Przez dziesiątki lat z namaszczeniem podchodziłam do picia herbaty. Zwracałam uwagę na to, skąd pochodzi woda i czy ma właściwą temperaturę. Dawałam czasami mniej, czasami więcej liści. Eksperymentowałam z czasem parzenia, z używanymi utensyliami, szukałam najlepszego sposobu na odcedzenie wilgotnej grudki, gdy minutnik zaczyna brzęczeć. Ten ceremoniał był istotną częścią finalnej przyjemności. Uznałam, że jako herbaciara powinnam ćwiczyć jego kolejne kroki i zawsze starać się robić wszystko lepiej niż dzień wcześniej. Herbata zasługiwała na to, bym nie ustawała w dążeniu do perfekcji.