Mam swoją ulubioną anegdotę. Opowiadałam ją wielokrotnie, parę razy wplatałam ją do swoich tekstów. Może nie powinnam się powtarzać, ale nic nie mogę poradzić, że wciąż idealnie nadaje się do zobrazowania zjawisk, których jesteśmy świadkiem. Otóż kiedyś wybrałam się na spotkanie autorskie dotyczące pewnej książki. Żadna tam „wielka” literatura, nawet nie poważna książka naukowa. Ot, beletrystyka popularnonaukowa, ale bardzo przyjemna do czytania, zachęcająca do własnych poszukiwań, aby zgłębić temat (a takie tytuły lubię najbardziej).