Polacy zapewne nie zauważyli, że wkraczają w swój własny fin de siecle. Fala uciekinierów i zwykłych imigrantów zwiastuje koniec wyjątkowego w skali Europy błogostanu wynikającego z jednorodności społeczeństwa. Przed nami – przystąpienie do wspólnoty państw rozdzieranych konfliktami. Ta jednorodność – etniczna i kulturowa – jest kaprysem historii, na który składają się wojna, powojenna korekta granic, przesiedlenia milionów ludzi i zamknięcie Polski w bloku socjalistycznym. Bieda uczyniła nasz kraj miejscem administracyjnie niedostępnym i ekonomicznie nieatrakcyjnym dla imigrantów. Uniknęliśmy redystrybucji kosztów cudzego kolonializmu oraz błędów niemieckiej i francuskiej polityki socjalnej. Przy okazji dostaliśmy darmową lekcję oceny skutków regulacji: polityka taniej siły roboczej przyniosła horrendalne koszty i konflikty społeczne, które Polsce były oszczędzone.
Przed problemami uchronił nas też spóźniony kontakt z wypaczoną wizją praw człowieka, która uczyniła narody Europy bezbronnymi wobec kataklizmów etnicznych, a z którymi państwa takie jak Chiny, Japonia czy Australia świetnie sobie radzą, gdyż nie uważają podejścia europejskiego za uniwersalnie słuszne.
Otwartość selektywna
Niektórych dziwi, że mamy w Polsce antyimigracyjne i antymuzułmańskie sentymenty przy śladowej liczbie wyznawców islamu. Twierdzą, że nie mamy prawa wybierać sobie z fali uciekinierów tych, których uważamy za najbardziej podobnych kulturowo do siebie. Wyjaśnienie naszej podejrzliwości jest proste: przysłowie „mądry Polak po szkodzie" straciło aktualność. Uczymy się na cudzych błędach z codziennych wiadomości.
Tak jak dekoratorzy wnętrz pokazują stan przed i po renowacji, tak i my, dzięki doświadczeniom Zachodu, możemy porównać społeczeństwo przed i po rewolucji etnicznej. Przed mamy społeczeństwo jednorodne kulturowo, w którym wypadki drogowe czy potyczki policji z przestępcami nie stają się okazją do rozruchów rasowych – jak na przedmieściach Paryża. Nie mamy patroli religijnych zabraniających spożywania alkoholu i wieprzowiny ani napaści na gejowskie kluby.
Jak jest po, wiemy z mediów. Lista negatywnych zjawisk nie ma końca. Amerykański KFC wycofał chusteczki higieniczne nasączone alkoholem, gdyż użycie alkoholu, nawet w celach sanitarnych, obraża Proroka. W duńskim miasteczku Kokkendal muzułmanie po zdobyciu władzy zabrali się do demontażu kultury chrześcijańskiej przy dziwnym braku dezaprobaty ze strony „zawodowych" obrońców praw człowieka. W dużych miastach powstały dzielnice, do których nie śmie się zapuścić ani patrol policji, ani ambulans, gdyż zdaniem mieszkańców są to terytoria wyjęte spod władzy państwa goszczącego. Cóż to za państwo, którego suwerenność jest dziurawa jak ser szwajcarski? Cóż to za prawa człowieka, które działają tylko w niektórych dzielnicach miasta?
Szwedzkim żołnierzom zalecono nieprzebywanie na ulicach w mundurach w święto niepodległości, gdyż mogłoby to urazić uczucia imigrantów mających tego dnia palić flagę państwa, które ich przygarnęło. Nie zawsze uciekinierzy zdążą dobić do brzegu, nim pokażą prawdziwe oblicze. W kwietniu władze Sycylii aresztowały 15 uchodźców z Libii za wyrzucenie za burtę 12 chrześcijan. Właśnie dlatego, że znaczna część imigrantów nie wyznaje tych samych wartości co my, nasza otwartość powinna być selektywna. Inaczej możemy sprowadzić ludzi praktykujących kamieniowanie kobiet za to, że zostały zgwałcone, wieszanie gejów za to, kim są, ludzi, którzy brzydzą się zachodnią demokracją parlamentarną, czemu dają wyraz w demonstracjach na ulicach europejskich miast.
Nie jest zatem ksenofobicznym pytanie, czy chcemy tego w Polsce. To raczej wołanie o ratunek dla kultury opartej na szacunku dla człowieka.
Wśród zwolenników całkowitego otwarcia granic można wyróżnić trzy grupy. W pierwszej znajdują się ludzie z natury szlachetni, jednak ślepi na długofalowe skutki imigracji. Czeka ich rozczarowanie, ponieważ ci, których chcą tu sprowadzić, nie podzielają ich wartości.
W grupie drugiej są ludzie niechętni Kościołowi i religii, upatrujący przeciwwagi w niechrześcijańskiej imigracji. Czeka ich rozczarowanie, gdyż fundamentaliści islamscy nie planują uczynienia z Europy miejsca religijnie neutralnego. Fundamentalizm islamski nieuchronnie zrodzi fundamentalizm chrześcijański.
W trzeciej grupie są ci, co naiwnie wierzą w zmierzch państwa narodowego. Ich też czeka rozczarowanie, ponieważ konflikty kulturowe i religijne wzmacniają świadomość narodową i już uczyniły z Europy Zachodniej beczkę prochu. Zamiast znikać, poczucie tożsamości narodowej i etnicznej wszędzie się wzmacnia.
Powołując się na Kantowski imperatyw gościnności, zwolennicy pełnego otwarcia granic zapominają, że imigracja jest zjawiskiem zmiennym historycznie. Samo użycie słowa „imigracja" bez kwalifikatora „dzisiejsza" zawiera w sobie kłamstwo, że jest ona tym, czym była kiedyś. Niegdysiejsi imigranci z Prus, Francji, Holandii i Szkocji hołdowali tym samym zasadom moralnym. Różnice między protestantami a katolikami były niczym w porównaniu z przepaścią, jaka dziś dzieli różne grupy etniczne.
Kiedyś imigranci przybywali bez roszczeń. Moim frankońskim przodkom nikt nie płacił za naukę języka. Różnice językowe znikały w pierwszym pokoleniu bez specjalnych kursów fundowanych przez podatników. Immanuel Kant pisał o obowiązku gościnności z perspektywy XVIII-wiecznych Prus, w których francuscy hugenoci otrzymali prawo pobytu i wyznawania wiary, lecz musieli bezwarunkowo podporządkować się lokalnym prawom. Użycie słowa „gościnność" dowodzi, że Kant prócz gości dostrzegał też gospodarzy. Imigranci nie przybywali do ziemi niczyjej. Gościnność nie oznaczała, że gość ma prawo zawładnąć majątkiem gospodarza i narzucić mu swój światopogląd, jak to widzimy w sąsiednich Niemczech.
Zalew uchodźców jest papierkiem lakmusowym europejskiego przywództwa. Histeryczny apel przewodniczącego Komisji Europejskiej Jeana-Claude'a Junckera to niepokojąca oznaka impotencji organizacyjnej. Jego zdaniem, jeśli nie ustalimy kwot przyjęcia uchodźców, imigranci „dostaną się do nas oknem". Brak odwagi widać w wypowiedzi premiera Włoch Matteo Renziego przeciwko blokadzie morskiej, która miałaby rzekomo spowodować obowiązek zabierania na pokład uciekinierów i w ten sposób stać się „usługą taksówkową" dla przemytników ludzi. Tymczasem w demokratycznej Australii tych, co wchodzą oknem, wyprowadza się drzwiami i wywozi tam, skąd przyjechali, lub do krajów trzecich, a łodzie pośredników są niszczone. Polityczny bezwład Europy to woda na młyn i swoista nagroda dla handlarzy ludźmi, przemytników oraz skorumpowanych przywódców Czarnego Lądu, nie mówiąc o terrorystach. Dziwi też, że w tej dyskusji nikt nie zadaje pytania, dlaczego to Europa ma przyjmować uciekinierów, a nie świat arabski, zwłaszcza bogata Arabia Saudyjska.
Imigracja dozowana
Przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk przekonuje, że udzielenie pomocy uciekinierom z Afryki jest kwestią godności człowieka. Ma rację, lecz Polacy też mają swoją godność, której urągają obraźliwe wypowiedzi o przeciwnikach imigracji oraz wizja nieuchronnych konfliktów społecznych. Politycy i nieponoszący za nic odpowiedzialności intelektualiści mają zwyczaj tworzenia abstrakcyjnych wizji bez zastanawiania się nad ich skutkami. Przez pokolenia trzeba będzie stąpać na palcach wokół odrębności, które nie ograniczają się do zwyczajów kulinarnych, lecz dotyczą podstawowych wartości: dopuszczalności obrzezania kobiet, statusu kobiety wobec mężczyzny, wielożeństwa oraz praw mniejszości.
Imigrantom należy się szacunek, a uciekinierom jakaś forma pomocy. Niewątpliwie trzeba przyjąć pewną ich liczbę, lecz selektywnie i z uwzględnieniem ich podatności na adaptację do kultury gospodarzy. Mistyfikacją jest twierdzenie, że chodzi tylko o 2,5 tysiąca osób. Tysiące nielegalnych imigrantów już tu są, a kolejne tysiące przybędą choćby w ramach łączenia rodzin. Pomoc musi mieć treść i formę uwzględniające przetrwanie godności ludzkiej po tej stronie granicy, ponieważ wbrew temu, co myślą prawnicy, nosicielami wartości są nie przepisy, lecz żywi ludzie. Ludzie wychowani w korupcji nie przyniosą ze sobą szacunku dla prawa. Imigracja dozowana i selektywna pozwala przybyszom bezkonfliktowo wtopić się w zastaną kulturę. Jeśli jednak Polska pójdzie drogą Niemiec i Francji, przetrwanie dotychczasowych wartości nie jest gwarantowane, a dziwaczna jednorodność kulturowa Polski odejdzie do lamusa historii. Korzystajmy zatem z pokoju społecznego, póki jeszcze trwa.
Autor jest profesorem nadzwyczajnym w Akademii Leona Koźmińskiego