Kształtne biusty, ludowe stroje, energiczny rytm i tekst wychwalający zalety Słowiańszczyzny. To nie jest opis występu zespołu ludowego w stylu Mazowsza, tylko teledysku do największego polskiego hitu tej jesieni. Piosenki „My, Słowianie" autorstwa duetu Donatan (znany raper) i Cleo (młoda piosenkarka).



Zapewne część czytelników nigdy o tej piosence nie słyszała, co jest efektem osobliwej polityki repertuarowej większości stacji telewizyjnych i radiowych, które nie nadają muzyki lubianej przez publiczność. Ale od czego jest Internet. 22 miliony odsłon na YouTube w ciągu niespełna miesiąca to prawdopodobnie rekord w historii polskiej sieci. O skali zjawiska świadczy też to, że piosenka dorobiła się w ciągu parunastu dni kilku bardzo popularnych parodii (heavymetalowej, discopolowej, wersji wiewiórek i męskiej, która ma aż dwa miliony odtworzeń!). Ba, choć piosenki nie zauważyła jeszcze znaczna część polskich mediów, skomentowano ją za granicą, a konkretnie w brytyjskiej BBC. Zresztą opinia wyrażona przez Anglików, że pokazywane w teledysku biusty to „niemal pornografia", w kontekście golizny, którą epatuje dziś co druga reklama czy film fabularny, brzmi zabawnie. Faktem jest, że aluzji erotycznych tu nie brakuje, ale o żadnej pornografii nie może być mowy, to żart na temat stereotypu „zdrowej wiejskiej dziouchy", a dyskusja na temat jakości dowcipu wielkiego sensu nie ma.



Ale przecież nie w biustach rzecz. Podobnych filmików są w Internecie dziesiątki, a żaden nie odniósł takiego sukcesu. Bo nie o goliznę idzie, tylko o muzykę, a ta naprawdę wpada w ucho. Kojarzy się trochę z bałkańskim folkiem, który u nas ma twarz Gorana Bregovicia. Tyle że „My, Słowianie" wyraźnie odwołuje się do polskich oberków i zaaranżowany jest znacznie bardziej nowocześnie niż piosenki w stylu „Prawy do lewego".



Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Donatan to bardzo sprawny producent, kompozytor i aranżer, umiejący korzystać z dobrodziejstw technologii. Zresztą, gdyby nie chodziło o leciutką muzykę do tańca, można by go nazwać też konsekwentnym ideologiem. „My, Słowianie" to coś w rodzaju postscriptum do jego bestsellerowej płyty „Równonoc", która swój tytuł wzięła od słowiańskiego święta Jarego. Może i refren „My, Słowianki, wiemy, jak użyć mowy ciała,/ Wiemy, jak poruszać tym, co mama w genach dała/. To jest ta słowiańska krew, to jest ta uroda i wdzięk!" nie brzmi zbyt poważnie (zwłaszcza w kontekście zdjęć falujących biustów), ale już przesłanie „To, co nasze jest, najlepsze jest, bo nasze jest" nie pozostawia wątpliwości, o co idzie. O apoteozę swojskości, która w tym wypadku przybrała postać słowiańszczyzny, o powrót do korzeni naszej kultury i próbę wzniesienia czegoś nowego na tym fundamencie.

Jest to tym bardziej zaskakujące, że na płycie „Równonoc", bodaj najlepiej sprzedającym się albumie ostatniego roku, który miał gigantyczny na dzisiejsze warunki nakład 75 tysięcy egzemplarzy, Donatan próbował pożenić ludowość z hip-hopem. Z gruntu przecież obcym naszej tradycji. Tymczasem nie dość że mu się to nieźle udało, to okazało się, iż publiczność pokochała „słowiański rap". Album nie tylko świetnie się sprzedał, ale i oglądał. Pochodzący z niego przebój „Nie lubimy robić" zanotował podobną liczbę odsłon na YouTube co „My, Słowianie" (22 miliony, tyle że przez rok).

Leje się miód i wódka

„Równonoc" to tak zwany projekt, do którego realizacji autor zaprosił kilkunastu polskich raperów, w tym gwiazdy takie jak Tede, Sokół czy Pezet. Po czym zadał im, by napisali teksty do kompozycji inspirowanych tym, co uważa się dziś za motywy słowiańskie. Na ile jest to bliskie prawdziwej muzyce naszych przodków, nie sposób zweryfikować. Z pewnością odpowiada jednak powszechnym wyobrażeniom na ten temat. Mamy do czynienia z bardzo konsekwentną kreacją artystyczną, gdzie wszystko do wszystkiego powinno pasować: muzyka, teledyski i teksty. Piszę powinno, bo z wykonaniem bywa różnie, ale zamysł jest oczywisty i momentami ciekawie zrealizowany.

W klipach biegają woje niczym ze „Starej baśni" Jerzego Hoffmana, przechadzają się płowowłose piękności, leje się miód i wódka (zdaniem twórców tradycyjny napój Słowian, choć skądinąd wiadomo, że jest u nas popularna raptem od 150 lat). Najważniejsze są jednak teksty, z których wyłania się obraz słowiańskiej Arkadii i pochwała tego, co tradycyjne. Nasze.

„Chcieli zabrać nam naszą kulturę, a w zamian dać nam swoją" – słyszymy we wstępie napisanym przez samego Donatana, który, dla dodania przedsięwzięciu powagi, czyta znany lektor Tomasz Knapik. A dalej następuje pochwała tradycyjnych ponoć cnót i usprawiedliwienie dla drobnych wad. „Nic mi się nie chce, nic nie muszę, nie ukrywam, że mam słowiańską duszę" – słyszymy w „Nie lubimy robić". „Nie lubimy robić, lubimy się wozić/. Ty wiesz o co chodzi, hymn dla wszystkich Słowian" – śpiewają raperzy. A gdyby chcieli się odwołać do  historii literatury, mogliby zacytować Mickiewicza: „Sławianie, my lubim sielanki" (notabene róg Wojskiego pojawia się tu zarówno w tekstach, jak i w teledyskach).

Bo o to w istocie idzie, że Słowianin nie lubi się napinać, nawet jeśli ktoś uzna nas za leni, jego problem. My wolimy żyć po swojemu, czyli przede wszystkim biesiadować. To jest fundament naszej tożsamości, wedle twórców płyty „Równonoc". „Mamy: morza i góry, Bałtyk i Murzasichle/ I robimy awantury pijąc wódkę i miód pitny/ Ze słowiańskiej kultury w sobie mam słowiańską krew/ Wcale jej nie czuję, ale budzi czasem dziwny zew" – oczywiście ów zew odzywa się najczęściej po spożyciu (jak w utworze „Budź się"). Bo przecież Słowianie „My pijemy wódkę/ Przysiądź na minutkę/ Wypij z nami, hej!" („Pij wódkę") – w tej kwestii cytatów może już wystarczy, ale zapewniam, że można by je znaleźć w każdej piosence bez względu na jej główny temat.

Znajdziemy tu też znaną z „My, Słowianie" pochwałę urody polskich kobiet („Idziemy ciemną drogą/ Tylko nasze kobity tak grzeszą urodą"). No i liczne odwołania do przeszłości oraz wspólnoty, męstwa i honoru. „Płynie w nas słowiańska krew/ Wraz z nią duma i honor/ Pomocna dłoń dla kumpli/ By żaden z nich w bagnie nie utonął" („Słowiańska krew"). Bo jesteśmy „Zawsze chętni do wojaczki i do antałyku/ Nieważne czy ubrani w kontusz, żupan czy garnitur".

Prawnuki Kraszewskiego

Co ciekawe, liczne są w piosenkach z „Równonocy" także odwołania religijne, ale chodzi w nich nieodmiennie o jakieś wyobrażone (czy może raczej urojone, bo nie wiadomo o nich zgoła nic) bóstwa pogańskie, bynajmniej nie o Kościół katolicki. „By pradawnych bogów czcić/ prawdę musisz w sobie znaleźć ty" – jak słyszymy w utworze „Z samym sobą". Jest to, oczywiście, prawda o korzeniach Słowian, a ci, którym się to nie podoba, nie mogą liczyć na pobłażanie: „Lewactwo pluje jadem/ Ciemnogród z lasu, my?/ My to pamięć najlepszych czasów!". My, czyli ci, którzy odwołują się do historii i tradycji. Na takich filarach opiera się tożsamość prawdziwego Słowianina, który – co nie bez znaczenia – musi być czasem patetyczny, a czasem dowcipny. „Gnój wyrzuciłeś?". „Wyniosłem". „A kurom to ty nasypałeś?". „Nasypałem". „A Ferrari żeś zatankował?" – słuchamy dialogu staruszki w ludowym stroju z raperem we wstępie do jednego z teledysków i ów przaśny dowcip jest dla „słowiańskiego rapu" typowy (ferrari zresztą naprawdę się w wiejskiej chałupie pojawia).

Poddaję te, umówmy się, niezbyt wyrafinowane teksty tak szczegółowej analizie, by ci z państwa, którzy o „Równonocy" nie słyszeli, z grubsza dowiedzieli się, o co w całej sprawie idzie. Warto, bo skala sukcesu Donatana jest naprawdę duża, a przecież dobrze wiedzieć, czego słuchają dziś nastolatki. To z jednej strony. Z drugiej zaś mamy tu do czynienia z najbardziej bodaj spektakularną w polskiej popkulturze apoteozą Słowiańszczyzny od czasów Józefa Ignacego Kraszewskiego i jego „Starej baśni" czy „Masława". Choć może i późniejszy o stulecie Karol Bunsch coś tu jeszcze dołożył.

Owszem, w muzyce pop nawiązań do ludowości, brzmień słowiańskich nie brakowało ani w PRL-u, ani w III RP. Był zespół No To Co i „Na szkle malowane" Katarzyny Gaertner oraz Ernesta Brylla, inspirowane folklorem góralskim. Tę linię kontynuują dziś bracia Golcowie i Zakopower (choć to już typowa muzyka pop). Ale bliżej naszych czasów mieliśmy kilka bardzo udanych przedsięwzięć nawiązujących do folkloru, takich jak płyta Grzegorza Ciechowskiego „ojDADAna" (z hitem „Piejo, kury piejo"), gdzie dawny lider Republiki wykorzystał autentyczne ludowe przyśpiewki. Były wspólne nagrania góralskiej kapeli Trebuni Tutków z Jamajczykami z Twinkle Brothers. Wciąż działa, nagradzana na świecie, Kapela ze Wsi Warszawa, której pracy na rzecz ocalenia kultury ludowej nie sposób przecenić (ostatnio związani z nią artyści wydali choćby głośną płytę „Gore" jako R.U.T.A z chłopskimi pieśniami protestu).

Zresztą i w literaturze, zwłaszcza tej fantasy, nie brakuje dziś twórców, którzy kontynuują dzieło Kraszewskiego. Szczególne zasługi na tym polu ma w ostatnich latach Elżbieta Cherezińska („Gra w kości" i, przede wszystkim, bestsellerowa „Korona śniegu i krwi"), ale do Słowiańszczyzny, czy w zasadzie jej wierzeń, nawiązuje w swoich książkach choćby popularny Andrzej Pilipiuk. Wątki takie znajdziemy też w powieściach Anny Brzezińskiej (np. „Opowieści z Wilżyńskiej Doliny"), u Rafała Dębskiego („Kiedy Bóg zasypia"), u Wita Szostaka (w kilku powieściach), u Konrada Lewandowskiego, a nawet, zapomnianego już w tej roli, Rafała Ziemkiewicza. Tyle że żaden z tych autorów nie odniósł ze swoimi słowiańskimi motywami tak spektakularnego sukcesu, jaki obecnie stał się udziałem Donatana.

Rodzimowierca

Podobnie jeśli chodzi o muzykę, „Równonoc" można nazwać przełomem. Owszem, płyta Ciechowskiego była sukcesem, podobnie jak popfolkowe nagrania Golców czy  „Koko koko Euro spoko" zespołu Jarzębina, ale żaden z tych wykonawców nie ogłaszał się, jak raper, odnowicielem Słowiańszczyzny. Inni po prostu korzystali z brzmień ludowych w swoich kompozycjach, włączając je w obieg kultury popularnej. Skąd takie ambicje wzięły się u Donatana, można się domyślać, zresztą on sam mówi o tym czasem w wywiadach.

Witold Czamara, bo tak się naprawdę nazywa, przez osiem lat mieszkał w Rosji (jest pół-Rosjaninem), gdzie słowianofilstwo wciąż jest żywe. A identyfikacja z grupą etniczną ma tam duże znaczenie psychologiczne i polityczne. To przecież na gruncie wspólnoty słowiańskiej budowana jest więź zarówno z Ukrainą, jak i Białorusią. Notabene w produkcjach Donatana wyraźnie słychać brzmienia rosyjskie, raper przyznaje też, że inspiruje go popularna za naszą wschodnią granicą forma czastuszki (czyli żartobliwej ludowej przyśpiewki). Być może rosyjskie korzenie artysty odpowiadają też za jego deklaracje w kwestii rodzimowierstwa. Bo choć u nas to absolutny margines, to na wschód od Bugu nie brakuje takich, którzy się do pogańskich rytuałów odwołują. Skądkolwiek by ta inspiracja się wywodziła, to jest dziś Donatan bodaj jedyną postacią życia publicznego, która opowiada w wywiadach, że „Kościół w Polsce to ambasadorstwo obcej kultury" i że warto wskrzesić dawne obyczaje.

Jak disco polo

Poza tym bardzo ciekawym rysem przesłanie jego twórczości trudno nazwać szczególnie odkrywczym. „Równonoc" oferuje dość banalną refleksję, kojarzącą się z przemyśleniami wiejskich filozofów z ławeczki serialu „Ranczo". A w swoim przekazie ów „słowiański rap" okazuje się zaskakująco bliski disco polo. Tam mamy uwznioślenie wspólnoty narodowej („Bo wszyscy Polacy to jedna rodzina), tu słowiańskiej („łączy nas słowiańska krew"). Cokolwiek miałoby to zresztą oznaczać, bo nie chodzi chyba o Słowian innych nacji, tylko raczej o naszych przodków. Ale najistotniejsze, że tak jak w piosenkach discopolowych, idzie tu o najprościej pojmowaną swojskość i tradycyjność, o biesiadę i przaśny dowcip. Przesłanie „Mama mi mówiła, ziomek: »Ucz się, pracuj, zdobądź żonę«./Tata na to: »Baw się chłopcze, jeszcze się urobisz po łokcie«" niczym poza rytmem nie różni się przecież od tego zawartego w piosence grupy Boys „Niech żyje wolność" („Niech żyje wolność, wolność i swoboda, niech żyje zabawa i dziewczyna młoda").

W obu przypadkach mamy do czynienia z utwierdzaniem autostereotypu, choćby w kwestii pijaństwa, ponoć przyrodzonego Polakom (czy Słowianom – jak ktoś woli). Bo jeśli kogoś interesują fakty, to są one takie, że może nie jesteśmy w tyle Europy, ale pijemy poniżej kontynentalnej średniej. Równie odległe od prawdy jest wyobrażenie słowiańskiego lenistwa, według badań jesteśmy bodaj najciężej pracującym społeczeństwem na Starym Kontynencie. Co zaś do zjawiskowej urody Słowianek na tle innych grup etnicznych to akurat w tej kwestii trudno coś ustalić, bo każdemu może podobać się co innego. Różnie też można oceniać naturalną podobno u Polaków rycerskość i honor, które w nagraniach Donatana są częstym motywem. Jedno jest wszak bezdyskusyjne i fundamentalne. Zarówno w przypadku disco polo, jak i „Równonocy" mamy do czynienia z muzyką, której twórcy odwołują się do swojego wyobrażenia na temat korzeni i wspólnoty. Chodzi im o polskość czy też słowiańskość brzmienia. Zresztą w obu wypadkach jest to dyskusyjne. Bo disco polo wzięło się od italo disco, a z kolei określenie „słowiański rap", jakim można nazwać piosenki Donatana, w zasadzie jest wewnętrznie sprzeczne. Bo rap to przecież muzyka murzyńskiego getta w Ameryce i nijak ma się ona do naszej tradycji.

Wrócić do korzeni

Tyle że nawet jeśli mówimy tylko o wyobrażeniach muzyków na temat etniczności ich kompozycji, to bardzo ważna wydaje się sama potrzeba poszukiwań. Przecież nie jest ona wcale oczywista, bo zdecydowana większość polskiej popkultury jest nieudolną podróbką nowości przychodzących z Zachodu. Tu zaś mamy do czynienia z ludźmi, którzy są dumni ze swojej tradycji, korzeni oraz historii kraju i pragną je przybliżyć szerokiej publiczności. Zostawmy już jednak disco polo i skupmy się na „słowiańskim rapie".

Gdy się nad tym zastanowić, „Równonoc" okazuje się najpełniejszą, choć oczywiście uproszczoną (by nie rzec, że zwulgaryzowaną), realizacją postulatów Marii Janion z „Niesamowitej Słowiańszczyzny". W głośnej książce sprzed kilku lat wybitna humanistka postawiła tezę, że gwałtowne odcięcie się od pogaństwa i narzucenie Polakom chrześcijaństwa jest główną przyczyną naszych problemów z tożsamością. Stąd bierze się, jej zdaniem, nasz kompleks niższości wobec Zachodu połączony w trudny do przecięcia węzeł z  poczuciem misji cywilizacyjnej na Wschodzie i przekonaniem o własnej moralnej wyższości nad Europą (z czego wyniknął mesjanizm). Zdaniem Janion nadszedł jednak czas, by wrócić do słowiańskich czy też pogańskich korzeni.

Nie przypuszczam, by Donatan czytywał eseje znawczyni romantyzmu. Jednak to, że wraz z gronem współpracowników odnalazł w sobie podobną potrzebę, wydaje się interesujące. Oczywiście w wersji rapera mamy do czynienia ze Słowiańszczyną mniemaną, bo z tych szczątków wiedzy na temat naszych przodków, jakie nam pozostały, naprawdę trudno cokolwiek zbudować. Ale czyż nie inaczej jest z wizją Marii Janion? Ona też była kwestionowana przez historyków zarzucających pani profesor nadinterpretację.

Pytanie brzmi tylko, czy Donatan znajdzie naśladowców. Na razie nie ma zbyt wiele powodów, by tak sądzić. Choć powoli coś się rusza. Wykonawców muzycznych, przyznających się do słowiańskości, wciąż przybywa. Na wiosnę w Krakowie ma się odbyć Slavic Music Fest, a popularna hiphopowa firma Prosto (sprzedająca ubrania) dziś reklamuje się hasłem „straight slavic flavour" („proste słowiańskie klimaty"), które kiedyś nie byłoby w ogóle zrozumiałe. Raper w jednym z wywiadów opowiadał, że z propozycją współpracy zgłosili się do niego urzędnicy od kultury. Jest więc szansa, że zostanie oficjalnie pasowany na odnowiciela słowiańszczyzny.

A kiedy w dzieło odnowy włączy się państwo, to z kilku muzyków i rekonstruktorów przebierających się w rycerskie zbroje może się zrobić cała armia. Oczywiście, mówiąc półżartem. Bo na serio to ciężko będzie odtwarzać coś, co jest kompletnie nieznane. Ale czy to zawsze ma decydujące znaczenie? Skoro polska szlachta w XVI wieku uwierzyła w to, że jesteśmy potomkami Sarmatów, dlaczego dziś nie mielibyśmy wrócić do fantazmatycznej Słowiańszczyzny?