Podobno muszę wybrać między politycznie poprawnym pięknoduchostwem a naturalnym odruchem samoobronnym. Jeżeli tak by się sprawa miała, to dużo bliżej mi do odruchów właściwych naturze niż dyktowanych ideologią impulsów nakazujących sygnalizować cnotę otwartości. Jednak z całą tą dyskusją, plebiscytem, jaki toczy się wśród katolików odnośnie do wielkiej wędrówki ludów, tego, czy na powitanie kolejnych fal migrantów budować tamy czy raczej – jak choćby w Niemczech w 2015 roku – wytyczać dla nich szersze koryta. Sceptykom polityki otwartych serc rzuciła wówczas Angela Merkel – było nie było, córka protestanckiego pastora – „a idźcie wy do kościoła”. I tamta reakcja miała w sobie coś z religijnej żarliwości. Wielkiego odkupienia narodowych win, historycznej ekspiacji, odpuszczenia win z czasów II wojny poprzez zanurzenie się wspólnoty w fali migrantów.