Nowe szaty wojny

Rusznikarze i zbrojmistrze XXI wieku będą musieli dołożyć starań, by się przekwalifikować. Karabiny maszynowe, rakiety, ba, klasyczna amunicja pójdą w odstawkę. Przyjdzie dbać o stan elektromagnesów (zasięg do 400 km, przez morze przeleci), egzoszkieletów i cybermrówek.

Aktualizacja: 07.05.2016 07:02 Publikacja: 05.05.2016 14:04

Kadr z filmu SF „Elizjum”: w roku 2159 lekki egzoszkielet będzie obok broni podstawą wyposażenia reb

Kadr z filmu SF „Elizjum”: w roku 2159 lekki egzoszkielet będzie obok broni podstawą wyposażenia rebelianta

Foto: materiały prasowe

Miał rację (wbrew szydercom) minister Antoni Macierewicz, że broń elektromagnetyczna istnieje. Promieniowanie elektromagnetyczne (EM) wpływa na procesy zachodzące w mózgu ludzkim: jak wiadomo, niedobrze mieszkać blisko linii wysokiego napięcia. Ale czy rzeczywiście ktoś wypróbowuje takie moce na Polakach z Dolnego Śląska i Pomorza Zachodniego? Takie eksperymenty wymagałyby ogromnych agregatów, które trudno ukryć.

Co innego broń elektromagnetyczna do zastosowania na wojnie – tu sprawa jest poważniejsza. Od lat testują ją najsilniejsze armie świata. Taka broń stanowi prawdziwy przełom: wyrzucanie pocisków nie wymaga już użycia prochu, lecz prądu elektrycznego, a w działach laserowych pociski w ogóle zostaną wyeliminowane. Do rażenia wroga i jego sprzętu posłuży wiązka energii odpowiedniej mocy.

Po bombach A i H przyszła kolej na bombę E. W latach 60. spostrzeżono, że próby atomowe psuły urządzenia do transmisji satelitarnych, blokowały na pewien czas łączność radiową i zakłócały pracę dalej położonych radiostacji. Okazuje się, że wybuch atomowy i termojądrowy generują uderzeniową falę elektromagnetyczną zdolną do indukowania w napotkanych przewodach, urządzeniach elektrycznych i w ogóle częściach metalowych potężnych prądów niszczących delikatne urządzenia elektroniczne.

Piorunem w komputer

Przykładem takiego zjawiska w przyrodzie jest silne wyładowanie atmosferyczne: jeśli nastąpiło blisko, a nasz komputer nie był odłączony od zasilania, prąd indukowany w sieci może spowodować jego awarię. Szacuje się, że wybuch jądrowy o mocy 100 kt (kiloton) może wytworzyć impuls EM niszczący urządzenia elektroniczne na powierzchni równej połowie obszaru USA.

Gdyby w tym celu trzeba było za każdym razem odpalać bombę A lub H, metoda byłaby mało przydatna, a prawdę rzekłszy – zbyteczna. Powstały jednak uruchamiane wybuchem konwencjonalnym generatory fal EM, które dają impuls o mocy nawet do 40 GW (gigawatów), a więc gigantyczny. Istnieje możliwość precyzyjnego nakierowania go na konkretne obiekty, gdyż emitowana w ten sposób fala ma charakter kierunkowy. Nadto jej częstotliwość jest bardzo wysoka, a długość mała (rzędu milimetrów), jest więc w stanie przenikać przez niewielkie szczeliny i otwory. Zniszczenia będą ogromne: układy półprzewodnikowe w urządzeniach elektronicznych są bowiem odporne na napięcia od kilku do kilkudziesięciu woltów. Przekroczenie tych wartości powoduje ich zniszczenie na skutek przepięć albo przepalenia (efekt termiczny).

Możliwe jest także generowanie impulsów EM o niskiej częstotliwości i gorszej „celności", za to obejmujących większy obszar. Tego typu bomby nadają się do zaatakowania całego miasta. Teoretycznie wymagają zrzucenia przez samolot, przy czym od wysokości, na której nastąpi detonacja, zależą skutki, jakie się osiągnie. Wyższa wysokość detonacji pozwoli na zaatakowanie większego obszaru, ale z mniejszą intensywnością, gdyż impuls radiowy słabnie, jak każde promieniowanie, wraz z odległością. Możliwe będzie (albo już jest) wystrzeliwanie bomb EM jako pocisków artyleryjskich lub głowic przenoszonych przez rakiety bliższego i dalszego zasięgu, które podczas lotu będą rozsiewały takie prezenty zgodnie z zakodowanym rozdzielnikiem. Bomba EM przeznaczona do zrzucenia z samolotu może mieć masę kilkuset kilogramów.

Oślepione F-16

Pocisku EM można również użyć do obezwładnienia samolotu wroga. Akcja taka nie ma na celu zniszczenia go, jak po trafieniu klasycznym pociskiem lub serią z działka, ale unieszkodliwienie jego elektroniki. Dzisiejszy samolot bez elektronicznego wspomagania staje się latającą kupą kompozytów, gdyż traci rozpoznanie pola walki i kontrolę nad własnymi systemami. Wadą jest nieznana skuteczność takiego ataku: latające fortece będą miały (mają?) wbudowane odpowiednie zabezpieczenia (ekranowanie), dublowane kluczowe systemy itp. Dobre zabezpieczenie daje lotnikom zastosowanie światłowodów, a także – o dziwo – techniki lampowej, która wydawała się na amen odesłana do lamusa.

Bomba E i odpowiadające jej pociski czy głowice EM nie atakują celów bezpośrednio. Wymierzone w infrastrukturę przeciwnika mają uniemożliwić lub utrudnić mu skuteczną walkę przez oślepienie jego czujników i urządzeń sterujących. To broń stosunkowo tania, łatwa w użyciu, względnie „humanitarna", gdyż nie giną od niej ludzie (a przynajmniej nie powinni). Prawdopodobnie dysponują nią USA i Rosja, ale ani razu nie była dotąd w użyciu, a nawet gdyby była, trudno jej czasem przypisać konkretne skutki. Można ją zatem przynajmniej po części uważać za kryptobroń, której zastosowaniu nie towarzyszą widoczne gołym okiem spektakularne efekty, a te osiągnięte można przypisać działaniom innego rodzaju.

Prawdziwym hitem w kręgach wojskowych jest działo elektromagnetyczne względnie kinetyczne, w którym fachowcy zgodnie upatrują kandydata na broń przyszłości numer 1. Prace nad nim trwają w kilku krajach mniej więcej od dekady. W USA rozpatruje się dwa warianty działa EM; wersja morska, przeznaczona do instalowania na okrętach wojennych, nazywa się Railgun, wersja lądowa – Blitzer.

Podstawą działania tej broni jest indukcja elektromagnetyczna. Pocisk będący dobrym przewodnikiem umieszcza się na podłączonych do prądu szynach, a wytworzone silne pole elektromagnetyczne wypycha go z wielkim impetem z lufy. Tak wielkim, że zasięg pocisku przewyższa 400 km, podczas gdy największe działa używane obecnie przez US Navy biją zaledwie na 24 km. Nie mniej imponująco przedstawia się prędkość pocisku – 3600 m/s, czyli 8 M (w wersji lądowej tylko 5 M; M to tzw. liczba Macha oznaczająca prędkość dźwięku). Pociski takie nie zawierają materiału wybuchowego, gdyż samym swym impetem niszczą wszystko, w co tylko trafią. Okręty wojenne z racji swoich rozmiarów będą dla nich pierwszymi celami, a przed takim zagrożeniem, spadającym jak grom z jasnego nieba, nie widać na razie skutecznej obrony.

Działo EM ma także wady: przede wszystkim jest straszliwie prądożerne. Trzeba by wozić za nim małą elektrownię gwarantującą wytwarzanie prądu o natężeniu 5 megaamperów. Szyny, bez których nie da się strzelać, szybko korodują – trzeba je zatem co pewien czas wymieniać. Wszystko to wpływa na szybkostrzelność, która nie jest imponująca: 10–12 strzałów na minutę. Oczywiście działo takie musi być obstawione elektroniką, która obliczy tory pocisków, ponieważ cel oddalony o 400 km znajduje się daleko poza zasięgiem optycznym. Bez zaangażowania lotnictwa (dronów), a nawet orbitalnych systemów śledzących się tu nie obejdzie. Działa EM znajdą się w wyposażeniu amerykańskiej armii prawdopodobnie w 2025 roku.

Frontowe solarium

W porównaniu z Railgunem czy Blitzerem broń nazwana ADS – Active Denial System – bardziej przypomina zabawkę, gdyż dawkuje na odległość impulsy elektromagnetyczne. To przypominające antenę urządzenie nie strzela pociskami, ale promieniami EM, które przenikają przez ubranie, wywołując ból i zmuszając delikwenta do ucieczki. Z samego opisu widać, że jest to broń skierowana przeciwko ludziom, która ich nie zabije, tylko przypiecze falami dłuższymi niż rentgen i krótszymi niż te w mikrofalówkach.

Według testujących tę broń wojskowych 83 procent wiązki zatrzymuje się tuż pod skórą (kto to zmierzył?), więc ofiary takiego ostrzału nie ugotują się od środka. Skąd taka pewność, nie wiadomo, skoro ci, którzy znajdą się w pierwszych szeregach, dostaną większe dawki w porównaniu z tymi, którzy będą rozsądnie dekować się z tyłu. Ból wywołany przez promienie jest podobno tak duży, że żołnierzy opuszcza wola walki i uciekają w panice, porzucając sprzęt i oręż; z tego też powodu ADS nazywany jest też bronią „do widzenia".

Łatwo dojść do wniosku, że ten sam ADS może być zastosowany w warunkach pokojowych: do tłumienia demonstracji, przeciwko kibolom itp. Według zapewnień testujących jest to broń „humanitarna", gdyż najgorszym skutkiem, jakiego doznali ochotnicy, na których ją próbowano, były oparzenia drugiego stopnia. Zwykle efektem kontaktu z ADS są zaczerwienienia i małe bąble, chyba że skóra stykała się z metalem. Także ta broń ma poważne wady: nie działa za dobrze w śniegu, deszczu i kurzu, natomiast ładuje się przez 16 godzin. Nic nie wiadomo o regulacji długości fal używanych przez ADS, ale gdy ktoś przez nieuwagę albo w sytuacji krytycznej zmieni zakres emitowanych fal na krótsze, żołnierze wroga zostaną upieczeni żywcem. Teza o humanitarności ADS okazuje się co najmniej przedwczesna.

Do broni EM zaliczają się również lasery bojowe, które strzelają skondensowanym światłem, a więc, jakkolwiek by patrzeć, promieniowaniem elektromagnetycznym. Dokładniej rzecz ujmując – używają wiązek podczerwieni i niszczą cel przez podgrzanie go. Pocisk trafiony przez laser traci orientację, wybucha jego paliwo albo rozstraja się głowica bojowa. Impuls niszczący obiekty wroga rozchodzi się – jakżeby inaczej – z prędkością światła i jest niesamowicie celny. Strzały kosztują tyle, ile użyty do nich prąd elektryczny.

Amerykański prototyp działa laserowego ma moc 30 kW, a jeden strzał kosztuje mniej niż dolara. Dopóki ta moc nie ulegnie wydatnemu zwiększeniu, można w ten sposób strącać rakiety, drony czy szkodzić motorówkom, ale przeciwko samolotom czy okrętom niewiele się poradzi. Wadą działa laserowego jest mały zasięg, nieprzekraczający paru kilometrów, który może ulec dalszemu zmniejszeniu wskutek zanieczyszczeń powietrza. W pyle, deszczu czy mgle tłumienie impulsu laserowego jest znaczne, a trudno przecież się zgodzić na to, by o skuteczności broni decydowała pogoda.

Zbroja

Gdy już moc broni laserowej okaże się dostateczna, po wyniesieniu na orbitę będzie ona siać straszliwe spustoszenia wśród satelitów wroga. W początkowej fazie wojny, której wybuch futurolog George Friedman naznacza na połowę XXI wieku, walka toczyć się będzie o oślepienie przeciwnika, czyli o wyeliminowanie jego obserwatorów orbitalnych. W książce „Następne 100 lat" Friedman szczegółowo opisuje konflikt, do którego dojdzie pomiędzy tzw. blokiem polskim i wspierającymi go Amerykanami a Turcją i Japonią. Przy okazji przedstawia oręż, jaki w tej wojnie zostanie użyty.

Amerykanie będą wówczas tradycyjnie dominowali w kosmosie, choć dziś nie widać, aby się o to specjalnie starali. Podstawą ich uzbrojenia będą trzy gwiazdy bojowe, rozmieszczone wokół Ziemi co 120 stopni na orbitach geostacjonarnych (36 tys. km nad Ziemią). Jedna będzie wisieć nad Ugandą, druga nad Peru; z oględzin globusa wynika, że trzecia będzie patrolować strefę Pacyfiku. Będą się na nich mieścić posterunki obserwacyjne, ale także ekipy remontowe i oddziały wojskowe czyszczące orbity z satelitów.

Same satelity, kosztujące po kilka miliardów dolarów sztuka, będą otoczone własnymi grupami bojowymi. (Friedman czyni tu analogię do lotniskowców, które pływają w konwoju ochraniających je okrętów). Gwiazdy bojowe będą dowodzić tą armadą orbitalną, wskazywać jej cele i śledzić ich niszczenie. Swoją rolę odegrają też w działaniach na Ziemi: będą naprowadzać na cele superszybkie samoloty naddźwiękowe (np. 10 M) i dysponować dokładnym przeglądem pola walki. Kto utraci swoje „oczy" orbitalne, będzie musiał walczyć po omacku, jak za króla Ćwieczka.

Radykalnej zmianie ulegnie także wojna na powierzchni Ziemi. „Najważniejszą bronią będzie opancerzony piechur w zasilanym energią elektryczną kombinezonie, który uniesie znaczny ciężar i ochroni żołnierza, a także pozwoli mu szybko się poruszać. Będzie go wspierać wiele opancerzonych systemów przenoszących zaopatrzenie i akumulatory. Te ostatnie będą najważniejsze. Wszystkie zaawansowane systemy, zasilane elektrycznie, będą wymagały doładowania. Podczas wojny w XXI wieku elektryczność będzie tym, czym była benzyna podczas wojny w XX stuleciu", zapewnia Friedman.

Owi opancerzeni piechurzy mają stanowić o sile armii: rozwinięci w szyku bojowym będą walczyć samotnie, widząc przed sobą pole ostrzału mierzące dziesiątki kilometrów. Oczywiście to elektronika zapewni im przegląd sytuacji i kontakt z innymi piechurami. Dysponować będą siłą ostrzału porównywalną z czołgiem, ponadto zaś, podłączeni do systemów automatycznych, w razie potrzeby wezwą wsparcie ponaddźwiękowych samolotów stacjonujących o tysiące kilometrów dalej. Takimi piechurami blok polski walczyć będzie z Turcją; kluczem do zwycięstwa Polski stanie się energia z orbity, dostarczana mikrofalowo do przenośnych odbiorników i na miejscu przetwarzana na prąd.

Friedman zwraca uwagę na jeszcze jeden element przyszłej wojny: na precyzję. To nie będzie zasypywanie wrogich miast tysiącami ton pocisków i bomb, co przy znikomej celności gwarantowało zniszczenie sił wroga na zasadzie statystycznej. Wojna z połowy XXI wieku polegać będzie na uderzaniu z chirurgiczną precyzją tam, gdzie wróg poniesie największe szkody. Owi piechurzy w pancerzach będą stosunkowo nieliczni; ich liczba sięgnie zaledwie tysięcy, w odróżnieniu od milionowych armii walczących w II wojnie światowej. Odpowiednio mniej będzie poległych, a ofiary wśród ludności cywilnej mają być stosunkowo nieliczne. Będzie to więc wojna sprzętowa z niezbędnym udziałem ludzi, ale główny jej ciężar zostanie przeniesiony na niskie orbity w kosmosie. Na dole superszybkie samoloty bezzałogowe błyskawicznie dopełniać będą dzieła zniszczenia.

W wojnie tej Polska i Ameryka okażą się zwycięzcami; Turcja, Japonia i Niemcy, które włączą się w ostatniej fazie, zostaną pobite. Polska odzyska i nawet powiększy swe imperium z XVII wieku, choć zniszczenia wojenne będą znaczne. Rosja wypadnie z gry już wcześniej, bo około roku 2030. Ech, piękny to obraz, choć w drugiej dekadzie XXI wieku mało co wskazuje na jego realność.

Cybermrówki, rozejść się!

Stanisław Lem pisał sporo przed Friedmanem, jednak on również akcję swojego szkicu „Weapon Systems of the Twenty First Century or the Upside-Down Evolution" umieścił w latach 40. i 50. XXI wieku. Szkic o „systemach broni i pułapkach ewolucyjnych" należy do grupy słynnych Lemowych apokryfów stylizowanych na autentyki.

Fikcyjny autor apokryfu utrzymuje, że zna historię XXI stulecia, gdyż ma za sobą lekturę ksiąg, w których została przedstawiona, opisuje więc to, co się wydarzyło realnie w przeszłości. Jak się okazuje, doszło wówczas do wytworzenia pierwocin broni dyspersyjnej, a więc takiej, która działa w rozproszeniu. Po cóż wysyłać wielką rakietę z głowicami atomowymi, którą łatwo zestrzelić, skoro można wyekspediować osobno drobiny uranu 235 albo plutonu 239, które dopiero u celu złożą się w masę krytyczną i doprowadzą do przykrej dla wroga eksplozji? Na cóż złożone systemy komputerowe, służące analizie pola bitwy i kierowaniu poszczególnymi oddziałami, skoro „szeregowemu żołnierzowi na linii bojowej zupełnie wystarczy zmyślność i rutyna pszczoły bądź szerszenia"? Po co stosować wojaków z krwi i kości, skoro można zastąpić ich miniaturkami, jak mali Chińczycy roznoszeni wiatrem u Vonneguta?

Owe miniaturki, wyposażone we wzorowane na owadzich rozumki, nieznające strachu przed wrogiem ani przed utratą życia, mogą w zagrożeniu błyskawicznie zakopać się w ziemi, a gdy presja minie, wyjść i nadal szkodzić przeciwnikowi. Ideałem byłaby armia gotowa rozproszyć się błyskawicznie i równie szybko złożyć z powrotem, przy czym obowiązuje tu pewna elastyczność: raz owe maszynki utworzą działo laserowe, a innym razem urządzenie skupiające promienie słoneczne na pewnym obszarze, by doprowadzić do korzystnych dla ataku zmian pogody.

Broń dyspersyjna była stałą obsesją Lema, pisał o niej w powieściach, w groteskach z „Cyberiady", rozważał – jak widać – teoretycznie, dostrzegając jej liczne walory. W połowie XXI wieku załamała się tendencja do budowania potwornych, zionących ogniem maszyn za miliardy dolarów sztuka, a inwencja budowniczych broni poszła w przeciwną stronę. Doszło oto do wyprodukowania syntetycznych insektów („synsektów"), które drogą dalszej miniaturyzacji zamieniły się w kryptobronie. Jedne więc atakowały oręż przeciwnika, włażąc do luf czołgowych i do haubic i korodując je, tak że strzelanie z nich przestało być możliwe. Inne nie tykały karabinów ni granatów, jeno brały się od razu za żywych żołnierzy, jako „mikrobroń biotropiczna", migiem ekspediując ich z tego padołu. Trzecie zaś zajmowały się zwiadem i dywersją, przenikając do obozów wroga i na rozmaity sposób siejąc tam spustoszenie.

Z czasem ewolucja owych maluchów spowodowała wykształcenie nowych form walki polegających na naśladowaniu zjawisk naturalnych. Prokurowanie cyklonów, epidemii, kwaśnych deszczy itp. weszło do stałego repertuaru militarnego. Dawne armie złożone z ludzi, dowodzone przez generałów, atakujące i odpierające ataki, zostały tym samym odesłane do lamusa.

Oczywiście taką bronią, działającą jak pochód mrówek, trzeba umieć kierować, by po ewentualnej utracie rozeznania who is who nie obróciła się przeciwko swoim twórcom. Byłaby też łakomym kąskiem dla wszelkiej maści terrorystów, o czym Lem w 1983 roku, kiedy publikował szkic, ani pomyślał. Wskutek postępu nauk dziś wydają się one w zasięgu: skoro latające drony mogą pełnić funkcje militarne i wywiadowcze, to po zminiaturyzowaniu do wielkości owadów mogą już z grubsza przypominać broń dyspersyjną.

Z tego nagromadzenia przyszłych atrakcji militarnych nie wynika wniosek, że wojna zyska wkrótce na atrakcyjności albo przybierze bardziej „ludzkie" oblicze. Pozostanie tym, czym była zawsze: śmiercią, pożogą, cierpieniem, zniszczeniem.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

Miał rację (wbrew szydercom) minister Antoni Macierewicz, że broń elektromagnetyczna istnieje. Promieniowanie elektromagnetyczne (EM) wpływa na procesy zachodzące w mózgu ludzkim: jak wiadomo, niedobrze mieszkać blisko linii wysokiego napięcia. Ale czy rzeczywiście ktoś wypróbowuje takie moce na Polakach z Dolnego Śląska i Pomorza Zachodniego? Takie eksperymenty wymagałyby ogromnych agregatów, które trudno ukryć.

Co innego broń elektromagnetyczna do zastosowania na wojnie – tu sprawa jest poważniejsza. Od lat testują ją najsilniejsze armie świata. Taka broń stanowi prawdziwy przełom: wyrzucanie pocisków nie wymaga już użycia prochu, lecz prądu elektrycznego, a w działach laserowych pociski w ogóle zostaną wyeliminowane. Do rażenia wroga i jego sprzętu posłuży wiązka energii odpowiedniej mocy.

Pozostało 96% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Subskrybuj
Plus Minus
Kataryna: Niezasłużone szczęście obrońcy ministra Romanowskiego
Materiał Promocyjny
Jak wykorzystać potencjał elektromobilności
Plus Minus
Nowa dyrektorka PISF: Dialog i transparentność to fundamenty mojej pracy
Plus Minus
J.D. Vance. Nawrócony na Trumpa
Plus Minus
Atomowe szachy poza kontrolą
Plus Minus
Jan Bończa-Szabłowski: Lubił zapach pomarańczy