nie znalazłam. Z badań tych – zgaduję – niezbicie wynika, że dorośli klienci nad wyraz często ulegają namowom, błaganiom lub łzawym szantażom swoich synów, córek, siostrzeńców i wnucząt. Co więcej wierzą, że dzieci lepiej niż oni rozumieją współczesny świat. Wiedzą, czego warto chcieć i jak być na czasie. Handlowcy robią z dzieci pas transmisyjny dla swoich produktów. Mama i tata jedynie formalnie są właścicielami portfeli, w rzeczywistości ich finansami dysponują nieletni.

W świecie reklamy jedyną konkurencją dla autorytetu dzieci są animowane stworzenia produkowane przez grafików komputerowych. Zielonogłowy robal, biegnący struś oraz kosmiczne postaci zlepione z pomarańczowo-czerwonych bąbelków rywalizują jako przedstawiciele sieci telefonii komórkowych. Częstują mnie z ekranu nowomową, pełną technologicznych zaklęć, od których świat robi się szalenie skomplikowany i nieczytelny. Jako osoba dorosła i analogowa czuję się w tej pojęciowej galaktyce zagubiona. I zaczynam ufać, że tylko dzieci – tak przecież biegłe w sprawach wirtualnych – mogą bezpiecznie przeprowadzić mnie przez życie.

Strefa dorosłych coraz lepiej udaje tę dziecięcą: dostajemy do rąk nowe gadżety, zabawki imitujące rzeczywistość. Możemy, jako menedżerowie, dyrektorzy i starsi konsultanci, przesuwać paluszkiem po śliskim ekranie i – hokus-pokus! – wyczarować realne konsekwencje. Ekran, niczym baśniowa zasłona, skutecznie dzieli nas od faktów. Chowamy się za nim jak pod ciepłym kocykiem. Odpowiedzialność, ta wstrętna wiedźma, nie jest naszym zmartwieniem. Niech kto inny gdzieś indziej się z nią użera. A my bawmy się w najlepsze.

Niestety, gdy dorośli dezerterują i stają się dziećmi, maluchom pozostaje tylko wydorośleć. Na zamianie ról tracą najmniejsi. Bolesny paradoks leży w tym, że dzieci doskonale odczytują intencje dorosłych. Błyskawicznie adaptują się do okoliczności, a ich podstawowym odruchem obronnym jest wkładanie kostiumu dojrzałości i kompetencji. Robią poważne miny, bo ktoś musi.

Tymczasem dorośli głupieją z zachwytu nad tym, jak dzieci wszystko chwytają w lot, jak intuicyjnie obsługują urządzenia, jak bezwysiłkowo chłoną skomplikowane systemy, których oni uczyli się w bólach, a mimo wysiłku wciąż klikają w ekran życia z niepewnością. Dlatego tak chętnie wciskają klawisz escape. Ciekawe, że nie przeszkadza im to głośno protestować przeciwko posyłaniu sześciolatków do szkół. Bo przecież martwią się, nie bez racji, że niepotrzebna wiedza i stres zanadto ich dzieci obciążą.

Ja bardziej martwię się o chłopca z reklamy. O to, że do jego elementarza za wcześnie wpadły słowa: „rata" i „korzystne oprocentowanie". Zbyt szybko pożegnał się z misiem i zasiadł do klawiatury. Jego nogi jeszcze dyndają nad podłogą, a już wie, jak żyć na kredyt.