Prezydent wręczył we wtorek akty powołania 211 asesorom sądów powszechnych i 18 sądów administracyjnych. Dla sądów – łaknących jak kania dżdżu nowych rąk do pracy – to dobra wiadomość. Zła jest natomiast taka, że Karol Nawrocki nie wysłał wcześniej postanowień o nominacji na ten urząd do kancelarii premiera celem uzyskania kontrasygnaty. Uznał bowiem, że nie musi tego robić, bo 25 czerwca Trybunał Konstytucyjny stwierdził, że przepis go do tego obligujący jest niezgodny z ustawą zasadniczą.

Oczywiście głównym celem wniosku skierowanego przez poprzednią I prezes Sądu Najwyższego było uzyskanie wyroku, który pozwoliłby prezydentowi decydować o obsadzie kierownictwa SN bez konieczności uzyskiwania podpisu premiera, a kwestia asesorów była na doczepkę, ale mleko się rozlało. Choć argumentacja przedstawiona w wyroku o wymownej sygnaturze K2/26, zdaniem ekspertów, z którymi rozmawiałem, jest na poziomie absurdu sięgającym co najmniej najwyższego szczytu Karakorum, ale ma to drugorzędne znaczenie w sytuacji, gdy wyrok nie został ogłoszony. Czyli zdaniem rządu nie istnieje.

Czytaj więcej

Prezydent Karol Nawrocki powołał ponad 200 asesorów sądowych. „Jest jedna kotwica”

Problem braku kontrasygnaty można rozwiązać

Istnieje za to problem, jak podejść do legalności w ten sposób powołanych asesorów. A w konsekwencji ważności wydawanych przez nich orzeczeń. By zostali dopuszczeni do pracy, asesorzy mają dostarczać otrzymane akty nominacji prezesom sądów, którzy następnie przekażą je do kancelarii premiera, by ten już post factum udzielił kontrasygnaty. Tyle że postanowienie o powołaniu asesora, które podpisuje prezydent (i do tej pory kontrasygnował premier), to co innego niż akt mianowania, który jest wręczany asesorom.

Zdaniem prof. Piotra Tulei, sędziego TK w stanie spoczynku, ten ambaras można przezwyciężyć. Mianowicie premier może zarządzić publikację postanowień prezydenta w Monitorze Polskim (ustawa o ogłaszaniu aktów normatywnych daje takie możliwości) i przy okazji udzielić kontrasygnaty. Jest zatem sposób, choć nienajłatwiejszy, na rozwiązanie problemów ustrojowych. Tylko pytanie brzmi, po co było je tworzyć? Po co otwierać dodatkowy front w tej wojnie i komplikować sytuację? Czyżbyśmy mieli za mało sędziów, których status jest podważany?

Prezydent postanowił utrwalić stan niepewności

Do tej pory zarówno asesorzy, jak i sędziowie powoływani na swój urząd po odbyciu asesury, byli wyłączeni poza nawias współczesnej wersji sporu o inwestyturę. Dzięki założeniu, że ich „zły dotyk” KRS nie kalał. Ba, mówiąc pół żartem pół serio, stały dopływ do wymiaru sprawiedliwości sędziów, których status jest niekwestionowany, mógł dawać nadzieję na przyszłość. Jeśli politycy nie doszliby do kompromisu w sprawie tego, co zrobić z tzw. neosędziami, a udałoby im się chociaż przyjąć nową ustawę o KRS, to z biegiem lat problem sam by się rozwiązał. Najwyraźniej jednak prezydentowi taki wymiar sprawiedliwości, w którym status sędziów jest nieustannie kwestionowany, spodobał się tak bardzo, że chciałby utrwalić ten stan na stałe.