Ten zwyczaj językowy robi karierę gdzieś od ćwierć wieku, ale jego najwdzięczniejszy przykład zauważyłem ostatniej jesieni. Nagłówek w pewnej gazecie głosił, że premier, wiedząc o groźbie powodzi, nie ostrzegł zawczasu „Polaków”. W myśl definicji przyjętej przy spisie ludności, a także według współczesnych słowników, Polacy to ludzie polskiej narodowości bądź pochodzenia. Tymczasem choćby w województwie opolskim, szczególnie wtedy zagrożonym, 78 tysięcy mieszkańców deklaruje narodowość niemiecką. To już Niemców niechby sobie zalało? Tak można było zrozumieć ten nagłówek, gdyby tylko pomyśleć precyzyjnie.
Sęk w tym, że politycy nie chcą myśleć precyzyjnie, tylko przemawiać skutecznie. A jedno się z drugim wyklucza. W powodzi wciąż tych samych frazesów toną alternatywne pojęcia, samodzielne przemyślenia, subtelne rozumowania. Tak dzieje się też, kiedy hasło „Polki i Polacy”, czasem skracane do wersji męskiej, pogrąża swoje synonimy.
Czytaj więcej
Film Jessego Eisenberga „Prawdziwy ból” osiąga mistrzostwo wyższego rzędu: najsilniej oddziałuje dopiero po swoim zakończeniu.
Jak wyraz „Polacy” zaczęły eksploatować kampanie wyborcze
Jeszcze na przełomie stuleci napisano by raczej, że należało ostrzec „społeczeństwo”. I pamiętam, jak w latach 2000. wyraz „Polacy” zaczęły eksploatować kampanie wyborcze. Są one licytacją na wielkie słowa, a na te nikt nie odda monopolu konkurentom. Trzeba mówić patetycznie i patriotycznie – więc kandydat na prezydenta z reguły powie, że w kampanii spotyka się z „Polakami”.
I nie tylko w kampaniach politycy i dziennikarze od prawa do lewa udają, że między Odrą a Bugiem żyją wyłącznie Lechici. Nie chcą pamiętać, że w spisach ludności figuruje 13 możliwych narodowości plus „inne”. Wolą nie myśleć, jak poczują się na przykład Romka i Żyd, Łemkini albo Tatar, kiedy po raz enty cudzy język rozstrzygnie za nich, kim są. Nadużywanie słowa „Polacy” dzień po dniu, dekadę po dekadzie zawęża naszą wspólnotę. Sprzyja zamykaniu się na ludzi innych nacji, żyjących obok od lat albo stuleci. A to tylko jedna ze szkód, jakie ten zwyczaj wyrządza.
I nie tylko w kampaniach politycy i dziennikarze od prawa do lewa udają, że między Odrą a Bugiem żyją wyłącznie Lechici. Nie chcą pamiętać, że w spisach ludności figuruje 13 możliwych narodowości plus „inne”.
Szkoda druga: zaciera on role społeczne – a im więcej ról, tym we wspólnocie więcej powiązań i zobowiązań. Owszem, wyrazem „obywatel” niemiło posługiwała się władza komunistyczna. Ale przecież opozycja demokratyczna i wolna Polska przywróciły godność temu słowu. Sprzyja ono poczuciu więzi z państwem. W ostatnich wiekach okazja do jej zadzierzgnięcia trafiała się rzadko, więc warto próbować. Zwłaszcza wobec dzisiejszych zagrożeń – ale gdzieżby tam. W omówieniach ankiet przedwyborczych nie czytam, że obywatele czy wyborcy zagłosują na iksa. Zrobią to „Polacy”. Tak samo nie żadni tam „podatnicy” zyskają według rządowego portalu na stawkach PIT. A – bądź co bądź – nie tylko etniczni współrodacy wrzucają kartki do urn i płacą fiskusowi.
Czytaj więcej
Gdyby tak wszystkim dodać otuchy. Na Boże Narodzenie i Nowy Rok złożyć krzepiące życzenia. Tym razem to szczególnie potrzebne. Ale i szczególnie tr...
Czytaj więcej
Czy nabycie samochodu może być tak proste, jak zamówienie sprzętu online? O tym, jak wygląda transformacja tego sektora oraz jak należy odpowiedzie...
Nazwa „obywatele” jest i będzie potrzebna, bo nie dzieli. Klepanie o „Polakach” dzieli także skrycie
Owszem, według konstytucji naród polski to wszyscy obywatele Rzeczypospolitej. Tym lepiej jednak dla słowa „obywatele”. Nie straci ono nawet na tym, że w obecnej kampanii pewien kandydat mieni się „obywatelskim”, choć naprawdę mianował go tylko jeden zwykły obywatel. Nazwa „obywatele” jest i będzie potrzebna, bo nie dzieli. A klepanie o „Polakach” dzieli także skrycie – w trzeci jeszcze, najgroźniejszy sposób.
Wciąż słyszymy na przykład albo czytamy, że „Polacy” nie dadzą się nabrać na to czy owo. Że wiedzą, na kogo głosować – i temu podobne. Przeróżne wersje takich liczmanów słyszymy świątek – piątek. Politycy chętnie zaklinają się niby na wszystkich współobywateli – ale naprawdę tylko na tych, którzy są po ich politycznej stronie. Reszta to raz zbiorowisko bez nazwy, kiedy indziej gorszy sort, jakieś tam środowiska albo – o zgrozo! – elity. Innymi słowy, to przeciwieństwo „zwykłych Polaków”. A tylko dobrobyt i bezpieczeństwo tych zwykłych powinny (jak usłyszałem podczas obecnej kampanii) leżeć na sercu przyszłemu prezydentowi. Kto głosi taką troskę, ten sam rozstrzyga, kto do nich należy. Więc nie dajmy się nabrać, obywatele. Nikomu.