Neurochirurg zobaczył Niebo

W chwili, kiedy dusza opuszcza ciało, doświadczamy bólu oraz cierpienia, jakie zadaliśmy innym ludziom – twierdzi lekarz, który doświadczył stanu śmierci klinicznej

Publikacja: 30.03.2013 00:01

Czy to, co się panu przydarzyło i co opisał pan w swojej książce „Dowód", można nazwać zmartwychwstaniem?

Zobacz na Empik.rp.pl



Eben Alexander:

Dla mnie była to wielka lekcja dotycząca istnienia nieśmiertelnej duszy. Nie nazwałbym tego ponownymi narodzinami, bo przecież wróciłem jako ta sama osoba. Ale ponieważ to, co się stało, jest zupełnie niewytłumaczalne z medycznego punktu widzenia, lekarze mówią wręcz, że to cud. Bo po tym, co się stało, nie powinienem odzyskać pełni władz umysłowych.



Wiem, że opowiadał pan tę historię wiele razy, ale zacznijmy, proszę, od początku. Pewnego ranka obudził pana potworny ból...



Nad ranem poczułem straszny ból pleców. Żona próbowała je rozmasować. Później pojawił się mój 10-letni syn Bond, który zaczął masować mi skronie. Kiedy ich dotknął, poczułem się jakby ktoś wbijał mi gwoździe w mózg. To ostatnia rzecz, jaką pamiętam. Zaraz potem trafiłem do szpitala. Wtedy już miałem atak drgawek epileptycznych. A później na siedem dni zapadłem w stan śpiączki. I tego okresu zupełnie nie pamiętam.



Pańska historia jest niezwykła nie tylko z powodu pańskich przeżyć w stanie śpiączki, ale także jako przypadek w historii medycyny.



Owszem, to jest przypadek wyjątkowy. Zapadłem w śpiączkę wywołaną bakteryjnym zapaleniem opon mózgowych. Według statystyk szanse przeżycia pierwszej doby w tej chorobie u dorosłego wynoszą 10 procent. Lekarze byli zaskoczeni tym, że zapalenie opon mózgowych wywołały bakterie Escherichia coli, pałeczki okrężnicy. Jeśli takie przypadki w ogóle się zdarzają, to jedynie wśród noworodków. U dorosłych są one niezwykle rzadkie, a jeśli już, to zdarzają się po operacjach neurologicznych, prawie nigdy samoistnie. Innymi słowy – prawdopodobieństwo wystąpienia takiego zapalenia wynosi 1 do 10 milionów, takiego, które przydarzyło się mnie, jest bliskie zera.



Przez siedem dni, podczas których pozostawałem w śpiączce, mój organizm w ogóle nie reagował na antybiotyki. Pod koniec tego tygodnia gorączka spadła, ale stan neurologiczny się nie poprawił. Lekarze mówili wtedy, że mam jakieś 2 procent szans na przeżycie i że brak jakichkolwiek możliwości, by poprawił się mój stan neurologiczny. To znaczy, że mózg powinien, ich zdaniem, ulec nieodwracalnemu uszkodzeniu. Można byłoby jedynie utrzymywać mnie w stanie wegetatywnym, bez świadomości. Wówczas podjęto decyzję o zaprzestaniu podawania mi antybiotyków. Tymczasem siódmego dnia przebudziłem się. Miałem straszny problem z oddychaniem, bo wciąż byłem podłączony do respiratora. Mogłem się wręcz udusić rurą do intubacji. Ale właśnie wtedy na dobre wróciłem.



Jak długo pański mózg nie działał?



Zapadłem w śpiączkę na niemal równo siedem dni i przez ten czas mój mózg prawie nie pracował. Po przebudzeniu pozostawiono mnie na oddziale intensywnej terapii. Bo jeszcze przez prawie dwa dni ulegałem stanom paranoidalnym, psychotycznym. To można porównać do nagłego przebudzenia, kiedy człowiek nie jest jeszcze w pełni przytomny. Z tą różnicą, że u mnie to się działo w sferze werbalnej, po prostu bredziłem. Po tym okresie mój mózg szybko zaczął działać normalnie.

Świat, który widziałem w mojej podróży, jest bardziej realny niż nasz. To nasza rzeczywistość w porównaniu z tamtą wydaje się snem.

Rozumiem, że przez większość tego czasu urządzenia nie rejestrowały pracy mózgu?

Nie do końca. Choć lekarze od razu uznali, że uszkodzeniu uległa kora mózgowa i jej istotne funkcje uległy upośledzeniu, to jednak w początkowym okresie pobytu w szpitalu mój mózg wykazywał jakąś aktywność. Z pewnością doszło do naruszenia funkcji związanych z rdzeniem mózgu, wskazywało na to np. działanie gałek ocznych, które patrzyły w różne kierunki i nie reagowały na bodźce stosowane zazwyczaj w takich przypadkach przez lekarzy. Tych objawów dowodzących uszkodzeń rdzenia było więcej. Miałem cały zespół objawów związanych z zapaleniem opon mózgowych. Naukowcy uważają, że nasza świadomość jest związana z działaniem kory mózgowej, więc gdybyśmy z neurologicznego punktu widzenia popatrzyli na mój przypadek, nie powinienem doświadczać ani przeżywać niczego w sposób świadomy. Nie powinienem też mieć żadnych hiperrealnych wizji w tym okresie. A jednak je miałem.

Jak by pan opisał swoje życie i poglądy przed chorobą oraz śpiączką?

Dorastałem w domu, gdzie na co dzień mówiło się o medycynie, mój ojciec jako lekarz spędził wiele lat na frontach II wojny światowej. A potem tak jak ja został neuro- chirurgiem, bardzo znanym w środowisku specjalistów. Tak zatem wychowywałem się w atmosferze szacunku dla nauki, ale to nie kłóciło się z wiarą moich rodziców. Nie przypadkiem wysłali mnie do szkoły przy kościele metodystów. Ja też chciałem wierzyć w Boga i życie po śmierci. Ale 20 lat praktyki lekarskiej wpłynęło na moje poglądy i zwątpiłem w to, że świadomość może przetrwać śmierć ciała.

Muszę dodać, że jako niemowlę zostałem oddany do adopcji. Ludzie, którzy mnie wychowywali i których rodzicami nazywam, w sensie biologicznym nimi nie byli. Wiedziałem o tym i jako młody człowiek próbowałem odnaleźć rodziców biologicznych. Bez skutku. Nie było mi aż tak bardzo potrzebne, bo wokół siebie miałem najbliższych, którzy kochali mnie i wspierali. Ale kiedy w roku 2000 mój starszy syn pisał pracę o rodzinnych korzeniach, namówił mnie, bym ponownie spróbował odszukać biologicznych rodziców. Tym razem się udało. Dowiedziałem się, że mimo iż sytuacja zmusiła ich do oddania mnie do adopcji, bo matka urodziła mnie w wieku 16 lat, stworzyli kochającą się rodzinę. Mieli jeszcze trójkę dzieci. Jedno z nich, moja siostra, wtedy już nie żyło. To doświadczenie było dla mnie bardzo trudne i rozpoczęło najgorszy okres w moim życiu: kłopoty z alkoholem, depresja, schodzenie po spirali w dół. Do czasu, kiedy zapadłem w śpiączkę, nie wierzyłem, że istnieje miłujący Bóg i brakowało mi energii do modlitwy.

Czy może pan powiedzieć, jak w angielskim tytule swojej książki, że zobaczył pan niebo?

Od razu należy zaznaczyć, że to doświadczenie ciężko opisać słowami. Ale sądzę, że poprzez ten stan, który został wywołany przez ostre zapalenie opon mózgowych, doświadczyłem tego, że nasza świadomość, gdy zostaje uwolniona od ciała, wchodzi na zupełnie inny poziom postrzegania. Stajesz się znacznie bardziej świadomy tego, co widzisz i doświadczasz. Ta brama, którą opisuję, po której przekroczeniu widziałem rzeczy przynależne jeszcze do naszej ziemskiej rzeczywistości, prowadzi nas do świata realnego czy może ponadrealnego. Te postaci, które się pojawiają w moich wspomnieniach, np. istota niezwykłej urody, którą można nazwać aniołem czy motylem, nie mogły być wytworem mojego mózgu, bo mój mózg nie działał. Były rzeczywiste – jestem o tym przekonany. Widziałem też, że one były związane z bytem najwyższym, istotą boską, miłującą świat, z tym, co opisuję jako kulę światła. Tę przestrzeń, to uniwersum, w którym się znalazłem, można określić mianem wszechogarniającej miłości i nadnaturalnej boskości, więc można by to również nazwać niebem. Bo tak nazywamy to w naszym ułomnym języku. Ale też trzeba sobie jasno powiedzieć, że mam swoje własne doświadczenia i wspomnienia, które przeszkadzają mi we właściwym opisie tego, co doświadczyłem w tamtym wymiarze. Nie jestem w stanie opisać słowami, co mnie tam spotkało, nie tylko z powodu ograniczeń języka, ale także  ograniczeń mojego umysłu. Najważniejsze jest jednak doświadczenie wejścia w rdzeń bytu, zawierającego w sobie boskość, miłość i tworzenie. Na każdym kroku podkreślam, że świat, który widziałem w mojej podróży, jest bardziej realny niż nasz. To nasza rzeczywistość w porównaniu z tamtą wydaje się snem.

To, co pan pisze o swoim doświadczeniu przechodzenia przez ciemność, w terminologii chrześcijańskiej można nazwać czyśćcem: mam na myśli opisywaną przez pana fazę, kiedy dusza nie zjednoczyła się jeszcze z najwyższą istotą. W pańskim opisie nie ma jednak miejsca na piekło. Czy po tym, co się panu przydarzyło, wierzy pan, że piekło istnieje?

Wierzę w to, że kiedy dusza opuszcza ciało, dokonuje się swego rodzaju przegląd życia. W tym momencie widzimy i doświadczamy bólu oraz cierpienia, jakie zadaliśmy innym ludziom. Nagle to cierpienie dosięga nas samych, to my je odczuwamy: widzimy świat z perspektywy tych, których skrzywdziliśmy. Ponieważ jest to przeżycie wyłącznie duchowe, odczuwamy je wielokroć mocniej. Odczuwamy ból nie tylko  skrzywdzonych przez nas istot, ale wręcz całego świata, którego równowagę naruszyliśmy wyrządzonym złem. I to moim zdaniem można określić mianem piekła. Nie da się tak naprawdę przejść do tamtej rzeczywistości, nie doświadczając tego bólu i cierpienia, które zadaliśmy innym, zwłaszcza bliskim i kochanym.

Kwestia miłości i współodczuwania jest w pańskim doświadczeniu kluczowa. Wielokrotnie pan pisze w swojej książce, że ta boska istota jest niemożliwą do opisania miłością i wszechogarniającą empatią.

Owszem. Doświadczyłem bezwarunkowej, nieograniczonej miłości, przewyższającej każdą siłę i potęgę, którą znamy. W tamtym wymiarze jedyny sposób wyjaśnienia natury rzeczy to odwołanie do tej  wszechogarniającej miłości. Widziałem zło i niesprawiedliwość, ale sądzę, że należałoby je traktować jako domieszkę, a nie element główny. Bóg tak bardzo nas umiłował, że obdarzył nas dobrą wolą. Podejmujemy decyzje, mimo wszystko najczęściej starając się działać w duchu miłości i współczucia. Kiedy przystąpiłem do pisania mojej książki, próbowałem posługiwać się językiem nauki, odwoływać do wiedzy neurochirurga, ale ponieważ się nie udawało, doszedłem do wniosku, że najpierw muszę zdefiniować, czym jest ta wszechogarniająca miłość. Pokazać, że to ona stanowi tkankę, z której został zbudowany wszechświat.

Czy można powiedzieć, że spotkał pan Boga, że ta wszechogarniająca miłość była Bogiem?

Cóż, mówimy tutaj o źródle całego wszechświata. Dlatego też stwórca, którego ujrzałem, to najwyższe istnienie, wykracza poza małe ludzkie pojęcia, które potrafiliśmy stworzyć. Dlatego też tak niepewnie korzystałem przy pisaniu książki z pojęcia Boga. Słowo Bóg to tylko produkt naszej kultury, naszego niedoskonałego intelektu. To po prostu słowo, które w najmniejszym stopniu nie opisuje doświadczenia nieskończonej miłości, nieskończonej wiedzy, nieskończonej potęgi. Ale jednocześnie mam przekonanie, że to najwyższe istnienie jest obecne w sposób najbardziej osobisty w każdym z nas. Myślę, że nazwanie tej istoty Bogiem byłoby bardzo odległe od tego, co naprawdę zobaczyłem. To było coś znacznie większego niż to, co w naszym ułomnym rozumowaniu za Boga uważamy. Nie da się tego opisać za pomocą języka, który jest nam dostępny.

Byłem bardzo pokrzepiony, czytając opisy doświadczeń z pogranicza śmierci spisanych przez inne osoby. Mój starszy syn przekonał mnie, że najpierw powinienem opisać to, co sam zapamiętałem ze swojej podróży, a dopiero potem sięgnąć po cudze teksty. I tak właśnie uczyniłem. Ale wszędzie w książkach opisujących doświadczenia z pogranicza życia i śmierci występuje pewien wspólny wątek, i to jest dla mnie takie pokrzepiające, to wspólne transcendentne doświadczenie Boga. Jednak Boga znacznie potężniejszego i bardziej miłującego niż to, co jest opisywane w naszej literaturze. Także w tekstach religijnych, które nie są w stanie opisać prawdziwej natury tej najwyższej istoty. Nasz język nie daje sobie z tym rady.

Czy po tym doświadczeniu wciąż uważa się pan za chrześcijanina?

Jestem znacznie bardziej religijny niż kiedykolwiek byłem i znacznie bardziej zajęty sprawami ducha. Wiem też, że rzeczywistość polega na tym istnieje Bóg, który jest mocą, miłością i przebaczeniem. Te prawdy zostały objawione ludzkości przez Jezusa Chrystusa i znajdziemy je w Biblii. Natomiast każda religia, która niesie przesłanie miłości, współczucia, przebaczenia jest jak najbardziej spójna z tym, co przeżyłem w czasie swojej podróży do innej rzeczywistości. Wszyscy: chrześcijanie, muzułmanie, żydzi, ateiści, sceptycy – wszyscy są kochani przez Boga. Jeżeli jakakolwiek religia twierdzi, że jest lepsza niż pozostałe, jeżeli jej wyznawcy twierdzą, że tylko oni mają rację i w imię tego gotowi są walczyć – to jest wynik słabości naszego umysłu. Dlatego powinniśmy porzucić wszelkiego rodzaju dogmaty, które dzielą ludzi.

Pisze pan jednak, że kiedy pan przebywał w stanie śpiączki, pomagała panu chrześcijańska modlitwa bliskich, że była dla pana wsparciem w drodze do najwyższej istoty.

Modlitwa ma ogromną siłę w przypadku, kiedy modlimy się o to, by została spełniona wola Boga. W innym wypadku niekoniecznie będzie nam dane to, o co prosimy. Wcześniej uważałem, że wiele moich modlitw nie zostało wysłuchanych. Często tak nam się wydaje, że nie dostajemy tego, o co prosimy, prosimy o zdrowie, a wciąż jesteśmy chorzy. Ale to dlatego, że jesteśmy istotami niedoskonałymi, nasze ciała są skazane na śmierć. Ale mamy przecież nieśmiertelną duszę.

Wielki sukces pańskiej książki jest spowodowany nie tylko niezwykłą naturą pańskiego doświadczenia, ale także tym, że jest pan naukowcem i to do tego neurochirugiem, który jak mało kto rozumie działanie mózgu. Ludzie szukają naukowego potwierdzenia, że istnieje życie po śmierci, i znajdują je u pana, w książce „Dowód".

Ponieważ zapadłem na bakteryjne zapalenie opon mózgowych, przestała działać moja kora mózgowa. Gdyby przyczyna śpiączki była inna, nie doświadczyłbym tego, czego doświadczyłem. Zetknąłem się z rzeczywistością, która nie mogła być dziełem ludzkiego umysłu. Najważniejszym problemem nauki o mózgu jest kwestia, skąd bierze się świadomość. Jej istnienie wiążemy z korą mózgową, tymczasem mój przypadek dowodzi, że ten związek nie istnieje.

Sądzi pan, jak Carl Gustav Jung, że wbrew temu, co twierdzą naukowcy, mózg nie wytwarza świadomości, że pochodzi ona z zewnątrz? Uważa pan, że daje nam ją Bóg?

Tak, jest dokładnie tak, jak pan powiedział. Świadomość pochodzi od Boga.

Jako chrześcijanin po tym doświadczeniu bardziej wierzy pan w zmartwychwstanie Jezusa?

Swoim przykładem Chrystus przez to, że zamieszkał wśród nas, pokazał nam, że istnieje życie wieczne. Dlatego nie powinniśmy się bać śmierci. Koniec ciała nie jest końcem istnienia.

Eben Alexander (ur. 1953) jest neurochirurgiem, wieloletnim wykładowcą Harvardu. Jego książka „Dowód" opisująca okres śpiączki stała się w USA bestsellerem z wielomilionowym nakładem, a autor z dnia na dzień stał się osobą powszechnie znaną, zapraszaną do wszystkich liczących się mediów. Artykuł okładkowy jego autorstwa znalazł się m.in. w jednym z ostatnich wydań papierowego „Newsweeka". Obecnie prowadzi fundację Eternea zajmującą się propagowaniem życia duchowego.

Czy to, co się panu przydarzyło i co opisał pan w swojej książce „Dowód", można nazwać zmartwychwstaniem?

Zobacz na Empik.rp.pl

Pozostało 99% artykułu
Plus Minus
Tomasz P. Terlikowski: Taka debata o aborcji nie jest ok
Plus Minus
Europejskie wybory kota w worku
Plus Minus
Waleczny skorpion
Plus Minus
Gość „Plusa Minusa”, Jacek Kopciński, opowiada o „Diunie”, „Odysei” i Coetzeem
Plus Minus
Do ostatniej kropli czekolady