Emigracja lat osiemdziesiątych podzieliła pokolenia kochanków na dziesięciolecia. Stan wojenny tylko z rzadka nastrajał romantycznie, za to potęgował tęsknotę. A niewydolność peerelowskiego budownictwa i przykry obowiązek oczekiwania na własny kąt skazywał na pomieszkiwanie z rodzicami prawie do emerytury.

Jak więc było się kochać? A przede wszystkim gdzie? Zadawali sobie pytanie autorzy tekstów i potencjalni małżonkowie. Ci pierwsi radzili, by „gdzieś na dach wynieść koc" i to najlepiej w czasie, gdy „mąż tam w świecie za funtem odkładał funt, na toyotę przepiękną, aż strach". Drudzy też radzili, ale już nie innym, tylko samym sobie, i to na tyle energicznie, że po stanie wojennym pozostał nam wyż demograficzny, o którym w epoce dobrej zmiany można tylko pomarzyć.

Swoją drogą poprzedni wyż zdarzył się też w nie najlepszych czasach, za Stalina, tuż po okupacji, co powinno dać do myślenia dzisiejszym architektom naszego życia zbiorowego. Bo w tych sprawach im gorzej, tym lepiej. Bieda, strach i ubóstwo zbliżają ludzi do siebie, wolność i bogactwo oddalają. „Nie mamy nic prócz siebie" – powtarzaliśmy w czasach wojny polsko-jaruzelskiej i wykorzystując krótkie chwile nieobecności rodziców, teściów i reszty rodziny, gasiliśmy światło i spontanicznie... podnosiliśmy wskaźniki dzietności narodu. Dziś, po nocnym powrocie z biura stać nas najwyżej na telewizję, szklaneczkę whisky lub dobrego koniaku i rozważania, gdzie to się wybrać na długi weekend. Szarm el-Szejk? Kanary? Rodos? A może jakieś urocze spa na Wzgórzach Dylewskich? Gdzie tu czas na rozmnażanie.

Oczywiście Kanary i Rodos nie są dostępne dla każdego. Dużo łatwiej wybrać się do Kartuzów lub na Zarabie. Tam też słońce świeci. Kocyk można rozłożyć. Dziecku dać pograć na komórce w węża, a samemu spróbować specjałów z lokalnego browaru. De-mo-gra-fia. Rząd pomyślał i o niej. Pomyślał i wymyślił pięćset plus. Pomysł polega na tym, by dać na dziecko pięć stów, lub więcej. Można kupić szczeniakowi podręczniki, zeszyty i długopis. Może jeszcze buty na WF i jakieś mniej kompromitujące dresy. Ale co zrobić z resztą? Minister Marczuk z Ministerstwa Rodziny etc. (strasznie długa nazwa) upiera się, że pięćset plus to również walka z ubóstwem, więc trzeba ten grosz wydać z sensem i na potrzeby dziecka. Po pierwsze więc, nowy telewizor. Czemu dzieci mają patrzeć na stary. Po drugie, auto. Oczywiście używane, po Niemcu, ale co auto to auto. Nowy dywan? Meblościanka? Wakacje nad morzem? Komputer? Dlaczego nie. W sumie każdy taki zakup służy rodzinie. A stopa mimowolnie pnie się do góry. Rośnie zamożność i komfort egzystencji. Bieda, strach i ubóstwo idą w zapomnienie.

I tu nagle jak ze ścianą zderzamy się z twardą empirią. Szybki rzut oka na cykl wyżu demograficznego nad Wisłą przypomina, że: im gorzej, tym lepiej. Zdecydowanie więcej nas się rodziło w środku stalinowskiej nocy i w mrokach stanu wojennego, kiedy w sklepach powszechnie dostępny był tylko ocet. Skąd więc ta naiwna wiara, że wskutek likwidacji stref ubóstwa nastąpi jakiś nagły wysyp noworodków? Moim zdaniem brak w tym logiki. Ale wyjście jest. Może nie całkiem popularne, nie do końca prawomyślne, ale za to garściami czerpiące z doświadczeń przeszłości. Demokrację chwycić za łeb. Zamknąć granice. Ukrócić swobody obywatelskie. Wolność słowa i tym podobne. A kapitalizm ponownie uznać za zarazę. Wtedy nawet pięćset plus zacznie działać jak trzeba. A miłość rozkwitnie jak nigdy. Może nawet jakiś Zenek Martyniuk zanuci na folwarku u prezesa Kurskiego „W domach z betonu nie ma wolnej miłości"? I pogra na gitarze.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95