Reklama

Świat zadowolonych głupców

W świecie pozbawionym wymiaru duchowego pozostaną nam jedynie wybory, które niczym nie różnią się od tych, jakich dokonują zwierzęta - mówi Zbigniew Stawrowski, filozof.

Aktualizacja: 05.06.2015 21:45 Publikacja: 05.06.2015 01:00

Baldassare Peruzzi, „Apollo tańczy z Muzami”: w XVI-wiecznej Florencji wiedziano, co ważne

Baldassare Peruzzi, „Apollo tańczy z Muzami”: w XVI-wiecznej Florencji wiedziano, co ważne

Foto: Bridgeman/FotoChannels

Plus Minus: Uniwersytet w Białymstoku był pierwszą publiczną uczelnią, która zdecydowała się na likwidację studiów filozoficznych z powodu ich „nierentowności". To tylko jednostkowy przypadek czy początek zamykania wydziałów humanistycznych w całej Polsce?

Zbigniew Stawrowski, filozof:
Niestety, widać już, że to może być poważniejszy problem. Dzisiejsza edukacja i sposób wychowywania młodzieży ograniczają im możliwość spotkania się z ludźmi, świadectwami, dziełami, które przypominają o istotnym duchowym wymiarze człowieczeństwa. Sprowadza się człowieka do zwierzęcia, które interesuje tylko to, gdzie tu zdobyć najlepszy pokarm. Tak można ująć wszystkie te systemy edukacyjne, które są nastawione na spełnianie potrzeb rynku. Dochodzi do tego także zewnętrzna presja, bo próbuje się nas, Polaków, potraktować jako rezerwuar siły roboczej: mniej czy bardziej wykształconej, ale jednak siły roboczej. Uniwersytety same zamieniają się w zakłady produkcyjne, których produktem mają być wykwalifikowani pracownicy – wysoko wydajne narzędzia pracy. Taka edukacja nie ma jednak nic wspólnego z autentycznym wykształceniem uniwersyteckim. Prawdziwa humanistyka otwiera horyzonty, odrywa od przyziemności, uczy godności, poczucia wartości – tego, że każdy z nas jest nie byle kim. A to bardzo przeszkadza w pogodzeniu się ze statusem jedynie siły roboczej, bo daje mocne punkty odniesienia, uczy też krytycyzmu, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy twierdzą, że nasze życie zamyka się jedynie w ramach zaspokajania potrzeb.

Podobno lepiej być dobrym spawaczem niż kolejnym politologiem bez pracy...


Można by na to odpowiedzieć dość brutalnie słowami Johna Stuarta Milla: „Lepiej być niezadowolonym człowiekiem niż zadowoloną świnią; lepiej być niezadowolonym Sokratesem niż zadowolonym głupcem". Wielu demokratycznych polityków w swoim oglądzie społeczeństwa oczywiście się z tym nie zgodzi, bo wiedzą oni dobrze, że im więcej głupców i ignorantów, tym łatwiej nimi można manipulować. Wystarczy tylko zapewnić ciepłą wodę w kranie, chleb i igrzyska, a wszyscy będą szczęśliwi i zadowoleni. Mill dodaje jeszcze: „Jeżeli głupiec i świnia są innego zdania, to dlatego, że umieją patrzeć na sprawę wyłącznie ze swego punktu widzenia. Drugiej stronie oba punkty widzenia są znane". I te słowa szczególnie chciałbym zadedykować tym, którzy dewastują polską humanistykę.

Świat bez niepotrzebnych politologów, filozofów, ogólnie humanistów, byłby przecież światem dobrych spawaczy, hydraulików i zdolnych inżynierów. Nawet jakbyśmy byli tylko „zadowolonymi głupcami", to chyba żylibyśmy w świecie zgody i bezpieczeństwa.

To właśnie dominująca dziś ideologia utylitarystyczna łudzi, że można wszystko tak rozplanować, by każdy żył w miarę bezpiecznie, przyjemnie i szczęśliwie. Możemy sobie wyobrazić taki świat, w różnych zresztą wersjach. Wszystko krążyłoby wokół podstawowych potrzeby: zjeść, napić się, pokopulować, wyspać się, no i nieco zabawy i rozrywki. Cała twórcza strona naszego umysłu byłaby zaangażowana w tworzenie mniej lub bardziej wyszukanych środków i narzędzi, które pozwalałyby zaspokajać te potrzeby. Możemy się tu odwołać do rzeczywistości, możemy przywołać literaturę. Z jednej strony w wersji twardej mówią o takim świecie totalitarne wizje George,a Orwella, gdzie powszechne zadowolenie z własnego życia deklamowane jest na komendę, a w wersji soft znajdziemy je choćby u Aldousa Huxleya. To świat, w którym podstawową wartością jest być szczęśliwym. Chodzi o to, bym był ciągle zadowolony, by nieustannie było mi dobrze. Niestety, możemy zredukować nasze człowieczeństwo wyłącznie do takich aspiracji; możemy się z tym pogodzić, co więcej, możemy wychowywać kolejne pokolenia w przekonaniu, że to właśnie jest najistotniejsze w życiu.

I co będzie się liczyło w takim świecie?

Osiągnięcie najwyższej możliwej dla nas pozycji społecznej, zarabianie odpowiedniej ilości pieniędzy, wysłanie dzieci na studia za granicę – oczywiście po to, by też osiągnęły jeszcze wyższą pozycję i jeszcze więcej zarabiały, czyli były bardziej szczęśliwe. I tu pojawia się pytanie: czy przypadkiem nasze dzisiejsze polskie elity nie należą już do świata, o którym tu rozmawiamy? Przecież „elity" polityczne, ale też artystyczne, nie mówiąc już o medialnych celebrytach, sprowadzają całe swoje życie do tego typu motywacji: mieć odpowiednie dochody, willę, atrakcyjne wakacje i tym podobne gadżety. To właśnie te ich aspiracje najwyraźniej widać i słychać na różnych taśmach, które ostatnio wyciekają do opinii publicznej. Nie mówiąc oczywiście o ich specyficznym języku, który nie powinien w tym kontekście dziwić. Jednak wciąż jeszcze istnieje u nas elita w tradycyjnym znaczeniu tego słowa: ona wyprzedza i podnosi społeczeństwo, może być dla nas wzorcem osobowościowym, kulturowym. To autentyczne elity intelektualne przebywające na co dzień w świecie wartości duchowych, a więc przede wszystkim spora część ludzi nauki i sztuki. To oni otwierają horyzonty, które zwykłym zjadaczom chleba wydają się niedostępne. Gdybyśmy wyobrazili sobie świat pozbawiony wymiaru duchowego, także ich zajęcie okazałoby się w najlepszym razie zwykłym rzemiosłem.

Reklama
Reklama

Czym dokładnie?

Kompozytor może tworzyć wielkie dzieła sztuki, ale przecież muzyka wcale nie musi być wyszukana, można ją bez trudu tworzyć na komputerze, wybierając na chybił trafił rytm, akordy, prostą linię melodyczną. I już powstaje utwór, który można puszczać w radiu na okrągło, wprawiając słuchaczy w stan radosnego podrygiwania. Podobnie sytuacja wygląda we wszystkich dziedzinach twórczości: pisaniu powieści, malarstwie, a także w nauce możemy spotkać się z podobnymi „dziełami". Natomiast prawdziwe dzieła kultury są zawsze próbą nazwania – za pomocą języka sztuki, muzyki, literatury, poezji, filozofii – czegoś, co jest bezpośrednio nienazywalne, co nas przekracza i wymyka się naszemu poznaniu. W świecie utylitarystycznej komercji nie ma miejsca nawet na poczucie, że istnieje coś, co mogłoby nas przekraczać. To świat, który ma swoją żelazną logikę, jasno wyznaczone i konkretne cele, które trzeba osiągnąć, by uzyskać pożądany poziom życia. A wymiar wielkiej humanistyki zaczyna się dopiero tam, gdzie perspektywa zadowolenia albo znika, albo schodzi na dalszy plan. Często wielkie dzieła ludzkiego ducha rodziły się z cierpienia, jako odpowiedź na nie. Ból, cierpienie, nieszczęście jest tym, co przychodzi nagle i nas zaskakuje. Jest czymś, czego źródło jest w pewnym sensie transcendentne, co przychodzi, jest nam dane i z czym musimy się zmierzyć. To wszystko wykracza poza świat, który sobie sami zaprojektujemy tak, by było nam dobrze.

W tym świecie nie byłoby elit – jak pan je nazwał – duchowych. Ale może w świecie, w którym obowiązuje równość w szczęściu, nie potrzebowalibyśmy elit w ogóle?

Zawsze istnieją jakieś elity. W każdym społeczeństwie są ludzie uznawani przez innych za najlepszych. Nie tylko w ustrojach arystokratycznych, gdzie najlepsi – aristoi – sprawują władzę, ale także w najbardziej egalitarnej demokracji. Ostatecznie sam podział na sprawujących aktualnie władzę i tych, którzy są jej poddani, nawet jeśli mają oni równe szanse, by ją pełnić w następnym rozdaniu, wprowadza określoną hierarchię. Ważniejsze jest pytanie, kim są te elity i pod jakim względem są to ludzie najlepsi. Mogą to być elity, o których pisali Platon i Arystoteles, wyróżniające się intelektem czy cnotą. Nasze słowo „szlachta" to przecież oznacza: to ludzie, którzy mieli być szlachetni. Ale elity mogą też wyróżniać się siłą, bezwzględnością czy umiejętnością manipulowania innymi, co doskonale widzimy w społeczeństwie demokratycznym. Wszelkie elity z założenia są wzorcotwórcze i kształtują na swój obraz społeczeństwo. Ktoś zawsze narzuca w społeczeństwie jakieś wzorce i pociąga za sobą innych. Dziś te grupy, które uchodzą w demokratycznym społeczeństwie za elitę, proponują wzorce, które oznaczają rezygnację z istotnego wymiaru człowieczeństwa.

Wyobraża pan sobie świat zupełnie pozbawiony jakiejkolwiek humanistyki, humanizmu?

Mogę sobie wyobrazić świat, w którym humanistyka pozostanie jedynie etykietką, za którą niewiele się będzie kryło. Bo to, że ktoś będzie pracował w dziedzinie oficjalnie zaliczanej do humanistyki, to jeszcze nie będzie znaczyło, że jest humanistą. To też trzeba jasno powiedzieć: nauki humanistyczne są dziś często uprawiane w taki sposób, że stają się zaprzeczeniem prawdziwej humanistyki. Jeden konkretny przykład z mojego podwórka. Pracuję w instytucie politologii, a nauka o polityce, decyzją mądrych gremiów, od pewnego czasu nie należy już do dziedziny humanistyki, lecz do nauk społecznych. To niby prawda, bo politologia po części rzeczywiście jest nauką społeczną, ale nauki społeczne sensownie rozumiane muszą funkcjonować wewnątrz humanistyki. Pojęcie humanistyki jest pojęciem szerszym, a nauki społeczne powinny być co najwyżej pewną podgrupą szerokiego nurtu humanistycznej refleksji nad człowiekiem. Dziś traktuje się te dwie dziedziny jako niezależne od siebie, co pociąga za sobą konsekwencje instytucjonalne i finansowe. Trudno zaprzeczyć, że polityka dotyczy głęboko człowieka. Nauka o polityce to nie są tylko badania socjologiczne, wyborcze (słupki, liczby itd.), lecz przede wszystkim opis, analiza motywów zachowania człowieka. Jeżeli odhumanizuje się naukę o polityce, także odhumanizuje się politykę. I to dziś już się dzieje.

Reklama
Reklama

Jakie będą tego konsekwencje?

Wyobraźmy sobie politykę jako świat relacji przedmiotowych: traktowanie ludzi w sposób instrumentalny, traktowanie państwa jako mechanizmu, który wystarczy odpowiednio nakręcić, by właściwie chodził. W kilku słowach: państwo jako maszyna. Te wyobrażenia znamy z XVIII wieku i ówczesnych wielkich, bardzo uproszczonych projektów politycznych. I w tak odhumanizowanej politologii i polityce człowieka, ale też całe grupy społeczne, będzie się traktowało jak komputer. Wprowadzamy do niego pewne dane, umysł to przetwarza w ściśle określony, z góry przewidywalny sposób i człowiek odpowiednio do tego reaguje. To właśnie w praktyce oznacza myślenie w kategoriach „input" i „output". Wszystko jest przewidywalne, wszystko można w zasadzie zaplanować. Mamy wręcz wyzbyć się tego, co nieprzewidywalne, choć nieprzypadkowe. Człowiek ma być wyłącznie zwierzęciem posługującym się rozumem, a raczej rozumkiem, który działa jak kalkulator, pomagając mu policzyć, jak najefektywniej zaspokoić swoje zwierzęce potrzeby. Mamy skupiać się wyłącznie na tym, co podsuwają nam zmysły. Ale jak człowiek ma dostrzec to, co jest prawdą, a co nie jest? Zmysłami tego przecież nie widzimy. Tak samo co jest dobre, a co złe, co jest piękne, a co jest szpetne. Tu odsłania się już zupełnie inna funkcja naszego umysłu, nie ta kalkulująca, lecz oglądająca rzeczy dla zmysłów niedostępne. I do tego wymiaru naszej rozumności i naszego człowieczeństwa odnosi się właśnie humanistyka. Bez niej ten wymiar byłby dla nas niemal niedostępny.

Bez znajomości odniesień kulturowych nasza komunikacja może stać się płytsza. Jednak nie będzie chyba tak, że zaczniemy rozmawiać ze sobą na poziomie żuli spod budki z piwem?

Każdą komunikację buduje się na podstawie wspólnego świata doświadczeń. Żule mogą rozmawiać o piwie: jedno im bardziej smakuje, a inne mniej. Mają oni świat wspólnych wartości, który jeden i drugi dobrze rozumie. Ważniejsze jest jednak to, że w świecie, w którym nie dostrzega się wyższych wartości, łatwiej dochodzi do konfliktu. Wyższe wartości mają to do siebie, że łączą. Możemy się nimi wspólnie cieszyć. Idziemy razem na koncert i słuchamy tej samej muzyki. Mnie nie przeszkadza, że pan słucha tego samego co ja – wręcz przeciwnie. Ale jakbyśmy byli bardzo spragnieni i mieli przed sobą tylko jedno piwo: też dobro – i dla pana, i dla mnie – doszłoby między nami do zwarcia. Jeśli pozostajemy na poziomie elementarnych dóbr, sytuacja jest bardzo konfliktogenna.

W świecie, w którym wypleniono by sferę duchową i prawdziwą humanistykę, nie uczono by historii?

Pewnie czegoś by uczono, ale czy byłaby to jeszcze historia? Historii można uczyć w sposób bardzo uproszczony, komiksowy, kreskówkowy. I do tego w sumie sprowadzają się pomysły wprowadzenia podręczników do wspólnej historii europejskiej. W takim świecie ludzie nie będą się utożsamiali z historią, bo nie będą widzieć analogii między doświadczeniami swoich poprzedników a swoimi własnymi niepokojami i lękami. Historia przestanie być rozmową z ludźmi, z którymi możemy się identyfikować i którzy mają nam coś ważnego do powiedzenia o dramatyczności ludzkich decyzji i wyborów. Historia będzie opowiadana w sposób maksymalnie zobiektywizowany: daty, miejsca, statystyki. Poznamy jedynie wielkie, globalne wydarzenia. Będziemy patrzeć na historię jako na całkowicie odhumanizowany zbiór faktów. To już nie będzie poszukiwanie ludzi, świadków istotnych wydarzeń, od których możemy się czegoś nauczyć... Ja jako filozof jestem w o tyle dobrej sytuacji, że mogę spotykać się, a nawet zaprzyjaźniać z ludźmi ze wszystkich epok. Prawdę powiedziawszy, wolę przyjaźnić się i rozmawiać z Sokratesem, Platonem czy Kantem niż z niektórymi współczesnymi profesorami filozofii, którzy z filozofią mają niewiele wspólnego, a dużo więcej z sofistyką. Podobnie jest z historią. Kiedy się czyta pamiętniki wybitnych postaci, np. wspomnienia Winstona Churchilla, to poznaje się prawdziwą historię, która jest naznaczona głęboko ludzkimi dylematami, sytuacjami granicznymi, w których często nie ma żadnego dobrego wyboru. Humanistyka polega na tym, by uczyć się być bardziej człowiekiem. I nieważne, czy to jest literatura, historia, czy królowa humanistyki: filozofia...

Reklama
Reklama

Skoro humanistyka uczy być bardziej człowiekiem, to bez humanistyki...

...bez kontaktu z dziełami wielkich humanistów będziemy w pewnym sensie niepełnymi ludźmi. Bo humanistyka to rozmowa z najmądrzejszymi o rzeczach najważniejszych. W tym sensie humanistyka nie jest zarezerwowana wyłącznie dla oficjalnych reprezentantów dyscyplin humanistycznych. Znamy wielu badaczy przyrody, którzy byli i są wielkimi humanistami. To nie chodzi o samą dziedzinę, w której ktoś jest ekspertem. Humanistą równie dobrze może być fizyk czy matematyk. Niedawno w czasie Dni Tischnerowskich wraz z księdzem Michałem Hellerem, wybitnym kosmologiem, spieraliśmy się o to, co jest bardziej podstawowe: filozofia przyrody, która opisuje świat, posługując się niezwykle precyzyjnym językiem matematyki, czy filozofia człowieka, często skazana na język metaforyczny daleki od matematycznej precyzji. Zgodziliśmy się, że choć niektórzy chcieliby za pomocą wzoru matematycznego opisywać także fenomen ludzkiej wolności lub miłości, to nie jest to dobry pomysł.

Ale co to znaczy, że będziemy „gorszymi ludźmi"?

Bez humanistyki i obcowania z tym wszystkim, czym zajmuje się humanistyka, ludzie zatracą wrażliwości na sprawy naprawdę istotne. Wszyscy będą mieć już wszystko poukładane w głowie, a wokół będzie się kręcił świat. Świat zadowolonych głupców trwających w dobrobycie. Możemy ten stan nawet sobie nazwać szczęściem, a co... Wszyscy będą tacy uśmiechnięci i nikogo nie będzie interesowało, jak to się dzieje, za pomocą jakich środków i jakich dopalaczy. W „Nowym wspaniałym świecie" Huxleya ten, kto w danej chwili nie czuł się wystarczająco szczęśliwy, mógł zażyć tzw. somę, narkotyk przynoszący błogostan. Dziś technicznie możliwy staje się świat, w którym będziemy na stale „podpięci" do rzeczywistości wirtualnej, przeżywając w niej na przykład nieustanny orgazm. Wielu o takim świecie wprost marzy, wielu innych, nieświadomie, robi wszystko, by do takiego świata nas wszystkich wcześniej lub później doprowadzić. Także tych, którym ten wirtualny orgazm jawi się raczej jako koszmar. A jawi się tak, bo ciesząc się swoją wolnością, mają wciąż inny punkt odniesienia niż tylko to, by się najeść, napić i pohulać.

W „Nowym wspaniałym świecie" ludzie byli przecież szczęśliwi.

Reklama
Reklama

Ale jeden z bohaterów powieści, nomen omen nazywany Dzikusem, zażyczył sobie od władcy tego świata prawa do niebycia „szczęśliwym". I może nam, humanistom, tylko to niedługo pozostanie... A z Orwella pamiętajmy to, że kto panuje nad przeszłością, ten panuje nad przyszłością. Opowiadając o historii, tworzymy w jakimś sensie człowieka.

Czy wolność zawsze stoi w kontrze do utylitaryzmu?

To pytanie klasycznego liberalizmu. Rzecz polega na tym, że państwo wolności jest państwem minimalnym. To znaczy, że pozostawia ludziom przestrzeń poszukiwania dobrego życia, nie narzuca nikomu żadnej wizji szczęścia. Projekty utylitarystyczne zaś zakładają, że państwo nie tylko może, ale i powinno ludzi uszczęśliwiać. Mamy różne wersje takich projektów: socjalistyczne, komunistyczne, a także liberalne we współczesnym rozumieniu tego słowa. Bo dzisiejszy liberalizm to jest liberalizm utylitarystyczny, który daleko odszedł od swoich wolnościowych korzeni. Klasyczny liberalizm zakładał, że państwo jest po to, by wyznaczać granice wolności i tworzyć ramy bezpieczeństwa, a reszta jest pozostawiona człowiekowi. Ale my jesteśmy chyba ostatnimi humanistami, którzy tak myślą. Inni już dziś wolą dostawać swoją dawkę somy. Państwo dostarcza ją poprzez telewizję, propagandę, igrzyska... Chleb i igrzyska: cały czas władza działa tak samo, by ludzie byli zadowoleni i się nie buntowali.

W demokratyczno-liberalnym, utylitarnym ze swej natury państwie humanistyka jest więc siłą rzeczy spychana na margines?

Tak, bo prawdziwa humanistyka oparta jest na wolności. Ona jest liberalna w klasycznym sensie tego słowa. Człowiek jest istotą wolną, ale trzeba rozumieć, czym jest ta wolność. Nie chodzi tu bynajmniej o samą wolności wyboru. Przypomnę tu proste słowa swojego mistrza i jednego z największych polskich humanistów ostatnich czasów, ks. Józefa Tischnera: „Jesteś wolny, kiedy nie idzie o to, czy w prawo czy w lewo, tylko o to, by w górę". Bo to jeszcze żadna wolność, gdy stoimy przed wyborem „w lewo" czy „w prawo": kawa czy herbata. Najgłębsze doświadczenie wolności mamy wtedy, gdy wybieramy między „w górę" a „w dół" – gdy wznosimy się lub upadamy.

Reklama
Reklama

Czyli?

Prawdziwa wolność jest tam, gdzie pojawiają się wartości moralne; gdy czujemy, że powinniśmy coś zrobić, coś powiedzieć, wobec czegoś zaprotestować. Kiedy na przykład mówimy prawdę, choć może nas to sporo kosztować, albo sami przyznajemy się do czegoś złego, choć wiąże się to z upokorzeniem. Nie mówiąc już o takich sytuacjach, kiedy w imię tego, co podpowiada nam sumienie, gotowi jesteśmy poświęcić życie. To wtedy wiemy, że naprawdę jesteśmy wolni. Jeżeli postąpimy tak, jak trzeba, rośniemy w swym człowieczeństwie. Jeżeli się tak nie zachowamy, np. zabraknie nam odwagi i skłamiemy – czujemy, że lecimy w dół. W naszym człowieczeństwie najważniejszy jest ten wektor: w górę i w dół. I o tym mówi prawdziwa humanistyka. Ona opisuje doświadczenie ludzi, którzy upadają albo wznoszą się do góry. W świecie pozbawionym wymiaru duchowego pozostaną nam jedynie wybory, które niczym nie różnią się od tych, jakich dokonują zwierzęta: wybrać taki lub inny kawałek mięsa... Oczywiście możemy to ubrać w różne wysublimowane cywilizacyjne przebrania, ale to wciąż będzie ten poziom „wolności".

O co będzie dbać jednostka w świecie pozbawionym wyższych wartości?

Jak wszystkie zwierzęta mamy instynkt samozachowawczy. Dlaczego mamy ryzykować? W takiej perspektywie to nie ma wtedy żadnego sensu. Sprowadzając cel życia do doskonalenia techniki zaspokajania naszych potrzeb, niezależnie od tego, czy jest to motywowane i organizowane indywidualistycznie czy kolektywistycznie, odczłowieczamy sami siebie, pozbawiamy się najważniejszego elementu naszego człowieczeństwa. Tym, którzy nie dostrzegają, że jest coś ponad zwykłym zaspokajaniem potrzeb, można tylko współczuć. Gdy zmagamy się z tym czymś wyższym, co nas przekracza, dopiero wtedy stajemy się w pełni człowiekiem. Humanistyka jest wyzwalająca, bo otwiera nas na pełnię człowieczeństwa i wyrywa z naturalnych skłonności, by żyć wygodnie. Owszem, każdy sobie czasem myśli, że fajnie byłoby żyć wygodnie, ale na dłuższą metę to jest potwornie nudne. Te wygodne momenty życia nabierają prawdziwego smaku wtedy, gdy wracamy z pola bitwy. Humanistyka otwiera przestrzeń wolności, a ten, kto pozostaje w schematach samozadowolenia, postępuje, jakby miał klapki na oczach. Jak koń z Orwellowskiego „Folwarku zwierzęcego", który, gdy tylko działo się coś złego, miał jedną odpowiedź: „Trzeba więcej pracować, trzeba więcej pracować...". To jest droga donikąd, a humanistyka otwiera okno i mówi: „Patrz w górę, jeśli chcesz, możesz podskoczyć!".

—rozmawiał Michał Płociński

Reklama
Reklama

Zbigniew Stawrowski jest filozofem polityki, profesorem w Instytucie Politologii Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz dyrektorem Instytutu Myśli Józefa Tischnera w Krakowie. Opublikował m.in. książki „Niemoralna demokracja" (2008) i „Solidarność znaczy więź" (2010)

Plus Minus
Ksiądz pedofil wykorzystywał Monikę jak tylko mógł. Zmowa milczenia i zaniedbania biskupów
Plus Minus
„Źródło czerni”: Polska w ciemnościach
Plus Minus
„Cartaventura: Lhasa”: Wyprawa po kartach
Plus Minus
„Jay Kelly”: Ostatnia gwiazda kina
Plus Minus
„Wysokie i niskie tony”: Bracia z różnych światów
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama