Likwidacja małych sądów miała być kolejnym panaceum, które wprowadzi wymiar sprawiedliwości do nowego, wspaniałego świata. Okazała się jednak, jak często w podobnych przypadkach, demonem wypuszczonym z butelki. W rezultacie stało się jasne, jak wątłe podstawy prawne ma w Rzeczypospolitej niezawisłość sędziowska.

Setki sędziów przenoszono do nowej siedziby za pomocą aktów podustawowych, a następnie, jak dziś wiadomo, decyzji podpisywanych przez niepodlegających kontroli Sejmu urzędników. Wszystko to w atmosferze polowania na czarownice, „zaganiania do roboty". Nietrudno sobie wyobrazić, jak odbierano by podobne reformy, gdyby przeprowadzano je np. w jakimś euroazjatyckim państwie. Zasadnicze elementy całego procesu uznał Trybunał Konstytucyjny, choć nie obyło się bez zdań odrębnych. W efekcie szef resortu sprawiedliwości ma dziś prawo, niczym kierownik fabryki, w imię większej wydajności przenosić sędziów, bez ich zgody, do nowych siedzib. Czy przypadkiem nie obejmie to kiedyś sędziów wydających wyroki szczególnie nie po myśli władzy wykonawczej, to już inna sprawa.

Gdy kurz pozornie opadł, okazało się, że reformatorzy w procesie racjonalizacji dopuścili do bardzo niepokojącej sytuacji. Powstały wątpliwości, czy decyzje o przeniesieniu indywidualnych sędziów zostały wydane przez właściwy organ. Zgodnie z rewolucyjną logiką próbowano zrzucić winę na sędziów, którzy ośmielili się dostrzec problem. Teoretycznie niewielki błąd doprowadzić mógł, niczym ruch skrzydeł motyla w teorii chaosu, do bardzo dużych perturbacji w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości. W efekcie sprawa zawisła przed Sądem Najwyższym, który 28 stycznia 2014 r. w pełnym składzie musiał rozstrzygnąć, czy podsekretarz stanu ma prawo przenosić sędziów RP do nowych siedzib.

Sąd Najwyższy stanął przed oczywiście trudnym wyborem. Mimo że całą sprawę starano się przedstawić jako spór o pietruszkę, dotyczyła ona istoty podziału władz i niezawisłości sędziowskiej. Równocześnie należało uwzględnić takie wartości jak stabilność zapadłych już orzeczeń. Uznanie, że decyzje podpisane przez podsekretarzy stanu są nieważne, mogłoby prowadzić do podważenia prawomocnych wyroków. W rezultacie Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, w którym podzielił wykładnię odpowiednich przepisów w czasie. Uznał, że zapadłe decyzje wydano z naruszeniem prawa, ale najwyraźniej ze względu na inne normy konstytucyjne doszło do ich konwalidacji. Ustalenie skutków temporalnych wykładni sądowej nie jest ani rozwiązaniem oczywistym, ani zupełnie niespotykanym i zaskakującym. Zagadnienie to pojawiało się m.in. w amerykańskim czy angielskim systemie prawnym (tzw. prospective overruling) czy też w prawie niemieckim (Rückwirkung der Rechtsprechung). Debata o czasowym zakresie wykładni sądowej trwa również w Polsce. Rozwiązanie tego rodzaju zastosował SN już wcześniej w uchwale składu siedmiu sędziów SN z 5 czerwca 2008 r. (III CZP 142/07). W grudniu zeszłego roku ukazało się pierwsze całościowe opracowanie naukowe na ten temat, poświęcone prawu polskiemu.

Rozumowanie prowadzące do dzielenia skutków wykładni w czasie opiera się przeważnie na założeniu konieczności dokonywania prokonstytucyjnej interpretacji ustaw. Z kolei interpretacja konstytucyjna to nic innego jak ważenie różnych zasad i wartości. Nietrudno dostrzec, że w rezultacie to, co jest teoretycznie zbiorem niezmiennych, zero-jedynkowych reguł, staje się płynne i zależy od tego, którym wartościom przyznany zostanie prymat w danym momencie. Określanie czasowych skutków wykładni stanowi zatem nieuchronny wynik konstytucjonalizacji systemu prawa.

Dzielenie wykładni w czasie to jednak narzędzie bardzo skomplikowane, które musi być stosowane ostrożnie. Wskazuje na to między innymi analiza amerykańskiego systemu prawnego, gdzie czasowy zakres przełomowych orzeczeń US Supreme Court oznaczał dla niektórych skazanych wyrok śmierci, a dla innych dar życia.

Autor jest adwokatem, doktorem nauk prawnych, stypendystą Chinese Scholarship Council