Moje dzieło pośmiertne: trumna która gada

Wiersz który jest upiorem i na trumnie siada

To ja: trup który idzie i rosną mu włosy

Bo są trumny co łakną krzyczą w niebogłosy

Bo nikt się nie spodziewa a wiersz się spodziewa

I w ciało co umarło jeszcze się odziewa

Więc nosi moje ciało choć zeń ciało spada

Moje dzieło pośmiertne: wiersz – trup który gada

Nie było w polskiej kulturze człowieka bardziej owładniętego tematem umierania niż zmarły w sobotę 5 lutego Jarosław Marek Rymkiewicz. W zasadzie o całej swojej twórczości mógłby on powiedzieć tytułem wiersza, którego fragmenty zacytowałem powyżej: „Moje dzieło pośmiertne". Nikt inny nie zaścielał swojej twórczości taką masą trupów jak on. Pisał o śmierci tak przekonująco, był z nią tak bardzo zżyty, że trudno było uwierzyć, iż już od kilkudziesięciu lat nie miał z nią bardziej osobistych relacji. Rymkiewicza w umieraniu najbardziej fascynowała dosłowna, namacalna część zagadnienia – zwłoki, gnicie, trumny i podziemne robactwo. „Żyć po co Tego nie wie nawet Platon Święty / Ogryzą cię robaki bo masz Gołe Pięty". Fascynacji rozkładem i fermentacją nie ograniczał zresztą tylko do ludzkich ciał. Jak sam kiedyś stwierdził, był pierwszym poetą, który wprowadził do swoich wierszy temat szamba. Aura tego miejsca rzeczywiście unosi się nad ogromną częścią jego poezji.

Autopromocja
Specjalna oferta letnia

Pełen dostęp do treści "Rzeczpospolitej" za 5,90 zł/miesiąc

KUP TERAZ

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Wielki koncert na niebie

Dla większości Polaków Rymkiewicz to jednak przede wszystkim poeta polityczny. Nie tyle za sprawą swoich wierszy, co kilku udzielonych wywiadów. A w zasadzie paru padających w nich bon motów. O tym, że wszystko, co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski. Że ta ostatnia była do 2005 roku ospałym, powolnym żubrem, którego prezes Prawa i Sprawiedliwości ugryzł w tyłek i odtąd żubr-Polska zerwał się do biegu i gna przez puszczę historii. Najgłośniejsze były chyba jednak słowa o redaktorach „Gazety Wyborczej" jako „duchowych spadkobiercach Komunistycznej Partii Polski", którzy „pragną, żeby Polacy przestali być wreszcie Polakami". Spółka Agora pozwała poetę za te słowa do sądu, Rymkiewicz proces przegrał.

Niecałą dekadę przed rozprawą, w 2003 roku, Rymkiewicz otrzymał za tom wierszy „Zachód słońca w Milanówku" nagrodę Nike, powołaną do życia przez środowisko „Gazety Wyborczej". Z kolei sam Michnik pojawia się na kartach powieści poety „Rozmowy polskie latem 1983 roku" jako postać jednoznacznie pozytywna, sympatyczny i bohaterski „Adaś".

Po oddaleniu apelacji Rymkiewicza, zwracając się do zgromadzonych pod salą rozpraw swoich zwolenników, stwierdził on, że tym procesem Adam Michnik popełnił publiczne samobójstwo. „Proszę, byście traktowali go jako trupa" – dodał.

Nie tylko trupi motyw spaja te dwa oblicza – subtelnego, choć przy okazji makabrycznego poety i radykalnego uczestnika politycznego sporu. Bo Rymkiewicz był przede wszystkim wizjonerem, historiozofem. A jego wizja była wszechobejmująca, wznosiła się – dosłownie – spod ziemi, strefy gnicia i rozkładu. Sięgała metafizycznych wyżyn, wiecznego i świętego kręgu polskości. Gdzieś po drodze rzeczywiście zaczepiając o Kaczyńskiego i Michnika, ale chyba tylko dlatego, że stali oni jej na drodze.

Rymkiewicz był po prostu opanowany obsesją konkretu, szczegółu. Zarówno w swoich trupiopośmiertnych wizjach, jak i w przepięknych esejach literackich poświęconych polskim poetom: Słowackiemu, Leśmianowi i przede wszystkim Mickiewiczowi. Na temat tego ostatniego Rymkiewicz stworzył wielotomowy cykl „Jak bajeczne żurawie", gdzie przygląda się zarówno kochankom, jak i zębom wieszcza. Liczy, jak wiele zużywał on rocznie świec i ile sosen stało na gościńcu jednego z dworów, który odwiedzał w młodości. To nie było – jak głosi tytuł jednego z tomów tego cyklu – „Kilka szczegółów". Były ich tysiące.

Rymkiewicz był poetą konkretów. Tak się złożyło, że jednym z ważniejszych szczegółów polskiej rzeczywistości są obecnie postaci Kaczyńskiego i Michnika. Ale pełnią oni w jego wizji rolę porównywalną z próchnicą Mickiewicza, są ulotni jak kolejne miłostki wieszcza. Bez tych dwóch historia, jaką miał do opowiedzenia Rymkiewicz, byłaby niepełna. Ale to bynajmniej nie o nich chodzi w tej opowieści. Zatem o co?

Dziecko rewolucji

Nie można zrozumieć wyobraźni Rymkiewicza bez najgłębszej rany, jaka została jej zadana. A jest nią fakt, że okres dojrzewania poety przypadł na okres stalinizmu. „Byłem całkowicie zindoktrynowany. Myślałem, co mi kazano. Rosja sowiecka jawiła mi się jako idealny model przyszłości. I jako projekt największego szczęścia ludzkości. (...) Kochałem Stalina. Kochałem zbrodniarza będąc dzieckiem" – mówił Rymkiewicz niedawno zmarłemu Jackowi Trznadlowi w rozmowie, która weszła w skład książki „Hańba domowa". Jej fragmenty przytaczał zresztą na sali sądowej pełnomocnik Agory, mecenas Rogowski. Słowa te były jednak nie tyle aktem samooskarżenia poety, ile dowodem w sprawie, która dotyczy nas wszystkich.

Rymkiewicz był dzieckiem rewolucji. To ona go ukształtowała, zraniła jego duszę, pozostawiając w niej trwały ślad. Bez rewolucji nie da się zrozumieć jego myśli, jej wielkości i tragizmu. Poeta pokonywał ją w sobie, wyrastał z niej przez całe życie. Ale jej ziarna, zasiane w młodości, tkwiły w nim do końca. Na tej samej zasadzie, na jakiej są obecne we wszystkich Polakach, członkach wspólnoty, która wyrasta z rewolucji. Niewiele zmienia tu fakt, że padła jej łupem.

Tym, co przez całe życie – zwłaszcza w ostatnich książkach, tworzących tetralogię polską: „Wieszaniu", „Kinderszenen", „Samuelu Zborowskim" i „Reytanie" – kiełkowało w Rymkiewiczu z rewolucyjnego myślenia, była wizja wielkiej, magicznej przemiany świata, która może się dokonać wyłącznie dzięki rozlewowi krwi. Ta wiara w ustanowienie nowego porządku poprzez dokonanie zbrodni zaczyna się – jak mówi sam Rymkiewicz w rozmowie z Trznadlem – podczas rewolucji francuskiej. „To jest wiara z ducha swojego robespierrowska" – stwierdza poeta.

W ćwierć wieku po tamtej rozmowie Rymkiewicz pisał w „Wieszaniu": „narodowe korzyści, jakie wynikałyby z przekształcenia narodowej insurekcji [powstania kościuszkowskiego] w narodową rewolucję wydają mi się oczywiste (...) korzyścią najważniejszą byłoby powieszenie Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jego śmierć na szubienicy byłaby wielkim wydarzeniem w historii Polski, wydarzeniem, które w całej swojej ohydzie, potworności i wielkości radykalnie i już na zawsze zmieniłoby nasze dzieje. Naród ufundowałby się na tym morderstwie – stałby się przez ten czyn groźnym i dzikim narodem królobójców – i ten czyn dziki i straszny uczyniłby Polaków narodem nowoczesnym – idącym przez krew ku swoim nowym przeznaczeniom".

Insurekcja kościuszkowska, która jest w „Wieszaniu" tłem dla rozmyślań poety, pozostaje jednocześnie cały czas sama w cieniu wydarzeń, które miały równolegle miejsce w Paryżu. Rymkiewicz nawet niespecjalnie udaje, że nie patrzy z zazdrością na francuską rewolucję. Podczas gdy oni ścinali królów, my potrafiliśmy tylko wieszać obrazy. Mieliśmy Kołłątaja, oni – Robespierre'a. Zabrakło nam odwagi, zdecydowania. Tak czy inaczej nie udzieliliśmy sami sobie sakramentu dziejowej dojrzałości. Nie skąpaliśmy się we krwi, a przecież tylko ona może uczynić naród nowoczesnym.

Zadziwiająca jest zbieżność, jaką tetralogia polska wykazuje z „Prześnioną rewolucją" Andrzeja Ledera. Ten sam motyw – winy, bez wzięcia na siebie której nie można się stać dojrzałym, nowoczesnym narodem. Dla obu autorów kluczem do podmiotowości wspólnoty jest zbrodnia. Tyle tylko, że Leder jest dużo bardziej zachowawczy. Namawia Polaków do wzięcia na siebie winy pośledniej – korzystania z owoców prześnionej rewolucji lat 1939–1956 (tej, którą ofiarą padła wyobraźnia Rymkiewicza), biernego przyglądania się zbrodni, co najwyżej pomagania w niej, świadczenia drobnych usług – donosicielstwa i czatowania – prawdziwym aktorom historii, Niemcom i Rosjanom. Rymkiewicz wodzi polską wyobraźnię na dużo większe pokuszenie. Mogliście być mordercami z prawdziwego zdarzenia, królobójcami – mówi do nas – naprawdę ohydnymi i wielkimi. Obaj myślą jednak w tym samym, rewolucyjnym kluczu; mistyce dziejowej winy i realnej krwi. I dojrzałości, która jest niedostępna inaczej, jak tylko jako owoc ich obu.

Chrzest we krwi

Przewagą Rymkiewicza nad Lederem jest tu jednak nie tylko większy radykalizm. Doprowadza on myśl rewolucyjną do końca, pokazuje jej pogańską i archaiczną naturę. Przywołuje w pewnym momencie dziką, nieartykułowaną pieśń, jaką warszawski lud, przy akompaniamencie bicia w bęben, zanosił spod szubienicy. Pisze, że w takich właśnie pieśniach i wrzaskach słychać „głos tej potworności, która ukrywa się w głębi życia; głos tej obcości, głos tego obcego, które tam gdzieś jest; tej potworności, z której życie poczyna się, która jest u jego początków i która jest – życiem".

Rewolucja jest najbardziej sobą w swoich rytuałach. Jej kapłani wstępują na szafot, żeby odnowić świat, dokładnie tak samo, jak robili to ich pogańscy poprzednicy. Tak jak Aztekowie poświęcali swoim bogom serca najwaleczniejszych ze swoich wojowników, tak nowocześni królowie oddają bogom rewolucji głowy królów. Mordy na nich nie były aktem zemsty, ale ofiary. A bogom należy się przecież to, co najlepsze. Dlatego rewolucje pożerają własne dzieci, prowadzą na ścięcie ludzi, którzy jeszcze przed momentem byli na szczycie – monarchów i dyktatorów.

Społeczeństwa nowoczesne, narodzone w bólach rewolucji, są w swej istocie archaiczne. Odczuwają dokładnie tę samą potrzebę periodycznej odnowy, zanurzenia świata raz na jakiś czas w pierwotnym Chaosie, ponieważ tylko z niego może się narodzić coś nowego. Świeżego i pełnego energii. Chaos nie jest efektem ubocznym rewolucji, ale jej naturą, istotą. Po rdzeniu kręgowym zgromadzonego pod gilotyną tłumu rozchodzi się to samo mrowienie, ekstaza równa tej, jakiej doświadczali wyznawcy pogańskich bóstw. Tłum staje się jednym człowiekiem. Monstrum, które żąda krwi. W śmierci ofiar nasze życie, w ich ranach nasze zdrowie.

Rymkiewicz był w swej twórczości szczerym i otwartym poganinem. Pogańska jest jego wizja świata pozbawionego łaski, życia jako tajemniczej katastrofy. Pogańscy są bogowie rządzący naszym życiem, z braku lepszych słów nazywani czasem Losem, Mojrą, Przeznaczeniem. Ale najczęściej czymś nienazwanym, czego nazwać nie sposób, bo nie mamy pojęcia, czym jest.

Pogańskie są wreszcie sakramenty, o jakich pisze. W „Wieszaniu" wspomina jeszcze nieśmiało o egzekucji na Stanisławie Auguście Poniatowskim jako nowym chrzcie Polski. W „Kinderszenen" jest już dużo bardziej zdecydowany. Powstanie warszawskie było nowym chrztem, sakramentem w pełnym tego słowa znaczeniu. Stolica zanurzyła się w łagwi wypełnionej po brzegi krwią w imieniu obecnych i wszystkich kolejnych pokoleń Polaków dokładnie tak samo, jak tysiąc lat wcześniej zrobił to Mieszko I w naczyniu z wodą święconą. Taka sama jest skala oddziaływania obu tych wydarzeń. Ich nieodwołalność i moc.

Powstanie było rewolucją. Być może – Rymkiewicz zdaje się to sugerować w kilku miejscach – gdybyśmy podnieśli rękę na króla, ta druga, o półtora wieku późniejsza, rewolucja nie byłaby konieczna. Krew nie woda, tak czy inaczej domaga się tego, by ją przelać. Ale teraz musiała to być już nie krew zdrajcy, tylko bohaterów. I tak samo jak w archaicznych rytuałach, krew nie byle jaka. Ta, która płynęła w żyłach najlepszych – młodych, pięknych, poetów, inteligentów. Rytuał ma swoje prawa i nie przejmuje się zmianą ustrojów. Nie było już króla, ale zawsze przecież ktoś stoi na szczycie. I to jego (ich) krew trzeba złożyć w ofierze.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Roll over Beethoven

Punkt prześwitu

Dla Rymkiewicza prawda jest pod spodem. W głębi ziemi użyźnianej przez rozkładające się trupy, we wnętrzu szamb. W mule jezior zamieszkiwanych przez jego ukochane stworzenia, raki, znajdujące się na samym dnie istnieniowej drabiny bytów. Tam fermentuje i tętni najgłębsza wiedza, jaką można zdobyć o świecie i życiu. W historii prawdą jest zaś masakra. Ona jest istotą życia, jego ukrytą siłą, „jego napędem – umieszczonym wewnątrz niego motorem napędowym".

Siłą tej poezji (bo Rymkiewicz pozostaje poetą zarówno wtedy, kiedy pisze prozę, jak i gdy udziela wywiadów) nie jest tyle sam ekstatyczny, przenikający każdą strofę i zdanie pesymizm. Nihilizm, który zadowala się sam sobą, staje się nudny i przewidywalny. Prawdziwe napięcie tej twórczości zapewniało poszukiwanie prześwitu. Miejsca, z którego na pogrążony w masakrze świat padają promienie nadziei. Polskość lśni w poezji Rymkiewicza tym mocniej, w im większej ciemności pogrążony jest świat.

Czymś przecież trzeba próbować usensownić całą tę kosmiczną katastrofę istnienia. Ponad taflę chaosu coś musi się wyłaniać, inaczej nie byłoby sensu czytać ani pisać, nazywać i rozróżniać. Tym czymś jest dla Rymkiewicza polskość, cały polski sposób istnienia. Nie istnieje żadna zasada, uniwersalny sens polskości. W tym sensie Rymkiewicz przezwyciężył w sobie ostatecznie pogrążone w ciemnościach komunizmu dzieciństwo. Nie szuka jednej idei, ale miliona konkretów. To stąd brał się dokumentalistyczny szał jego biograficznych esejów. Wchodzenie w najdrobniejsze szczegóły życia wielkich duchów polskości, naszych wieszczów. Istnienie i nicość toczyły w nim walkę na śmierć i życie. Przeważającym siłom tej drugiej przeciwstawiał armie z pozoru nieistotnych konkretów. Wydobywa z czarnej dziury niepamięci dowody na rzecz istnienia. Zstępuje do otchłani i przynosi nam stamtąd powóz Towiańskiego, zepsuty zegarek Słowackiego i spróchniałe zęby Mickiewicza. Wymachuje nimi z radością dziecka odkrywającego odrzucone przez wszystkich innych skarby, podskakuje i woła: niech stanie się światłość!

Ale zawdzięczamy mu – my Polacy, współuczestnicy tej samej makabry, próbujący się wynurzać z szamba nicości przy użyciu tego samego co on języka – przede wszystkim co innego. Ta poezja bierze na siebie wielkie błędy i grzechy nowoczesności. Dzięki temu, że przydarzył nam się ten poeta, my już nie musimy być nowocześni. Łatwiej będzie nam się od niej opędzić.

Rymkiewicz prawie zawsze mówi prawdę. Ale tylko tę jej czarną, mroczną część. A ogrody to przecież nie tylko komposty, ale i kwiaty. Z gnicia resztek i odpadków rodzi się życie i piękno. A my już nie musimy mordować królów i wysyłać na rzeź kwiatu młodzieży, bo umarł za nas Bóg-człowiek. Ten naprawdę najlepszy ze wszystkich ludzi. Po śmierci Chrystusa świat nie jest już taki sam, fałszywi bogowie nie domagają się ofiary z krwi, bo złożył ją z siebie prawdziwy Bóg. Droga ku naprawdę nowym przeznaczeniom prowadzi już odtąd tylko przez Jego krew.

Czytaj więcej

Jan Maciejewski: Dusza w strefie mroku

Nie ma bardziej przekonującego wprowadzenia do chrześcijańskich rytuałów, z ofiarą mszy na czele, niż poezja Rymkiewicza. Głównie dlatego, że wydaje się on nieświadomy ich istnienia. Jest pogrążony w rozpaczy, która została już przezwyciężona. Domaga się tego, co już dawno zostało nam dane. W obfitości, której poeta nawet nie podejrzewał. Rymkiewicz złożył (a może zrobiła to za niego historia, rewolucja, los) ofiarę ze swojej nadziei, żeby tym mocniej wskrzesić ją w nas. Światło nigdzie nie świeci jaśniej niż w ciemnościach tej poezji.

Będą dzielić się żebrami

Moją śliną moją skórą

A kto mną się nie podzieli

Musi umrzeć śmiercią wtórą