Popatrz na ten nowoczesny wieżowiec. Ochrona, recepcja, identyfikatory. Szybkie windy. Świat bankierów, maklerów, specjalistów od ubezpieczeń. Garnitury, białe koszule, papierowe kubki z kawą. Poranny pośpiech. Biurowce są metaforą życia w korporacji. Ty tu już jesteś, nawet jeśli na parterze, w sieciowej kawiarni, gdzie kłębi się tłum krawaciarzy, to nieźle. Ale pomyśl o tych, którzy są z innych miast, oddziałów terenowych. Albo pracują dla firm pośredniczących w sprzedaży „naszych produktów". Mogą się pojawić najwyżej na szkoleniach. Agenci, sprzedawcy, doradcy – sam dół drabiny żywieniowej. Żaden nie jest zatrudniony na etat, żaden nie ma prawa do urlopu. Żywią się prowizją, czyli tym, co wyrwą od klienta. Drapieżnicy? Nie, prawdziwi drapieżnicy są tutaj.

Skoro jesteś tutaj, na parterze, wiedz, że wszystko się dopiero zaczyna. Zobacz, ile tu pięter! W biurowcu najważniejszy jest dostęp do światła. O to idzie gra. Ludzie tłoczą się w małych salkach z jednym oknem wychodzącym na podwórko studnię. Albo mają widok na sąsiedni wieżowiec. Niektórzy dostają swój pokój, potem większy, większy i większy. Im wyżej, tym lepiej. Lepiej, gdy masz większy gabinet, bardziej obszerne okno, piękniejszą panoramę miasta przed sobą.

Wiesz, że nad tobą jest jeszcze gabinet, tylko że ci z pokojów obok też chcieliby tam zasiąść. A piętro niżej od ciebie? Oni z kolei marzą, by zasiąść w twoim gabinecie. Uważaj, żeby nie zrobić fałszywego kroku. Wchodzi się mozolnie, ale spada z błyskawiczną prędkością. Zatrzymujesz się na parterze, na trotuarze przy sieciowej kawiarni, czyli na dnie.

Spójrz na tych ludzi. Starsi, młodsi, piękni i nieurodziwi, wysocy, niscy, faceci, kobiety – różni. Wiesz, co łączy większość z nich? Nie wiesz?

To chciwość.

Dojechaliśmy. Teraz jesteśmy na bardzo wysokim piętrze. Jeśli to nadal metafora, to nie ma wielu wyższych pięter w tym mieście.

To piękny gabinet. Dwa wielkie okna, oba wychodzą na wspaniałą panoramę miasta. Mała salka konferencyjna, wielkie biurko. Na ścianach dyplomy uznania, dyplomy ukończenia, fotografie ze sławnymi ludźmi. I koniecznie zdjęcia rodziny.

Gdy chcesz ciągle awansować, to miasto staje się zbyt małe. Musisz stąd wyjechać. Zostać prezesem, który zarządza całym regionem, np. Europą Środkową. Albo przenieść się do centrali, która zarządza całą korporacją.

Były prezes banku: Jeśli powiem, że sam utopiłem dużo pieniędzy w systemie bankowym, to pan mi nie uwierzy – śmiech. – Niesłusznie, bankierzy też tracą. W oczach ludzi, dziennikarzy banki odpowiadają za wszystko. Ale sam pan dobrze wie, że to część prawdy. To rządy państw, regulatorzy rynku, politycy sprowokowali kryzys. Teraz winne są banki, bo banki są bogate, więc znienawidzone. Nie tak?

Myślę, że kryzys spowodowała chciwość.

Chciwość! Dlaczego pan tu jest?

Chcę napisać o tym książkę.

Dawno pan wpadł na pomysł?

Wydawnictwo wpadło, zadzwoniło do mnie...

Uważają, że sprzedadzą książkę, zarobią na tym. Są chciwi. Pan jest chciwy. Wszyscy jesteśmy chciwi. I powiem coś jeszcze, chciwość nie jest wcale zła.

Bankom puściły hamulce

Były dyrektor w dużej firmie doradztwa finansowego. Widzimy się w modnej warszawskiej restauracji, on pewny siebie, ofensywny, uprzedza pytania. Ubrany w markowe ciuchy, ale na luzie. – Trafił pan na ciekawy moment, zmieniam pracę – mówi. I opowiada:

Systemem wstrząsnął kryzys. Gdyby nie to, wszyscy byliby szczęśliwi i zarabialiby sobie pieniądze. Nikt nie chciałby słuchać o bezwzględności banków, bo każdy na dealach z bankami dobrze zarabiał. Oczywiście, banki i politycy, głównie w Stanach, przegrzali. Ameryce potrzebna była stała hossa, stały wzrost, bogacenie się ludzi, optymizm. Politycy korzystali z zadowolenia wyborców. Gdy jednak hossa zaczęła umierać, podtrzymywano ją sztucznie – regulatorzy, nadzorcy rynku zauważali, że politycy mrugają do nich okiem: „Poluzujcie, niech to trwa". To tworzyło atmosferę, że w zasadzie można wszystko i jakoś to będzie. Hamulce moralne zaczęły znikać – i mieliśmy tego dowody, bo banki wypłacały zarządom kolosalne, wielomilionowe premie, a potem zwracały się do budżetu o dotacje. Chyba najbardziej rozwścieczyli wszystkich faceci z firmy ubezpieczeniowej AIG [American International Group]. Najpierw wzięli z kasy amerykańskiego państwa 170 mld dol., a potem wypłacili sobie 160 mln dol. nagrody!

Zgadza się, że to wzbudza wściekłość. Ale przecież wszystkim to wisiało, dopóki banki dawały zarabiać. Biedacy z amerykańskich przedmieść, którzy nigdy nie mieli pracy, nie protestowali, gdy okazało się nagle, że mają szansę na kredyt hipoteczny i własny dom. Od początku było wiadomo, że te kredyty są niespłacalne albo prawie niespłacalne.

Co robiono? Agencje rządowe udzielały kredytu, a potem te wierzytelności sprzedawano bankom inwestycyjnym. One robiły z tego papiery strukturyzowane i pchały to dalej. Tak jakby dług bezrobotnego Afroamerykanina z Detroit miał większe szanse na spłatę, gdy się go sprzeda kilka razy, owijając w jakiś piękny papierek. Na końcu nie bardzo było wiadomo, co taki papier strukturyzowany zawiera. Ktoś go brał, pakował po swojemu, łączył z czymś innym i sprzedawał dalej. Znam analityków, którzy godzinami próbowali dojść, „co tam jest w środku", bez szczególnych sukcesów. Padało sakramentalne pytanie: „A kto to emituje?", „Lehman Brothers", „No to spoko", bo Lehman, przypomnę, zanim w 2008 roku zbankrutował, miał doskonałe ratingi. „Stary, co ty tam tak liczysz, ci goście mają A+". Mieli A+ czy A1 – a przecież kryzys zaczął się nie w 2008 roku, ale wcześniej. Oni latami sprzedawali ryzykowne instrumenty, zapewniając rynek, że są superbezpieczne.

U nas działało to podobnie. Ludzie zarabiali na hossie duże pieniądze. Pokupowali sobie działki i nieruchomości, potem je posprzedawali i zarobili na tym jeszcze większe pieniądze. Wyszli w odpowiednim momencie, strzygą trawniki przed rezydencjami. A inni zostali – dziś mają pretensje do całego świata. Stracili. Najpierw był szok, a potem uspokajanie się: „Spadło, to się odbije". Były nawet takie wykresy do pokazywania klientom. Świadczyły, że warto inwestować długoterminowo, nie trzeba wpadać w panikę, bo wszystko wróci na ścieżkę wzrostu.

Były dyrektor w dużej firmie doradztwa finansowego: Niezależnie od materiałów propagandowych, i tak wszyscy w to wierzyli: i banki, i sprzedawcy, i klienci. Odbije się, odbije – zobaczycie. Tylko że tym razem jakoś nie chce się odbić.

Mój znajomy stracił ciężkie pieniądze na produktach inwestycyjnych. Mówił mi tak: bankowcy pokazywali mi tylko „jasną stronę księżyca". Ale przecież nikt mnie nie zmuszał. Zainwestowałem, wtopiłem. Z drugiej strony, skąd miałem pieniądze na tę inwestycję? W 2005 roku kupiłem nieruchomość po 3,3 tys. za metr, w 2008 roku sprzedałem za 8,5 tys. Nie powinienem narzekać.

To racjonalne podejście. Choć i po naszej stronie barykady stało się sporo złego. Hamulce puściły. Zaczęło się od kredytów frankowych – udzielaliśmy ich na lewo i prawo, nie dbając o ryzyko i nie mówiąc o ryzyku. Były opcje walutowe wciskane przedsiębiorcom. Potem ubezpieczenia z lokatami inwestycyjnymi.

Myśmy nie chcieli mówić o ryzyku, a ludzie nie chcieli o nim słuchać. Wszyscy chcieli zarobić. Handlowaliśmy marzeniami.

Mogę tylko współczuć

Pośrednik kredytowy. M.M. to atrakcyjna, dobrze ubrana, bardzo zadbana kobieta. Umawia się chętnie, mamy wspólnych znajomych. Spotykamy się w modnej galerii handlowej. M.M. ma małą firmę, żyje z tego, że pośredniczy w załatwianiu kredytów hipotecznych i gotówkowych. Współpracuje z bankami i firmami działającymi na rynku nieruchomości.

Co ja mam mówić? – uśmiecha się.

O swojej pracy.

Pytaj.

Słuchaj, gdy nagle klienci orientują się, że jednak franki były pułapką, to?

Płaczą. A co jeszcze robić? Czekać, może kurs franka zejdzie do poprzedniego poziomu... Co tu mówić, wpadli jak śliwka w kompot. Mam klientów, którzy muszą sprzedać dom albo mieszkanie. Cena nieruchomości jest dużo niższa niż kredytu, który wzięli, ale nie mają wyjścia, muszą. Doradzam: jeśli ktoś nie musi sprzedawać, to lepiej, żeby tego nie robił. Ale jak ktoś musi, to musi.

Co wtedy?

Muszą się podeprzeć kredytem. A ja załatwiam wszystkie, i te hipoteczne, i te gotówkowe. Można przecież wziąć kredyt, żeby spłacić część innego kredytu. Po takiej operacji człowiek jest bez mieszkania, za to z kredytem gotówkowym na głowie. Co mogę powiedzieć... Mogę im tylko współczuć.

A ty bierzesz prowizję od hipotecznych i gotówkowych?

Taką mam pracę.

Franki brali najbiedniejsi

Właścicielka firmy pośredniczącej w uzyskiwaniu kredytów: Sprawa z kredytami frankowymi była banalnie prosta. Najpierw warto powiedzieć, że dziś samo pojęcie kredytu frankowego jest kwestionowane. Robią to prawnicy, w cudzysłowie walczący z bankami w ramach pozwów zbiorowych.

Dlaczego: w cudzysłowie walczący?

No, bo przecież robią to za ciężkie pieniądze i często wynajmują tych, którzy pracowali w bankach i decydowali o tych kredytach. Czyli sprytny bankowiec zarabia na frankowiczu dwa razy. Raz, gdy mu jako przedstawiciel banku dawał kredyt, drugi raz, gdy załatwi mu, jako reprezentant albo doradca kancelarii prawnej, ugodę z bankiem. Oczywiście rzecz nie dotyczy prostych sprzedawców czy doradców, ale ludzi z wyższej półki.

To jak było z kredytami frankowymi?

Były kredyty denominowane lub indeksowane we frankach. W kredycie denominowanym klient dostawał tyle złotówek, ile wynosił kurs franka w dniu, w którym przygotowano umowę. W umowie 1000 franków, po kursie 2 zł, czyli 2000 zł do wypłaty. Indeksowany różnił się tym, że kwota kredytu była zapisana w złotych polskich. Przeliczano ją na franki w dniu wypłaty kredytu. W jednym i drugim przypadku klient oczywiście franków nie widział. To wszystko budzi wątpliwości prawne, bo kredyt zgodnie z prawem to udostępnienie „określonej kwoty środków pieniężnych". A nikt nikomu franków nie dawał. A same banki nie miały fizycznie waluty. No, ale to są dywagacje prawne. Bo przecież wtedy sprawa była jasna – frank oznaczał niskie, szwajcarskie oprocentowanie, a więc niższą ratę, i klienci go chcieli.

Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

Żeby dostać kredyt, musisz mieć zdolność kredytową. By ją wyliczyć, potrzebny jest kalkulator – program, który po uwzględnieniu zarobków, kwoty kredytu, długości jego trwania pokazywał, czy cię stać, czy nie. Jako że oprocentowanie franka było niższe, to i rata wychodziła niższa. A więc zdolność kredytowa we frankach była większa niż w złotówkach.

Przychodzą ludzie i...

Przeważnie młodzi. „Chcemy kredyt!". Dobra, liczymy. „Przepraszam, ale nie macie zdolności kredytowej dla kredytu złotówkowego". „Co robić?". „Liczymy we frankach". Franki to mniejsza rata, więc nawet jeśli ktoś zarabiał niewiele, to zdolność kredytową miał.

Dlaczego tak się działo?

Banki chciały udzielać jak największej liczby kredytów, bo na kredytach zarabiały. Zdziwiłbyś się, jakie wnioski wtedy przechodziły.

Jakie?

1500 zł miesięcznego dochodu. 150 tys. kredytu? Proszę bardzo! Oczywiście w złotówkach nie byłoby szans, a we frankach przechodziło spokojnie. Banki dawały chętnie. 100 procent wartości nieruchomości, 120 procent. Ścigały się w udzielaniu kredytów, dlatego szły na takie numery: „Bo jak my nie damy, to konkurencja da. Przejmą klienta, będą mieli większą sprzedaż, a to my chcemy mieć większą sprzedaż od nich". A ludzie byli zadowoleni. Ich interesowała niższa rata. Głównie to. Kto tam myśli w perspektywie 10 lat o jakichś wahaniach kursu. Każdy myśli o najbliższych ratach. 600 zł czy 1200? Jasne, że 600! Przecież jeszcze trzeba kupić meble i panele położyć, i kafelki, i... Możesz im mówić o ryzyku, ale oni i tak cię nie słuchają. Skoro bank daje niską ratę, to po co brać wysoką ratę? Bank, proszę pani, to bank!

Mówiłaś im o ryzyku?

Zawsze. To waluta, nigdy nie wiemy, jaki będzie jutro kurs. A oni są nagrzani i jakkolwiek ich straszyć, i tak się raczej nie wycofają: „Proszę pani, 400 zł raty to dla mnie duża różnica".

Nie owijajmy w bawełnę, nawet jeśli mieli zdolność w złotych, to sami prosili się o franki. I powiem ci, że franki brali głównie najbiedniejsi. Takie jest moje doświadczenie. Jak ktoś miał większe pieniądze, to był skłonny do zastanowienia, a biedni nie mieli wyjścia.

Mówisz poważnie?

Frank jest poniżej dwóch złotych. Przychodzi do mnie znajomy, chce kredyt frankowy. Mówię mu: „Nie bierz, frank pójdzie w górę i stracisz". „Daj mi spokój, wypełniaj wniosek i się nie odzywaj!". Pan prezes, rozumiesz, znał się na wszystkim, choć nie pracował w kredytach. On wie lepiej. No, ale skoro mam się nie odzywać! To się nie odzywam. Wziął równowartość 4 mln zł. Dziś jest bankrutem, choć do tej pory mieszka w tej rezydencji, jeszcze go nie zwindykowali.

Doradcy, sprzedawcy namawiali do franków?

Doradca, którego spotykasz w banku, tak naprawdę tylko przyjmuje wnioski. Chłopak nawet nie musi się na tym szczególnie znać i przeważnie się nie zna. Ma za sobą szkolenia i tyle wie, co się tam dowie. Rzadko więcej, a nierzadko mniej. A na szkoleniach o ryzyku kursowym mówiono niewiele. Znam kilku doradców, którzy sami sobie wzięli kredyty frankowe, i to w najgorszym momencie. Oni mają być winni? Przestań! Sprawy, w jakiej walucie lepiej udzielać kredytu, decydowały się znacznie wyżej.

Ale doradcy i sprzedawcy też na tym korzystali. Ty zarabiasz na prowizjach, prawda?

Dostaję procent od udzielonego kredytu. Nie ma dla mnie szczególnego znaczenia waluta. Ktoś musi podpisać umowę i uruchomić kredyt, żebym ja dostała prowizję. Czyli mnie się opłaca, gdy ktoś kredyt bierze. Jak mu nie wychodzi w złotych, niech bierze we frankach. Z tym że nie spotkałam się raczej z pretensjami, że kogoś naciągnęłam. Zawsze pokazywałam porównanie: złotówka, frank, euro. Tylko że w tym porównaniu raty we frankach były najniższe. Drukuję pierwszą stronę kalkulatora: „Taka zdolność, taka rata". „Słabo". „No to liczymy franka".

I tu zawsze wypadało lepiej.

Tak, ale przecież to nie były moje warunki, tylko warunki banku.

W sumie ja tylko informowałam, jakie bank daje możliwości. Bo ja decydować za klienta nie mogę. Co mogę? Najwyżej zasugerować coś, coś podpowiedzieć. W sumie i tak jestem dużo bezpieczniejsza dla klienta niż pracownik banku. Ja współpracuję z kilkoma bankami, mogę pokazać różne oferty. Zależy mi na reputacji. A tam mają tylko swoją ofertę i ją sprzedają. Ważna jest „produkcja".

Dużo banki zarabiały na tych kredytach?

Na kredytach w walutach? Wiesz, to był potężny zarobek. W złotówce zarabiasz i złotówkę wpłacasz. Nic cię nie obchodzi. A tutaj pojawiają się dodatkowe elementy. Różnica kursu kupna i sprzedaży. Klient wirtualnie kupował franki droższe, a na kredyt wpłacał franki tańsze. To jest zysk banku. Dużo banków kusiło klientów: niskoprocentowy kredyt, niska marża, ale różnice kursowe były bardzo duże. Klienci przychodzili zachwyceni: „Tutaj dają kredyt na mały procent". „Niech pan spojrzy na różnicę kursową". Średnio różnica między kupnem a sprzedażą wynosiła 3,5 procent, ale niektóre banki miały nawet 6 procent! Oni byli nastawieni na zysk, a kredyty walutowe dawały im dobry zysk. Dlatego zamiast doradzać ludziom, czytali im reklamówki i pomijali milczeniem to, co w reklamówkach jest napisane drobnym druczkiem.

Autor jest dziennikarzem, pracował m.in. w „Rzeczpospolitej" i „Dzienniku", obecnie w „Tygodniku Powszechnym".

Powyższy tekst jest fragmentem jego książki „Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy", która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Czerwone i Czarne.

Śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95