Był taki sowiecki historyk o historycznym nazwisku Aleksander Samsonow, który twierdził, że w 1942 roku Stalin celowo zwabił Niemców nad Wołgę, by tam ich „lepiej zniszczyć". Czy w ZSRR istniały granice bzdury, jeśli chodzi o Wielką Wojnę Ojczyźnianą?
Władimir Bieszanow:
Za tę głupotę Aleksander Samsonow otrzymał w latach 50. tytuł członka Akademii Nauk. W istocie nie mógł on napisać inaczej, skoro chciał być zgodny z myślą samego Stalina. Pozostawało, drobiazg, wyjaśnić, dlaczego Niemcy doszli do Stalingradu, a genialny Stalin główne siły utrzymywał na centralnym kierunku, pod Moskwą.
Czy podobne rewelacje obecne są jeszcze w dyskursie na temat II wojny światowej?
Głupstwa nie mają końca, gdyż z chwilą, gdy stare, stalinowskie absurdy odstawiono do lamusa, pojawiły się nowe teorie, brzmiące niekiedy iście sensacyjnie. Niedawno pewien rosyjski autor, daruję sobie jego nazwisko, doszedł do wniosku, że Armia Czerwona powinna się dogadać z Wehrmachtem, przejść przez Niemcy i wtargnąć razem do Wielkiej Brytanii.
Kiedyś historią zajmowali się niemal wyłącznie profesjonaliści. Dziś coraz częściej książki na tematy stricte historyczne piszą amatorzy...
A dlaczego? Bo nie doczekaliśmy się od historyków historii II wojny światowej i wojny niemiecko-sowieckiej. Nie ma takiego dzieła, choć jego opracowanie zlecali uczonym i Gorbaczow, i Jelcyn, i Putin. Wciąż pozostaje sześciotomowa historia z czasów Chruszczowa i nic poza nią. Naturalnie więc, z chwilą, gdy pojawiło się więcej wolności, zabrali się do tego ludzie, których historia po prostu interesuje. Stawiają sobie pytanie, jak to było naprawdę, i usiłują na nie odpowiedzieć, co nie jest proste, ponieważ wciąż niedostępnych jest wiele głównych archiwów, a historia pozostaje nauką ideologiczną.
Jak pan w tym kontekście postrzega siebie samego? Jako uczonego czy entuzjastę?
Zdecydowanie entuzjastę.
Autorzy pokroju Wiktora Suworowa czy Marka Sołonina mają nie tylko gorących zwolenników, ale i zaprzysięgłych wrogów. A pan?
Tak samo. Nie da się ukryć, że w młodości historii II wojny światowej nienawidziłem, bo była ona czymś bezbrzeżnie nudnym. Czytałem więc historię starożytną, pasjonowałem się bohaterami antycznymi, szerokim łukiem omijając książki o wojnie ojczyźnianej, popisy serwilizmu autorów, a często ich niewiedzy.
Ominęła pana lektura „Małej ziemi" Breżniewa?
A skąd! Byłem przecież oficerem i będąc w armii, musiałem ją przeczytać i jeszcze zrobić z niej konspekt. Ale mówimy o tym, jak jest dziś. Otóż tacy autorzy jak Sołonin czy Suworow, ja też, nie starają się pisać przyjemnej historii, ale próbują dokopać się tego, jak było naprawdę. Zaczynając pracę, nie wiem, do jakich wniosków dojdę. Oczywiście, każdy naród chce mieć historię dla siebie wygodną, władza zaś chce mieć historię wygodną dla ludu. Pewien zastępca gubernatora powiedział mi: „Piszesz prawdę, ale po co naród ma ją znać?". Inna rzecz, że ojciec tego człowieka zginął pod Stalingradem.
A jaka powinna być według pana historia?
Nie powinna pomijać aspektów moralnych. Bliskie mi jest też zdanie historyka Michaiła Kluczewskiego, że historia powinna ukazywać, jak dalece nam współczesnym udało się oddalić od czasów, które można nazwać dzikimi.
Wiktor Suworow napisał książkę „Ostatnia republika", której podtytuł brzmi po rosyjsku: „Pocziemu Sowietskij Sojuz proigrał wtoroju mirowoju wojnu". No, pocziemu?
Od czego by zacząć... Bez teorii marksizmu-leninizmu nie damy sobie rady. Otóż zgodnie z nią państwo komunistyczne nie może istnieć w otoczeniu kapitalistycznym. W związku z tym główne zadanie komunistów, teraz już cytuję Lwa Mechlisa, szefa Głównego Zarządu Politycznego, polegało na zniszczeniu otaczających państw kapitalistycznych. W przeciwnym razie, co do tego zgodni byli i Stalin, i Lenin, społeczeństwo socjalistyczne straci swą podmiotowość i samo, pod wpływem otoczenia, przerodzi się w społeczeństwo burżuazyjne. Po raz pierwszy wyciągnięto wnioski z tych założeń w 1920 roku nad Wisłą. Gdy Tuchaczewski podchodził pod Warszawę, w Moskwie już opracowywano plany sowietyzacji Czech i Włoch. Ale po przegranej nad Wisłą okazało się, że Kraj Rad jest w niełatwym położeniu, i trzeba było zezwolić na NEP, żeby naród sam się wyżywił, bo partia miała ważniejsze sprawy na głowie. Z tego wszystkiego Lenin bardzo się zmartwił i umarł, a Stalin od 1929 roku przygotowywać się zaczął do wojny światowej, którą uznał za nieuniknioną.
Jego ambicje obejmowały całą Europę z uwzględnieniem Półwyspu Skandynawskiego, Bosforu i Dardaneli. Dlatego Suworow napisał, że Stalin przegrał wojnę już w 1941 roku, bo miał świadomość, że nie osiągnie tych wszystkich celów, które założył, a poświęcił temu tak wiele lat swej pracy. Toteż martwił się, a z tego zmartwienia przymierzał się w latach 1949 – 1950 do III wojny światowej z użyciem bomby atomowej. Nie była mu ta wojna straszna, a poparcie miał nie tylko wśród swego sowieckiego otoczenia, ale i zewnątrz, choćby od Wielkiego Wodza Kim Ir Sena. W końcu jednak do III wojny nie doszło, Stalin umarł, a Związek Sowiecki zaczął się rozpadać. Brakowało prawdziwego przywódcy. Stalin był jednak najlepszym uczniem Lenina, a Chruszczow, cóż, tylko słabo wykształconym romantykiem komunistycznym. Stalin klepał go po łysinie i czule mówił do niego: „Mój maleńki Marks".
Władimir Putin stosunkowo niedawno powiedział o 27 milionach ofiar Związku Sowieckiego w II wojnie światowej. Dlaczego, skąd się wzięło tych siedem dodatkowych milionów?
Tego nie wiem i dziwię się, że to Putin wystąpił z taką informacją, a nie uczeni akademicy. Według mnie liczba 20 milionów ofiar, która przyjęta została za Chruszczowa, jest najbliższa prawdy. Jeśli zaś chodzi o Armię Czerwoną, to straciła ona w czasie wojny, co wynika z przybliżonych oczywiście wyliczeń, 14 – 15 milionów żołnierzy.
Na jakiej podstawie powstają takie wyliczenia?
W swoim czasie dokonano szczegółowych rachunków, ile w Armii Czerwonej zginęło członków partii, a ilu komsomolców, przy czym wyniki podawane były również w procentach. O ile pamiętam, ci „bardziej uświadomieni" stanowili około 40 procent składu armii. Reszta była już prostą matematyką. No, ale nie uważam się za statystyka.
Niemniej podaje pan bardzo ciekawe zestawienia strat, na przykład w lotnictwie. Okazuje się, że w 1944 roku Związek Sowiecki stracił 24 800 samolotów, ale sensacyjnie brzmi wiadomość, że w boju tylko 9700 z nich. Co z resztą? Wiedzieliśmy, że w 1941 roku wiele maszyn zostało zniszczonych na lotniskach, na pasach startowych czy w hangarach. Ale w roku 1944? Czyżby tak wysoka była ich awaryjność?
Zadziałało wiele czynników.
W 1944 roku za sterami samolotów bojowych siadali piloci bezpośrednio po kursach, na których uczyli się i trenowali tylko na szkolnych maszynach. W fabrykach samolotów na Syberii pracowników wziętych do wojska zastępowały wygłodzone kobiety i dzieci, którym narzucano mordercze plany. Publiczną tajemnicą stało się, że jakom-3 przy dużej szybkości odpadały skrzydła. Nie inaczej było w broni pancernej.
Czołgom, ściśle mówiąc pogromowi pancernemu w roku 1941, poświęcił pan oddzielną książkę. Ten pogrom łatwiej byłoby pojąć, gdybyśmy trzymali się popularnej niegdyś tezy o wyższości uzbrojenia niemieckiego nad sowieckim. Tymczasem teza ta wobec faktów się nie broni.
Czołgów mieliśmy więcej niż wszystkie armie świata razem wzięte. A taki T-78 absolutnie górował nad wszystkimi niemieckimi maszynami. Niemcy nie dysponowali też, na przykład, żadnym czołgiem porównywalnym z ciężkim, pięcio- wieżowym T-35. Ale jeśli wychodzi na jaw, że ponad 70 procent strat wynikało z niesprawności czołgów, to w istocie mieliśmy do czynienia z jednym wielkim złomowiskiem.
A jednak o początkowych klęskach Związku Sowieckiego nie sprzęt chyba decydował, a przynajmniej nie tylko on. Sołonin uważa, że zadecydował brak motywacji u żołnierzy połączony z brakiem umiejętności czysto wojskowych. Zgadza się pan z nim?
W 1941 roku z nowoczesną, ówcześnie najlepszą, co nie znaczy najlepiej uzbrojoną, armią na świecie starło się wojsko feudalne. Wyróżnikiem sowieckiego zbrojenia się, a było ono niezwykle intensywne, była nieprawdopodobna wręcz nieskuteczność. Dla porównania: Armia niemiecka już w 1930 roku miała wszystkie potrzebne jej systemy dopracowane w każdym elemencie. Pracowano nad tym od zakończenia I wojny światowej. Guderian zamawiał czołgi, przedstawiając warunki, jakie muszą spełniać, i takie czołgi otrzymywał. Ale konkretne osiągi trenowane były na wozach z napędem... rowerowym. Nikomu to nie przeszkadzało. W Związku Sowieckim zaś, gdy wyeliminowano dawnych, rewolucyjnych dowódców, wraz z nimi pozbyto się klasycznej artylerii. Zastąpić ją miały uniwersalne działa odrzutowe przydatne rzekomo wszędzie, w każdej broni. Trwało tak sześć lat, aż rozstrzelano Tuchaczewskiego i tych wszystkich, którzy mu służyli. I wtedy okazało się, że potrzebujemy jednak klasycznej artylerii, że nagle niezbędne są nam moździerze. Coś więc wypatrzono i skradziono z Włoch, coś z Niemiec. A nie było mowy o tym, żeby najpierw sprawdzić dobrze nowy rodzaj sprzętu, a dopiero potem wdrożyć go do produkcji. Jak Tuchaczewskiemu spodobała się jedna tankietka, to natychmiast zamówił ją w... trzech tysiącach egzemplarzy.
Złe dowodzenie, fatalna organizacja... Co jeszcze?
Zatrzymałbym się nad organizacją właśnie. Poszczególne dywizje działały w oderwaniu od jednostek pancernych, a atakujące czołgi nie miały osłony z powietrza. Co do dowodzenia zaś to angielski teoretyk wojskowości Fuller podkreślał, że było ono podstawową słabością Rosjan w II wojnie światowej, a największą siłą rezerwy.
Nie wyróżniłby pan żadnego z wyższych dowódców? Przecież nie wszyscy byli tępymi brutalami i niedoukami.
Myślę, że najbardziej utalentowany był Konstanty Rokossowski. Zebrał wokół siebie dobrych oficerów, niezłych żołnierzy, choć Niemcy mówili o nich „banda Rokossowskiego". Niemałą jego zasługę widziałbym w tym, że nie bił swych podwładnych, nie uprawiał mordobicia jak Żukow czy Koniew, Jeremienko i Kulik. W Armii Czerwonej obowiązywała hierarchia: marszałek bił generała, generał pułkownika, i tak do samego dołu. Wyjątki były nieliczne: Mieriedow, Gorbatow. Ten ostatni nie posługiwał się nawet grubym słowem, nie pił, nie grał w karty, nikt nie słyszał o jego wojennych romansach, za to na froncie była też jego żona. Wszystko to razem było jak na Związek Sowiecki niewiarygodne.
W wydanych w Polsce „Dziesięciu uderzeniach Stalina" w tych miejscach, które pozostają w największej sprzeczności z ustaleniami historyków polskich, tłumacz Witold Stefanowicz dał odpowiednie przypisy. Jedno zdanie umknęło chyba jednak jego uwagi, a domaga się komentarza. Otóż pisząc o walkach na Ukrainie, powiada pan: „W latach 1941 – 1944 UPA walczyła z Niemcami, oddziałami polskiej Armii Krajowej oraz partyzantami radzieckimi". Owszem, utrzymują tak apologeci Bandery, ale naprawdę UPA w hitlerowcach widziała sojuszników niemal do końca.
Rzeczywiście, brzmi to zdanie nazbyt ogólnie, choć w działaniach partyzanckich trudno o kategoryczne sądy, bo z kim, dajmy na to, walczył Kowpak? Ale są to sprawy pasjonujące i czekają na wyjaśnienie. Jedna z przygotowywanych obecnie przeze mnie prac dotyczy właśnie partyzantki sowieckiej, polskiej, białoruskiej i ukraińskiej działającej na obszarze zachodniej Białorusi, zachodniej Ukrainy i wschodniej Polski. Z dawnych podręczników i książek historycznych dowiedzieć się można było jedynie o współdziałaniu tych formacji we wspólnej walce z faszyzmem. A cóż to było za współdziałanie, skoro partyzanci sowieccy jednego dnia walczyli ramię w ramię z Polakami z Armii Krajowej, a nazajutrz ich rozbrajali?
Władimir Bieszanow (ur. 1962) jest byłym oficerem sowieckiej marynarki wojennej. Po rozpadzie ZSRR wystąpił z wojska. Podejmował różne prace, był m.in. kierownikiem tartaku, spedytorem, szefem klubu, redaktorem w wydawnictwie. Od 1996 r. wykłada dzieje wojskowości na Uniwersytecie Pedagogicznym w rodzinnym Brześciu. Jest autorem kilkunastu bardzo popularnych książek, m.in. wydanych też w Polsce przez Bellonę „Pogromu pancernego 1941" i „Roku 1944. Dziesięciu uderzeń Stalina".