Bo media, z dnia na dzień głośniej, wyraźnie domagają się "dekaczyzacji", "depisyzacji", a nawet, kto by to wymyślił, "defotygizacji". Te językowe potworki pojawiają się w tekstach znanych publicystów i to na łamach tych samych gazet, które wcześniej każdą zmianę dokonaną przez PiS określały jako "czystkę". Co się za nimi kryje? Nie pamiętam, żeby ktokolwiek używał takiego języka wcześniej, wobec którejś z innych ekip wymieniających cudze kadry na swoje. Nie było w Polsce ani "debuzkizacji", ani "demilleryzacji", ani "debelkizacji".