Reklama

„Mickey 17”: Kolonizowana planeta jak łagier o zaostrzonym rygorze

Bong Joon-ho nie mógł się zdecydować, w jakiej konwencji utrzymać film „Mickey 17”. W efekcie jest za długi, wyszedłem z niego znużony i trochę obojętny. Jednak nie sposób go zignorować, bo zbyt przypomina nasz świat.
Google Ustaw „Rzeczpospolitą” jako swoje ulubione źródło informacji w Google
„Mickey 17”: Kolonizowana planeta jak łagier o zaostrzonym rygorze

Robert Pattinson jako tytułowy Mickey. W pierwszej scenie filmu jest klonowany (drukowany) po raz siedemnasty

Foto: mat.pras. Warner Bros Entertainment

Reklama
Reklama
Reklama

Zarówno powieść Edwarda Ashtona, jak i film koreańskiego reżysera Bonga Joon-ho opowiadają o wyprawie kolonizacyjnej na planetę Nilfheim. W powieści mówi się wyraźnie, że start następuje z planety Midgard krążącej wokół czerwonego olbrzyma, na której ludzkość założyła kolonię trzeciej generacji. W filmie mamy sugestie, że start nastąpił z Ziemi, ale po czterech i pół roku podróży nie sposób dolecieć do jakiejkolwiek pojedynczej gwiazdy, bo oprócz gwiazd Centaura wszystkie są położone dalej. Różnica w numeracji Mickeyów w tytule filmu i powieści („Mickey 7”) wynika bodaj stąd, że reżyser (zarazem autor scenariusza) uznał, że siedmiokrotne umieranie bohatera to za mało, by poruszyć widzów. Kazał mu więc umierać 17-krotnie.

Pozostało jeszcze 81% artykułu

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama