W Krakowie nasilają się plotki o powrocie do polityki Jana Rokity. Choć Rokita otwarcie demonstruje obrzydzenie tym, do czego miałby wracać.

Jego niedawne uwagi w wywiadzie dla „Uważam Rze" o tym, jak to ucieka przed atmosferą międzypartyjnej agresji do Włoch, rozjuszyły prawicowych internautów. Krakowski mieszczanin w kapeluszu popełnił wszak największą zbrodnię: nie przyznał w sporze  PO– PiS racji nikomu.

A jednak pogłoski uporczywie wiążą Rokitę z obozem PiS. Gdyby chciał, niedoszły „premier z Krakowa", dzielący czas między wykłady dla studentów i śledzenie rewolucji u Arabów, dostałby pierwsze miejsce na liście do Sejmu od Jarosława Kaczyńskiego.

Tańczący wśród kiboli

Po co zajmujecie się Rokitą? – wykrzykną teraz prawicowi kibole. Wykrzykują tak zawsze, bo on zaburza im, może jako jeden z ostatnich, ich prosty, czarno-biały obraz świata.

Powinni sobie raczej odpowiedzieć na pytanie, dlaczego Rokitą zajmuje się co jakiś czas Jarosław Kaczyński. Czy nie dlatego, że prezes jest mądrzejszy od swoich wyznawców i tak już chyba zostanie? W czasach swoich rządów wiele razy słał Rokicie sygnały – chciał go nawet robić premierem w miejsce Marcinkiewicza. Janusz Kaczmarek wspomina, że dostając w lutym 2007 roku MSWiA, został uprzedzony przez prezesa: może tu w przyszłości przyjść Rokita. Nigdy jednak nie przyszedł, w ostateczności wybrał polityczne wygnanie.

A mimo to Kaczyński znowu daje mu znaki. Bo to dobrze by wyglądało – mieć u siebie najtęższe umysły? Zapewne, ale czy tylko dlatego? Przynajmniej chwilami prezes ma w swoim niewielkim gabinecie na Nowogrodzkiej mocne poczucie, że warto uczynić politykę swego obozu bardziej kompetentną, ciekawszą. Czy długo wytrwałby przy tym postanowieniu? Nie żałowałby? Historia ich wzajemnych relacji to dzieje wzajemnych podchodów i zawodów, odpychania i przyciągania.

Na pewno wiemy, co straciłby Rokita. Wyzbyłby się komfortowej pozycji człowieka niezależnego, niewpisującego się w żaden zbiór już nie poglądów, ale sloganów użytecznych w wojnie polsko-polskiej.

Dziś może bez obaw krytykować wschodnią politykę Tuska i Sikorskiego jako zbyt ostentacyjnie filorosyjską i niepotrzebnie odwracającą do końca wektory  usiłowań poprzednich ekip. Najwyżej obecny szef MSZ wypomni mu „brak miłości ojczyzny". Z kolei może też podważać schemat Tuska jako lidera uległego od początku do końca Niemcom. Najwyżej socjolog Barbara Fedyszak-Radziejowska, osoba tyleż odważna, ile skora do etykietkowania, zaliczy go do okrągłostołowych elit i nawet opatrzy stosownym skrótem.

I Sikorski, i Fedyszak-Radziejowska mogą go sobie wykluczać. On nie należy. Czy jednak musiałby należeć?

Mało kto pamięta, że PiS potrafił w przeszłości zaoferować miejsca na listach politykom doń nienależącym: Maciejowi Płażyńskiemu, Longinowi Komołowskiemu czy Bogdanowi Borusewiczowi. Naturalnie dziś nie ma już potrzeby imitowania obozu szerszego niż partia, więc nie do końca poddanego ciężkiej ręce Prezesa. Ale w końcu czym innym jest nowy status Ludwika Dorna? To także świadectwo swoistego (trwałego czy tylko przejściowego?) realizmu Kaczyńskiego.

Dwie prawice i dialog

Gołym okiem widzimy też różnice. Płażyński czy Komołowski wybrali w dużej mierze rolę milczących świadków, a Borusewicz szybko ten obóz porzucił. Z kolei Dorn jest naprawdę „pisowcem na wygnaniu". Człowiekiem bliższym poglądami swojej dawnej partii niż wielu jej obecnych członków. Z Rokitą to całkiem inna sprawa.

Od początku lat 90. polska centroprawica dzieliła się, z grubsza rzecz biorąc, na dwa odłamy: ten, który postawił sobie za cel radykalną kontestację rzeczywistości, można by rzec antyokrągłostołowy (nawet jeśli nie piętnował Okrągłego Stołu jako zdrady elit), i taki, który próbował godzić tradycyjne wartości z jakąś formą liberalnej modernizacji. Te dwa odłamy czasem ścierały się mocno (symbolicznie rząd Olszewskiego kontra rząd Suchockiej), czasem spotykały w jednej pojemnej formacji (AWS), ale napięcie między nimi było realne i poważne.

Obecna dominacja PiS po prawej stronie oznacza zwycięstwo pierwszego nurtu, nawet jeśli problemy z początku lat 90. stały się w części nieaktualne (nikt nie będzie dziś tropił uwłaszczenia nomenklatury), a sam Kaczyński widział komplikacje wynikłe z tego podziału i starał się im zaradzić, kooptując postaci bardziej „z tamtej strony". To zwycięstwo niesie ze sobą trwałe zrośnięcie z tradycyjną wizją polskości raczej etatystycznych recept i raczej antyliberalnego, także w sferze ekonomicznej, języka. I zdominowanie prawicy przez kurs radykalnie „niepodległościowy", co w dzisiejszych realiach zgrabnie symbolizuje metafora prezesa o Polsce jako „rosyjsko-niemieckim kondominium".

Tymczasem Rokita reprezentował przez lata ten drugi nurt. Nawet jeśli on z kolei z czasem przejął od tego pierwszego pewien typ wrażliwości: na zjawisko korupcji, na potrzebę uzdrowienia wymiaru sprawiedliwości, krótko mówiąc, na wyzwania związane z państwem. Był może nawet najwybitniejszym tego drugiego nurtu przedstawicielem. To zaś oznacza nie tylko nieco inny zbiór poglądów, także inną wrażliwość, styl politycznego działania. On sam opisywał kiedyś to zderzenie jako konfrontację sarmatyzmu z obozem polskiego oświecenia. Kiedy indziej, niedawno, mówił o stańczykach skonfrontowanych z romantycznym mitem.

Tyle że dziś Rokita musi niestety oglądać w dużej mierze zagładę tego swojego, historycznie bardzo wpływowego, obozu. Sam to zresztą opowiedział, ogłaszając wkrótce po Smoleńsku klęskę stańczyków – mit okazał się mocniejszy.

Nadzieja, że nurt oświeconej centroprawicy będzie jeszcze kiedykolwiek reprezentować Platforma Obywatelska, rozwiała się całkiem, o czym dalej. A PJN jest już tylko sympatyczną próbą wskrzeszenia formuły partii „mieszczańskiej", łagodzącej kanty, w duchu kanapowych formacji konserwatywnych z lat 90., chyba jednak skazaną na niepowodzenie.

Wiele jest powodów, dla których ten ostatni eksperyment natrafił dziś na tak wielkie kłopoty (choć jego twórcy dysponowali pewnymi atutami, na przykład sztandarem pokoleniowości), ale najważniejszy jest taki, że Polacy wybierają polaryzację ze wszystkimi jej topornościami i uproszczeniami, zwłaszcza gdy stoi za nią charyzma konkretnych liderów. Na dokładkę Rokita do PJN odnosił się zawsze, jak wieść gminna niesie, z dystansem. Może biograficznie i pokoleniowo bliższy już wydawał mu się Kaczyński – polityk, który tak jak on sam towarzyszył III RP od samego początku. To z nim zmagał się i mocował, ale też jego mógł traktować poważnie.

Co jednak w sytuacji, kiedy ten Kaczyński odradzający się z konsekwencją Feniksa znowu, używając dawnej metafory Rafała Ziemkiewicza, ukradł prawicę? Gdy pokazał, że przedwczesne grzebanie go, zdawałoby się zgodne z zasadami nowoczesnej socjologii, z logiką współczesnego świata, to dzielenie skóry na niedźwiedziu?

Co począć ma człowiek racjonalny, gdy wąsaci sarmaci w źle skrojonych garniturach pospołu z romantykami spod znaku profesora Krasnodębskiego i Jarosława Rymkiewicza stają się trzonem obozu z największymi szansami, aby być alternatywnym rozwiązaniem dla dziś rządzących? Może nie na zdobycie władzy, wciąż wyczuwa się u nich lęk przed zwycięstwem, wciąż można dostrzec gubienie szans w tromtadrackim geście, ale kto wie, czy kiedyś nawet i samodzielne rządy PiS, mityczny powrót w Orbanowskim stylu, okażą się możliwe. A już dziś widać wszelkie ich widoki na panowanie nad emocjami „prawicowego ludu", cokolwiek to znaczy. Innego prawicowego ludu ani innych prawicowych emocji w najbliższych latach nie będzie.

Co ma począć taki oświecony konserwatysta? Może na przykład wziąć ostatnie artykuły obu liderów i na ich kanwie budować prognozy.

Konkrety na stół

Naturalnie i dwa kolejne teksty Donalda Tuska, i dwie odpowiedzi Jarosława Kaczyńskiego – w „Rzeczpospolitej" i „Gazecie Wyborczej" – to materiały propagandowe. Prasowy urobek premiera broni się gorzej, bo możemy go rozliczać z konkretów. To dlatego widzimy, że w jego tekście o dokonaniach i w tekście o przyszłych planach powtarzają się całe fragmenty (nawet jeśli napisane innymi słowami) – boTusk zmuszony był mieszać przeszłość z przyszłością, aby maskować nienadzwyczajny stan swoich osiągnięć. Kaczyński ma komfort bycia recenzentem i skwapliwie z tego korzysta.

Ale można potraktować te teksty z dobrą wolą i badać na ich podstawie, czego obie partie chcą i czym się różnią. Zwłaszcza że dysponujemy też innymi poszlakami – w przypadku ekipy Tuska jej urobkiem realnym i jej agendą na przyszłość. W przypadku głównej partii opozycyjnej jej wnioskami, projektami, oświadczeniami.

To paradoks, ale najmniejszą wagę przykładałbym do deklaracji gospodarczych – choć obaj liderzy krzątają się wokół nich najbardziej zawzięcie, wiedząc, że tego wymaga ich wizerunek. Jednak obecne różnice między nimi nie są w tej dziedzinie aż tak wielkie, jak mogłoby się wydawać z retoryki – i nieprzypadkowo mogliśmy przeczytać na łamach „Gazety Wyborczej" pełną rozczarowania recenzję tekstów Tuska pióra Witolda Gadomskiego.

Może w wywodach lidera PO jest nieco więcej obietnic oszczędnościowych (reguła wydatkowa ministra Rostowskiego), a PiS z powodów wyborczych szafuje takimi pomysłami jak dodatek drożyźniany. Gdyby wziąć go serio – to recepta na mnożenie biurokracji i generowanie biedy. Ale jeśli ktoś szuka prawdziwie wolnorynkowych koncepcji (pytanie, na ile realnych w naszej społecznej atmosferze), musi iść do Leszka Balcerowicza i zapatrzonego w jego pryncypialne analizy PJN.

O realnej polityce społeczno-ekonomicznej PiS, gdyby kiedykolwiek jeszcze miał wpływ na rząd, zdecydują tak naprawdę dobrane w ostatniej chwili , jak w roku 2005, kadry. Mogą one być gorsze niż te platformerskie. Ale nie jest powiedziane, że będą to kadry mniej pragmatyczne. Mogą okazać się zdolne do generowania pewnych reform naprawiających polskie finanse – tyle że równie ostrożnie, jak... ludzie Tuska.

Gdzie asertywność?

Nie jest jasne – wiem, że napiszę w tym momencie dla wielu herezję – jak wielką wagę przykładać do różnic w dziedzinie polityki zagranicznej. W teorii to wojna między twardymi i miękkimi. W praktyce o kształcie i powodzeniu dyplomacji decyduje wiele okoliczności zakrytych przed publicznością, a skutki tych czy innych działań odłożone są na lata.

Jak można zweryfikować spór między Tuskiem i Kaczyńskim o to, kto był bardziej twardy, kto bardziej nieustępliwy w negocjowaniu wewnątrz Unii Europejskiej pakietu klimatycznego? Albo jak można ze stuprocentową pewnością ocenić wszystkie okoliczności „kapitulacji" Lecha Kaczyńskiego w sprawie traktatu lizbońskiego, oprotestowanej w Polsce głównie przez konserwatywnych komentatorów? Podobnie wiele ruchów Tuska będzie można podsumować z precyzją dopiero po dłuższym czasie.

W tej sytuacji ani schemat bez mała genialnej, bo bezkonfliktowej, dyplomacji ekipy Tusk-Sikorski, ani wrogi epitet „kondominium" nie przemawiają do mojej wyobraźni.  Kilka rzeczy jednak wiemy i warto się nad nimi z uwagą pochylić.

Wiemy na przykład, że o ile poprzedni rząd traktował kierunek wschodni jako priorytet, obecny odnosi się do niego z „parweniuszowską" (copyright by Rokita) pogardą. Tak dużą, że jak wynika z depesz ujawnionych przez WikiLeaks, nie byliśmy gotowi wspierać aspiracji państw bałtyckich do objęcia ich natowską obroną w momencie, gdy chcieli tego Niemcy, z którymi byliśmy przecież tak wiele razy zgodni.

Wiemy też, że ten rząd z podziwu godną biernością tolerował przez długie miesiące dziwaczną ustępliwość wicepremiera Pawlaka w sprawie polsko-rosyjskiej umowy gazowej, a jej ostateczna wersja też nie jest w pełni zgodna z polityką dywersyfikacji, jaką w teorii prowadzimy od lat. Takie przykłady można mnożyć.

Nie po to, aby je podsumować wizerunkami przywódców naszego państwa w czapkach krasnoarmiejców – to dziecinada. Ale po to, aby spróbować zdefiniować różnice między obecnym rządem i opozycją. Możliwe, że dla kogoś, kto sam wzywał do asertywnej polityki zagranicznej, kto zasłynął wezwaniem „Nicea albo śmierć", uwagi Kaczyńskiego o obecnej „dyplomacji krótkiego oddechu" mogą być przekonujące.

A gdy dodać do tego programową dezynwolturę Tuska wobec siły polskiej armii czy karygodną pasywność w sytuacjach wymagających samodzielności (ostatnio nawet w stosunku do wydarzeń afrykańskich)... Ile tu postmodernistycznej lekkomyślności obecnych liderów PO, a ile bylejakości typowej w ogóle dla Polaków? I czy żarliwy, nieco staroświecki patriotyzm niezbyt popularnego w świecie poprzedniego premiera byłby lekiem? Moźliwe.

Państwo, głupcze!

To same pytania, ale tak już nie jest, gdy dochodzimy do kolejnego ważnego pola sporu. Donald Tusk o państwie w swoich artykułach ledwie wspominał. Wtedy, gdy zachwalał kontrowersyjną reformę prokuratury wyrwanej z rąk rządu i oddanej... korporacji. Albo gdy narzekał na niepowodzenie reform deregulacyjnych, istotnie przeprowadzanych jak na partię liberalną wyjątkowo ślamazarnie. Albo gdy tłumaczył się z nadmiernego rozrostu administracji, wracając na moment do mitu „taniego państwa".

W ustach i umyśle premiera nie ma czegoś takiego jak przewlekłe sądowe procedury i bezduszność administracji, nikłe osiągnięcia w walce z przestępczością i korupcją, albo zachowania policjantów z drogówki, którzy w ostatnich latach pytali zatrzymywanych na drogach kierowców, czy chcą „załatwić tę sprawę jak za III czy jak za IV RP". Nie ma też refleksji na temat losu minister Julii Pitery, która przez cztery lata pisała ustawę antykorupcyjną i zapewne zajmie się tym przez kolejne cztery – o ile PO obejmie władzę.

Wszystko to jest obecne w drugim tekście Kaczyńskiego. Jako nieco chaotyczny zbiór diagnoz i obietnic. Nie ma oczywiście wielu postulatów moder-nizacyjnej prawicy: decentralizacji, apolitycznej slużby cywilnej – to nieco inna wizja.  Ale warto przypomnieć, że PiS sprzeciwiał się takim szkodliwym posunięciom, jak tak zwane uniezależnienie prokuratury od ministra sprawiedliwości. Po którym prokurator jest wolny głównie od odpowiedzialności przed opinią publiczną. A Rokita też był przeciw tej „reformie". Rozumiał jak bardzo osłabia ona państwo i wydaje obywateli na łup korporacyjnej samowoli.

Jest wreszcie czwarty blok zagadnień, słabo obecny w obu tekstach, a przecież obecny w debacie. Według powszechnego schematu Platforma w sprawach światopoglądowych poszła mniej więcej drogą PiS – petryfikując stan rzeczy względnie korzystny dla zwolenników tradycyjnego społeczeństwa. Niby wszystko się zgadza: PO ma silne skrzydło konserwatywne, a premier lubi – żądając kastracji pedofilów czy delegalizacji dopalaczy – odgrywać czasem rolę rygorysty. A jednak diabeł tkwi w szczegółach.

W poszukiwaniu wartości i IV RP

Kiedy premier wysyła do Trybunału w Strasburgu liberalno-lewicowych sędziów, a minister kultury konstruuje mechanizm wyraźnie preferujący w dotacjach liberalne i lewicowe periodyki, są oni już prekursorami nowej Platformy – wciąż w sprawach światopoglądowych łagodnej, ale centrolewicowej. W przyszłej koalicji z SLD stan taki się pogłębi. PiS, nawet jeśli jego skrzydło tradycjonalne wzbudzi  konsternację (wyprawa grupy parlamentarzystów z senatorem Benderem na czele do notorycznego antysemity Kobylańskiego), ma w tych sprawach inne zdanie. Czasem reaguje nazbyt gromko, czasem zbyt późno i cicho, ale opiniom liberalno-lewicowego salonu ulega rzadko. W każdym razie próbuje mówić własnym głosem.

A jest coś jeszcze – w tekście dla „Wyborczej" Kaczyński postawił mocno kwestię reformy programów edukacyjnych dokonywanej na naszych oczach przez Katarzynę Hall. Mówiąc o redukowaniu godzin historii, a nawet przedmiotów ścisłych, prezes PiS dotknął wielu zagadnień równocześnie. Ale spór o szkołę, o to, na ile zaniżamy w niej poprzeczkę, na ile pozostaje ona miejscem kształtowania postaw obywatelskich i patriotycznych, jest również sporem ideowym. PO ma coraz większą skłonność do traktowania edukacji wyłącznie jako problemu ekonomicznego – to charakterystyczne, ale Tusk, rozpisując się o podwyżkach dla nauczycieli, o reformie Hallowej w ogóle nie wspomniał. W tle zaś majaczą inne spory – choćby postawiona mocno przez poprzedni rząd, a zarzucona przez obecny kwestia szkolnej dyscypliny.

Oświecony konserwatysta dostał więc komplet danych i może wybierać. Ma oczywiście w tyle głowy także dodatkowe fakty. Tusk rządzi teraz, jest więc wdzięcznym obiektem rozliczeń. Jednak Kaczyńskiego także możemy rozliczać.

Po pierwsze, rozliczyłbym go z niewierności... własnemu dawnemu programowi. Janina Paradowska zauważyła z niesmakiem, że w obecnej retoryce Kaczyńskiego straszna scentralizowana IV Rzeczpospolita została zastąpiona przez coraz bardziej skomplikowane wywody o polskości. Ja zaś mam wrażenie, że Kaczyński nazbyt często gubi IV RP, nie tylko z powodów czysto marketingowych, jak podczas kampanii prezydenckiej. Że w stosunku do względnie klarownej bezbłędnej agendy z roku 2005, stawiającej na sprawne, skuteczne państwo, obecna stała się rozmazana, przeładowana emocjonalnymi hasłami, no i krystaliczną wrogością wobec obecnego rządu. Może powinien choć trochę wrócić do źródeł?

Po drugie, ktoś, kto zdecydowałby się teraz na akces do tego obozu, musiałby wziąć na swoje barki przynajmniej częściowo jego emocje i fobie – łącznie z etykietkami bardzo niegdyś trzeźwej w ocenach doktor Fedyszak-Radziejowskiej. Z wieloma dziwnymi poglądami, mniemaniami, oczekiwaniami i nadziejami wyrażanymi na co dzień przez Internet, a od święta przez marsze na Krakowskim Przedmieściu. Także z mitem smoleńskim obwieszonym spiskowymi teoriami.

Także ze szczególną polityczną metodą. Pewien mądry polityk prawicy tłumaczył mi kiedyś strategię bojkotu instytucji państwowych przez Kaczyńskiego tym, że to tylko obrona. Sukcesywnie delegitymizowany kampanią mediów i polityków, godząc się na udział w Radzie Bezpieczeństwa czy traktując liderów PO jak normalnych partnerów, szef PiS przegrałby podwójnie. Łajany i wmontowywany w system. Możliwe, ale koszty tej strategii są jednak duże. Polska polityka, debata to dziś na co dzień głównie jeden wielki krzyk. Nie jest to model bliski oświeconemu konserwatyście.

Z kolei Robert Krasowski przedstawia dziś Kaczyńskiego jako zakładnika rozemocjonowanego elektoratu. Ja podkreślam, że jest ciągle mądrzejszy od swoich wyznawców. Niemniej widzę zjawisko tej dziwnej symbiozy, kiedy racjonalny niegdyś do bólu, bliski trzeźwym analizom Dmowskiego czy stańczyków, polityk zanurza się wręcz w cudze emocje i płynie wraz z nimi. Dokąd?

Warto spróbować?

I pozostaje stałe pytanie o stan kadr PiS. Także w stosunkowo dobrej ekipie z lat 2005 – 2007 ministrem rolnictwa musiał być Krzysztof Jurgiel, który podczas negocjacji w Kopenhadze tak się zagalopował, że przedstawił swoim partnerom również instrukcję negocjacyjną, którą dostał od swojego rządu. Musiał być ministrem, bo był oddany. Kaczyński jest zarazem wielkim reformatorem i wielkim konserwatorem własnej odwiecznej polityki. Szuka nowych ludzi i nowych rozwiązań, by szybko się do nich rozczarować i poprzestawać na towarzystwie Miernych Biernych ale Wiernych. Strata polegająca na odpadnięciu (raczej wypchnięciu) PJN polega również na tym, że tacy ludzie jak Kluzik-Rostkowska, Jakubiak czy Kowal mogliby być dobrymi ministrami. Ich odprawienie w następstwie dobrej kampanii wyborczej to pouczająca lekcja dla wszystkich kandydatów na partnerów Kaczyńskiego. W tej liczbie i dla Jana Rokity, który miał od zawsze własne aspiracje przywódcze.

To wszystko prawda, a Rokita ma dziesiątki innych powodów, aby nie wracać – do tej polityki i do polityki w ogóle. Tylko że tak naprawdę nie jest to tekst o nim, w każdym razie nie tylko.

To tekst poświęcony pytaniu, czy można w Polsce uprawiać racjonalną prawicową politykę, cokolwiek to oznacza. Jedni, jak grupa Kazimierza Ujazdowskiego, odpowiadają, że można – i szukają nisz w labiryncie przaśnego, zbiurokratyzowanego PiS. Inni, jak twórcy PJN, próbują samodzielności, co kończy się tasiemcowymi tłumaczeniami z wlasnych wcześniejszych wyborów – w TVN 24 czy „Gazecie Wyborczej". Jeszcze inni, jak Rokita, oglądają al Dżazirę. A czas ucieka. Już nie tylko porywinowe marzenia o sprawiedliwszej Polsce z lat 2003 – 2005, ale myśl o skutecznej samodzielności od zaborczego  liberalno-lewicowego salonu (on jeden w Polsce wie, czego chce) rozwiewają się niczym fantom.

Może więc jednak warto zamknąć oczy i raz jeszcze spróbować? Z całą świadomością  ryzyka.