Sam Obama jeszcze zanim został wybrany na prezydenta głosił, że jest gotów do rozmów z irańskimi przywódcami bez żadnych wstępnych warunków. Te deklaracje – choć czasem budziły niedowierzanie – na ogół były przyjmowane z dobrodziejstwem inwentarza. Kto by chciał przeczyć, że Obama oznacza wielką zmianę i nadzieję na coś naprawdę nowego? Po swoim wyborze amerykański polityk starał się być wierny wcześniejszym zapowiedziom. Na perski Nowy Rok wygłosił przemówienie do przywódców Iranu, oferując współpracę polityczną i gospodarczą. Kiedy wybuchły antyrządowe zamieszki, milczał. Bo? Bo – jak można wnosić z wypowiedzi jego doradców – wierzył w to, że irańskie władze same się zmienią. I że poparcie dla opozycji jedynie rozdrażni reżim.