Więcej, mam przekonanie graniczące z pewnością, że większości ten kraj nic a nic nie obchodzi. Skoro nawet dużo nam bliższa kulturowo, historycznie i cywilizacyjnie Białoruś wydaje się egzotyczna, to co dopiero jakaś tam Kirgizja? Chętnie i bez żalu wrzucamy więc Kirgizów (ale także Białorusinów, Uzbeków, Tadżyków, Czeczenów, a w skrajnych przypadkach nawet Gruzinów czy Ukraińców) do worka z napisem: „Ruskie". Tyle że w tym akurat wypadku nie będziemy zbyt dalecy od prawdy. Dowodzi tego książka Cezarego Kościelniaka, publicysty i filozofa z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu „Frunze w meczecie". Autor postanowił opisać swój pobyt w kraju, do którego jak ulał pasowałoby sparafrazowane określenie Alfreda Jarry'ego: w Kirgizji, czyli nigdzie.

A ponieważ Kościelniak świetnie zdaje sobie z tego sprawę, zaczyna nietypowo, a przez to interesująco – od pokazania czytelnikom, jak odróżnić Kirgiza od Uzbeka. Dlaczego akurat jednego od drugiego? Może dlatego, że oba sąsiadujące z sobą narody dzieli głęboki i nabrzmiewający co pewien czas konflikt, dość typowy i zarazem banalny dla tej części świata. „Konflikty etniczne wybuchają tu regularnie: 1990, 2005, ostatni był w roku 2010. Wtedy to mieszkający w regionie oszskim Uzbecy rozpoczęli walkę o przyłączenie miasta do ich ojczyzny. Ojczyzna jednak zostawiła ich samym sobie" – pisze autor.

Ale wróćmy do pytania, jak odróżnić Kirgiza od Uzbeka. „Kirgiz jest mongołowaty, zwykle masywny. Poważny i dumny. (...) Uzbek przypomina raczej Turka lub Irańczyka" – wskazuje Kościelniak. Napisać, iż na tym w zasadzie różnice się kończą, byłoby pewnym uproszczeniem, a jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że tak w istocie jest. Na obu narodach swoje piętno odcisnął bowiem Związek Sowiecki. I to piętno zdaje się silniejsze od wszystkich różnic, jakie dzielą kraje powstałe po rozpadzie ZSRS. Sowieckość jest tu widoczna na każdym niemal kroku. I nie chodzi tylko o takie drugorzędne cechy, jak wystrój wnętrz czy upodobanie do monumentalizmu architektonicznego. „Po raz kolejny przekonuję się, że ZSRR to nie tylko twór polityczny. To stan umysłu w lokalnych odcieniach" – zauważa autor.

Na czym to polega? A choćby na szczególnie pojmowanej hierarchii. Na tej drabinie ludziom stojącym wyżej należy się bezwzględny szacunek, a tym z niższych szczebli – wyłącznie pogarda. W tym kontekście Kościelniak przytacza zabawną anegdotę o szefowej sali z luksusowej – w tamtych warunkach, rzecz jasna – restauracji. Otóż ta dama, wyłącznie siłą woli wynikającą ze sprawowanej władzy, zmusiła go do zjedzenia niesmacznej potrawy.

Też poznałam to uczucie osobliwego niepokoju, który roztaczała pewna kierowniczka ośrodka wczasowego znad jeziora Narocz na Białorusi. Moc jej autorytetu zdawała się być równie bezdyskusyjna. Skoro więc ta sowieckość została wszczepiona ludziom w kod genetyczny, skoro stała się immanentną cechą ich osobowości, to czy można się dziwić, że były prezydent Gruzji zostaje gubernatorem na Ukrainie. I wszyscy uznają to za coś naturalnego.

Na koniec uwaga: Kościelniak ma manierę zapisywania słów i wyrażeń cyrylicą. Rzadko jest to uzasadnione kontekstem. Sprawia raczej wrażenie, jakby chciał się popisać znajomością rosyjskiego. Ale każde kolejne słowo zapisane bukwami, zamiast podziwu dla lingwistycznych zdolności autora, budzi irytację. Szkoda.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95