Jakub Ekier: Zabójcy z ust do ust

Intencje sobie, a język sobie. Można szczerze potępiać niepraworządność, autorytaryzm i ludobójstwa, a jednocześnie powtarzać słowa kryjące zarodki takiego zła. Kiedy tworzą one żargon polityczny, łatwiej mogą jeszcze budzić nieufność. Ale kiedy indziej brzmią niewinnie.

Publikacja: 14.06.2024 17:00

Jakub Ekier: Zabójcy z ust do ust

Foto: PAP/Paweł Supernak

Nowy powód do takich rozmyślań miewam od październikowych wyborów. Otóż co jakiś czas napotykam artykuły o „porządkach” w jakiejś instytucji kultury, „sprzątaniu” w którymś ministerstwie, „czyszczeniu” w prokuraturze. A nie chodzi tutaj o archiwizację dokumentów w kartonach wykrojnikowych, zamgławianie pomieszczeń czy pranie wykładzin. Chodzi o to, że obecna władza, podobnie jak poprzednia, wyrzuca zatrudnione tam osoby.

Te sprzątaniowe metafory coś przeinaczają. Zwalniają z odpowiedzialności za decyzje personalne. Każda przecież dotyczy kogoś innego, każda z osobna jest słuszna albo nie. Tymczasem wyobrażenie porządków podszeptuje, że wszystkie można podjąć zbiorczo i rutynowo. Ba, że się wręcz powinno: kto widział nie sprzątać regularnie? Oto fałsz, nieświadomy pewnie, ale niepiękny. A słowo „czyszczenie” każe jeszcze pilniej bić na alarm. Zamienia wymawianie pracy w usuwanie jednorodnej, zbytecznej substancji. Mówi o ludziach jak o brudzie.

Czytaj więcej

Jakub Ekier: Stulecie pana Siłaczka

Innymi słowy, przedstawia ich jako zbędnych i odczłowiecza. A przecież groźbę tego mogła nam uprzytomnić szarża na mniejszości seksualne. Pięć lat temu nazwanie tych osób „zarazą” przez wiadomego arcybiskupa wskrzesiło ulubioną przenośnię nazistów. Z kolei naklejki obwieszczające „Strefę wolną od LGBT” przypominały wyrażenie głoszące w III Rzeszy, że dane miejsce było „wolne” od Żydów. Albo – jak oznajmiał niemiecki synonim – z Żydów „oczyszczone” bądź „uprzątnięte”. Już to mogłoby dzisiaj dawać do myślenia. A z tamtymi słowami szło w parze pojęcie „odżydzania”. Groźnie swojsko zabrzmi przetłumaczone inaczej: jako „dejudeizacja”.

A słowo „czyszczenie” każe jeszcze pilniej bić na alarm. Zamienia wymawianie pracy w usuwanie jednorodnej, zbytecznej substancji. Mówi o ludziach jak o brudzie.

Zagładzie, którą te słowa szykowały, ledwo uszedł drezdeński filolog Victor Klemperer. Rok po wojnie w słynnej książce „LTI” opisał on język nazistów. Oburzył się też nazwą powojennego rozrachunku z nimi. Brzmiała: „denazyfikacja”. Gwałt się gwałtem odciskał. Zmarły w 1960 roku Klemperer miał nadzieję, że ten wyraz przejdzie do historii z samą akcją.

Ale takie zarodki zła, odkąd zaistnieją raz w języku, nie chcą zginąć. Choćby w demokratycznej Polsce zrodziły „dekomunizację” i „deubekizację”. Z kolei Rosja swój atak na Ukrainę, prowadzony nieraz nazistowskimi metodami, wszczęła pod szyldem… „denazyfikacji”. Po czym u nas, odpłacając pięknym za nadobne, rzucono hasło „deputinizacji”. Równoległe zaś „czyszczenie” instytucji zwano nieraz, a jakże, „depisyzacją”.

Nie żebym jednak porównywał mówiących tak rodaków z Hitlerem albo Putinem. Ani myślę twierdzić, by mieli zamiary jak tamci. Język sobie, a intencje sobie. Ale właśnie to nie daje mi spokoju. To, że bezrefleksyjnie powtarzane słowa żyją własnym życiem z pokolenia na pokolenie. I że niektóre komuś niosą śmierć. Co prawda tylko z rzadka. Tym się możemy pocieszać.

Nowy powód do takich rozmyślań miewam od październikowych wyborów. Otóż co jakiś czas napotykam artykuły o „porządkach” w jakiejś instytucji kultury, „sprzątaniu” w którymś ministerstwie, „czyszczeniu” w prokuraturze. A nie chodzi tutaj o archiwizację dokumentów w kartonach wykrojnikowych, zamgławianie pomieszczeń czy pranie wykładzin. Chodzi o to, że obecna władza, podobnie jak poprzednia, wyrzuca zatrudnione tam osoby.

Te sprzątaniowe metafory coś przeinaczają. Zwalniają z odpowiedzialności za decyzje personalne. Każda przecież dotyczy kogoś innego, każda z osobna jest słuszna albo nie. Tymczasem wyobrażenie porządków podszeptuje, że wszystkie można podjąć zbiorczo i rutynowo. Ba, że się wręcz powinno: kto widział nie sprzątać regularnie? Oto fałsz, nieświadomy pewnie, ale niepiękny. A słowo „czyszczenie” każe jeszcze pilniej bić na alarm. Zamienia wymawianie pracy w usuwanie jednorodnej, zbytecznej substancji. Mówi o ludziach jak o brudzie.

Plus Minus
(Nie)chciany prezydent
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Plus Minus
Ksawery Szlenkier: Tęsknię za beatem 4/4
Plus Minus
Jan Maciejewski: Stało się
Plus Minus
Jan Bończa-Szabłowski: Badał kapitalizm metodą obserwacji uczestniczącej
Plus Minus
Wolność motyla