Mecenas Mateusz Restel w tekście „Niemieckie rozwiązania, rodzime kłopoty” opublikowanym 8 lipca 2026 r. na łamach „Rzeczpospolitej” pisze o chaosie, który miałby wprowadzić do prawa konkurencji zakaz nadużywania względnej pozycji dominującej. Gdyby takie ryzyko faktycznie istniało, analogiczne przepisy z całą pewnością dawno usunięto by z systemów prawnych w Niemczech, Austrii, Francji, Hiszpanii i Portugalii. A nic takiego się nie wydarzyło. Zakaz nadużywania względnej pozycji dominującej od lat obowiązuje tam z powodzeniem i stanowi gwarancję, że większy kontrahent nie wyzyskuje przewagi kontraktowej względem mniejszego przedsiębiorcy.
W Polsce niestety jest inaczej i są na to dowody. Chociażby takie jak opisana przez media historia rodzimej marki Vissavi. Sieć tych butików kilka miesięcy temu zniknęła z centrów handlowych w całym kraju. Założycielka firmy Agata Blok wyjaśniła w rozmowie z Business Insider Polska, że jednym z głównych powodów zamknięcia interesu były „trudne warunki najmu” i „mur w negocjacjach” z centrami. „Musiałam zatrudnić radcę prawnego na etat. Pism, wniosków, negocjacji było tyle, że bez tego nie dało się funkcjonować. I nie mówimy o drobnych kwotach. To były setki tysięcy złotych – dla małej, rodzinnej firmy to suma niewyobrażalna” – mówiła pani Agata. Dodała też, że ciosem, który przesądził o losach firmy, było odstąpienie od umowy najmu we wrocławskim centrum handlowym, w którym ruch miał spaść o 90 proc. „Po decyzji o odstąpieniu od umowy galeria naliczyła karę umowną w wysokości ponad 200 tys. zł, którą – jak relacjonuje przedsiębiorczyni — niemal w całości pobrała, korzystając z zabezpieczeń zapisanych w kontrakcie” – można było przeczytać w artykule.
Dlatego jako organizacja reprezentująca setki polskich przedsiębiorców handlu i usług wiemy, że problem, na który odpowiada poselski projekt ustawy o zmianie ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów, jest i realny, i poważny.
Mecenas Mateusz Restel w swoim artykule sugeruje, że projektowany zakaz „ograniczy sposób negocjowania polskich dużych przedsiębiorców z zagranicznymi mniejszymi firmami”. Tyle że to rozumowanie działa w obie strony: jeśli duży polski przedsiębiorca rzeczywiście nadużywałby przewagi wobec mniejszego kontrahenta, nowe przepisy słusznie ograniczyłyby go tak samo, jak dziś ograniczają nadużycia klasycznej pozycji dominującej. Symetria obowiązków to nie wada regulacji, a jej fundament. Każda ze stron relacji handlowej wie wówczas, że nie może bezkarnie wykorzystać chwilowej przewagi niezależnie od tego, po której stronie akurat jest.
Czytaj więcej
Kopiując w Polsce zagraniczne przepisy, powinniśmy krytycznie do nich podejść, uwzględniając trudności w ich stosowaniu. Wprowadzenie zakazu wykorz...
Wykorzystywanie przewagi kontraktowej to realny problem, a nie teoretyczna konstrukcja
Obecne prawo konkurencji zakazuje nadużywania siły rynkowej wyłącznie podmiotom, które z reguły przekraczają 40 proc. udziału w rynku właściwym. W praktyce gospodarczej ogromna większość nadużyć kontraktowych do tego progu nigdy nie dociera, a mimo to konkretny kontrahent potrafi jednostronnie zdominować negocjacje z konkretnym mniejszym dostawcą, najemcą czy franczyzobiorcą. Mniejszy przedsiębiorca zależny od jednego kanału sprzedaży, kluczowego odbiorcy, wynajmującego, dostawcy, platformy cyfrowej albo organizatora sieci franczyzowej, nie ma realnej alternatywy gospodarczej i musi akceptować warunki, na jakie nigdy nie przystałby w relacji bardziej zrównoważonej. Skalę problemu widać w liczbach: w 2025 r. prezes UOKiK wszczął zaledwie jedno postępowanie dotyczące nadużywania pozycji dominującej i wydał jedną decyzję zakazującą takich praktyk. To nie dowód, że problemu nie ma. To dowód, że dzisiejsze przepisy go po prostu nie dostrzegają.
Jako Związek spotykamy się bardzo często z narzucaniem nieuczciwych cen i opłat, nieproporcjonalnym przerzucaniem kosztów i ryzyk, jednostronnymi zmianami warunków umów, stosowaniem niejednolitych lub uciążliwych postanowień umownych, a także groźbami działań odwetowych wobec kontrahentów korzystających z przysługujących im praw.
Centra handlowe, czyli gdzie teoria spotyka praktykę
Najlepiej widać to na przykładzie relacji między najemcami a właścicielami i zarządcami centrów handlowych, z którymi od lat zmagają się przedsiębiorcy zrzeszeni w naszym Związku. Samoregulacja rynku zawiodła: ogłoszony w 2009 r. przez Polską Radę Centrów Handlowych „Kodeks Dobrych Praktyk” dziś trudno nawet znaleźć na stronie tej organizacji, a wiele kluczowych problemów nigdy nie zostało w nim ujętych. Najemcy latami mierzą się z jednostronnie narzucanymi zmianami warunków umów, nieproporcjonalnym wzrostem opłat dodatkowych, takich jak koszty wspólne oraz z groźbami działań odwetowych wobec tych, którzy korzystają ze swoich praw.
Skutki są policzalne: z centrów handlowych systematycznie znikają kolejne polskie marki. Podkreślana przez wynajmujących „swoboda umów” nie zwalnia silniejszej strony z odpowiedzialności za własne ryzyko biznesowe. To nie argument, lecz wygodna wymówka. Wynajmujący nagminnie dopuszczają się takich naruszeń wobec najemców, którzy niemal zawsze pozostają słabszą stroną umowy, a na to wszystko nakłada się fatalny stan polskiego sądownictwa i wieloletnia długotrwałość sporów, co wynajmujący i zarządcy chętnie wykorzystują. Jedyną dziś dostępną ścieżką dla najemcy pozostaje wieloletni, kosztowny proces sądowy, na który niewielu stać w starciu z międzynarodową korporacją dysponującą nieporównywalnie większymi zasobami prawnymi. Mamy przykłady zdeterminowanych najemców, którzy zdecydowali się na drogę sądową, ale ilu małych przedsiębiorców jest w stanie prowadzić taki spór przez siedem czy osiem lat? To dlatego z centrów handlowych systematycznie znikają kolejne polskie marki, a nie odwrotnie.
Czytaj więcej
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął postępowanie przeciwko Columbus Energy. Zarzuty dotyczą m.in. opóźnienia w zwrocie pieniędzy po ods...
Niemiecki dorobek dowodzi, że to działa, a nie że to zawodzi
Krytyk projektu przywołuje sprawę sieci EDEKA jako dowód, że dochodzenie nadużycia względnej siły rynkowej jest trudne. Warto jednak przeczytać ten wyrok do końca: po przejęciu w 2008 r. jednej z największych niemieckich sieci handlowych EDEKA zażądała od około pięciuset dostawców zmiany warunków rocznych umów z mocą wsteczną i pod groźbą wykluczenia ze współpracy. Bundeskartellamt dowiódł nadużycia wobec czterech dostawców win musujących, a Trybunał Federalny w wyroku z 23 stycznia 2018 r. precyzyjnie opisał, jak taką przewagę ustalać, nie w oparciu o wysokość obrotu, lecz o realną możliwość skorzystania z alternatywnych kanałów zbytu. To nie porażka niemieckiego systemu, tylko dowód, że mechanizm działa i że po latach stosowania doczekał się dojrzałego, przewidywalnego orzecznictwa. Podobnie sprawa producenta Coca-Coli pokazuje, że sądy potrafią precyzyjnie odróżnić sytuacje, w których przewaga rzeczywiście występuje od tych, w których jej nie ma. Polska wprowadzając analogiczne rozwiązanie nie musi wynajdywać koła na nowo. Wystarczy korzystać z dorobku europejskich jurysdykcji, które korzystają z tego narzędzia od lat.
Dlaczego Polska potrzebuje tego bardziej niż Niemcy
Mecenas Restel drwiąco odnosi się do argumentu o „repolonizacji” gospodarki z uzasadnienia projektu. Warto jednak zauważyć, że w polskim handlu i usługach silniejszą stroną relacji kontraktowej coraz częściej są duże, często zagraniczne sieci i platformy, a słabszą – niezależni, krajowi przedsiębiorcy. To nie jest abstrakcyjny argument ideologiczny, tylko opis rynku, który znamy z codziennej pracy naszego Związku i z rozmów z jego członkami. Zanikanie kolejnych polskich marek z centrów handlowych czy z rynku dostaw to efekt braku narzędzi prawnych, które pozwoliłyby wyrównać pozycję negocjacyjną stron. W Niemczech, gdzie struktura własnościowa handlu jest inna, presja na wprowadzenie takich przepisów była mniejsza, a mimo to ustawodawca zdecydował się je wprowadzić już dawno temu i konsekwentnie je stosuje.
Sankcja nieważności i efekt odstraszający
Projekt przewiduje sankcję nieważności czynności prawnych będących przejawem nadużycia względnej pozycji dominującej. To narzędzie działa niezależnie od tempa i liczby postępowań przed prezesem UOKiK, bo sama groźba nieważności umowy zmienia układ sił już na etapie negocjacji. Nawet gdyby prezes UOKiK w pierwszych latach obowiązywania ustawy nie wszczął ani jednego postępowania, samo istnienie jasnego zakazu zagrożonego surowymi sankcjami skłoni silniejsze podmioty do samodzielnej rewizji wzorców umownych, praktyk rozliczeniowych i procedur zakupowych.
To mechanizm sprawdzony w innych regulacjach ochronnych: prawo zmienia zachowania rynkowe zanim jeszcze zapadnie pierwszy wyrok. Dokładnie tak samo działały w Polsce przepisy o przewadze kontraktowej w obrocie rolno-spożywczym. Sama ich obecność w porządku prawnym skłoniła wielu dużych odbiorców do rewizji warunków współpracy z dostawcami, zanim jeszcze zapadł pierwszy wyrok sądu ochrony konkurencji i konsumentów.
Czytaj więcej:
Dziś UOKiK odtwarza mechanizm zmów kartelowych na podstawie szeregu sygnałów – korespondencji, spotkań branżowych i danych rynkowych. Brak „twardeg...
Pro
Węższa ustawa to fałszywa alternatywa
Sugestia, by zamiast nowego zakazu rozszerzyć na inne branże wąską ustawę o przewadze kontraktowej w obrocie produktami rolnymi i spożywczymi opartą wyłącznie na progach obrotu stron to fałszywa alternatywa. Zależność najemcy od wynajmującego, franczyzobiorcy od franczyzodawcy czy dostawcy platformy cyfrowej od jej operatora nie sprowadza się do prostego zestawienia obrotów, a wymaga instrumentu elastycznego, jakim jest właśnie względna pozycja dominująca obejmująca też relacje franczyzowe, dostawców i podwykonawców z dużymi odbiorcami oraz dealerów z importerami i producentami.
Zawężenie ochrony wyłącznie do sektora rolno-spożywczego oznaczałoby pozostawienie bez ochrony setek tysięcy przedsiębiorców handlu i usług, dla których problem nierównowagi kontraktowej jest równie dotkliwy.
Sejm powinien iść dalej, nie zawracać
Mikro, mali i średni przedsiębiorcy są fundamentem polskiej gospodarki, a jednocześnie dysponują nieporównanie mniejszymi zasobami finansowymi i organizacyjnymi niż najwięksi uczestnicy rynku. Problem nierównowagi kontraktowej, z jakim od lat mierzą się w relacjach z silniejszymi, często zagranicznymi kontrahentami, z każdym rokiem narasta. Projekt trafił już do Komisji Gospodarki i Rozwoju, gdzie – miejmy nadzieję – przeważą argumenty merytoryczne, a nie głosy broniące status quo korzystnego dla silniejszych.
Zamiast zastanawiać się, czy przepisy są idealne, warto zapytać, ile polskich marek musi jeszcze zniknąć z rynku, zanim doczekamy się skutecznej ochrony słabszej strony obrotu gospodarczego. Dzięki nowym narzędziom prawnym prezes UOKiK będzie mógł ingerować we wszystkie sytuacje, w których strona silniejsza nadużywa swojej pozycji zwłaszcza wobec małych i średnich przedsiębiorców, a w obecnym stanie prawnym pozostaje im wyłącznie kosztowna i czasochłonna droga sądowa. Dlatego liczymy, że Sejm uchwali te przepisy możliwie szybko. Polscy przedsiębiorcy czekali na takie narzędzie zbyt długo, by teraz odkładać je na półkę z powodu obaw, które – jak pokazała praktyka innych krajów – okazały się nieuzasadnione.
Autor jest dyrektorem zarządzającym Związku Polskich Pracodawców Handlu i Usług (ZPPHiU)
Czytaj więcej:
Przedsiębiorcy przeciągający terminy zapłaty lub nieregulujący należności muszą liczyć się z poważnymi konsekwencjami: finansowymi, regulacyjnymi i...
Pro